Stanisław Kalemba prezentuje polską żywność. Czy aby na pewno zdrową?
Stanisław Kalemba prezentuje polską żywność. Czy aby na pewno zdrową? fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Kiedy zobaczyłam informację o kolejnej spożywczej aferze, w pierwszym odruchu z pełną satysfakcją, umieściłam na Twitterze post: "smacznego, mięsożercy". Odszczekuję. Bo kolejna afera spożywcza tylko pokazuje, że w świecie, w którym zawodzą urzędnicy odpowiedzialni za kontrolę jakości jedzenia, konsument nie może czuć się bezpiecznie.

REKLAMA
Kiedy kilka miesięcy temu rezygnowałam z jedzenia mięsa, jednym z powodów były wątpliwości co do tego, czy hodowcy nie faszerują zwierząt antybiotykami i hormonami. Kiedy podnosiłam sprawę w gronie zapalonych mięsożerców, ci zwracali uwagę, że antybiotyki i hormony są w Polsce podawane jedynie pod nadzorem weterynarza w przypadku, gdy zwierzęta faktycznie chorują. Tak zresztą nakazuje Unia Europejska.
Praktyka jednak pokazała zupełnie co innego. Jak, po trwającym sześć miesięcy śledztwie, ujawniła dziennikarka programu "Uwaga TVN", antybiotyki w hodowlach drobiu, bydła i świń to norma. Na 25 hodowli, które odwiedziła podszywając się pod sprzedawczynię antybiotyków, tylko w jednej w ogóle odmówiono jej rozmowy na ten temat. Z pozostałych spotkań, zarejestrowanych ukrytą kamerą, wyłania się obraz: zwierzęta karmią nimi wszyscy i wszędzie. Używają specyfików sprowadzanymi nielegalnie z Chin, nie badanych, pozostających poza rejestrami.
Muszę przyznać, że przez chwilę poczułam satysfakcję. Dostałam do ręki argumenty w mięsno - wegetariańskich sporach, utwierdziłam się w decyzji o niejedzeniu mięsa. Przez chwilę.
Bo szybko zaczęłam sobie przypominać, jakie problemy mam w codziennych zakupach i zrozumiałam, że sprawa z antybiotykami to tylko wierzchołek góry lodowej. Tylko dwie niedawne afery: solna (ujawniła, że ponad 640 firm używało do produkcji żywności soli do posypywania dróg) i z podrobionym, zawierającym m.in. kadm suszem jajecznym, sprawiły, że producentom żywności nie ufam w ogóle. Trudno mi dziś wybrać choćby chleb, czy makaron. Kiedy jednak zastanawiam się, ile podobnych afer i aferek dzieje się równolegle, dystansu zaczynam nabierać nawet do marchwi.
Wraz z kolejnymi doniesieniami prasowymi odpadają też kolejne produkty: od soi wzrasta ponoć poziom żeńskich hormonów, w warzywach bulwiastych jest wysokie stężenie ołowiu, w owocach – pestycydy. I tak w nieskończoność. By wykluczyć choć część zagrożeń, staram się raz na jakiś czas wybrać na bazar, czy nawet warzywną giełdę po jak "najczystsze" produkty. Jeśli jednak w tygodniu muszę poświęcić kilkanaście godzin na inne zadania, nie mam na to czasu. Pozostaje głodować, lub zdecydować się na zakupy blisko domu.
Producenci żywności doskonale wiedzą o tym, że miejski konsument jest na to skazany. Więc będą pozwalać sobie na coraz więcej, żeby wyprodukować dużo, jeszcze niższym kosztem.
Dziś więc, jako konsument i świadomy, i przestraszony, domagam się od państwa, by zapewniło mnie, że jedzenie jest bezpieczne. Chcę wiedzieć, że to, co wkładam do koszyka, spełnia choćby minima.
Jak to zrobić? Nie tylko wprowadzaniem kolejnych norm i wymagań, ale przede wszystkim – egzekwowaniem ich. Bo, jak pokazuje przykład afery mięsnej, służby państwowe stoją z nieuczciwymi producentami ramię w ramię. W tym przypadku zawiódł nadzór weterynaryjny. W poprzednich – inne służby.
Dlatego, pytam Pana, Panie Ministrze Rolnictwa, co zamierza Pan zrobić z tym faktem? I czy w przyszłości podobne afery już się nie powtórzą? Panie Ministrze Rolnictwa, jak jeść?