
Oto nowe BMW M3 CS w wersji, na którą fani marki czekali od lat. Zapomnijcie o łopatkach przy kierownicy. Nadchodzi "Handschalter", czyli po prostu wersja z manualną skrzynią biegów. Jest jednak jedno, poważne i bezlitosne "ale".
Kiedy myślisz, że współczesna motoryzacja doszczętnie oszalała na punkcie autonomicznej jazdy, wielkich tabletów i bezdusznych elektryków, Monachium nagle zrzuca bombę.
Koniec generacji G80 zbliża się wielkimi krokami, no to wiemy wszyscy. Za chwilę na salony wjedzie nowe, w pełni elektryczne i3, a zaraz po nim jego spalinowy odpowiednik. Zanim jednak obecna, legendarna już M-trójka odejdzie w stronę zachodzącego słońca, dywizja M przygotowała dla nas coś absolutnie bezczelnego.
Genialny powrót do korzeni, ale z jednym "ale"
Żeby dobrze zrozumieć, czym jest BMW M3 CS Handschalter, musimy na chwilę cofnąć się do 2023 roku. Poprzednie CS było absolutnym potworem, bo bazowało na topowej wersji Competition, miało napęd xDrive, automatyczną skrzynię i 543 konie mechaniczne.
Nowy limitowany model podchodzi do tematu zupełnie inaczej. Inżynierowie z Monachium wzięli na warsztat bazową, najbardziej surową M-trójkę z napędem wyłącznie na tylną oś.
Dla purystów to brzmi jak spełnienie marzeń. Pod maską pracuje podwójnie doładowana rzędowa "szóstka" o pojemności 3 litrów. Generuje ona 473 KM i 550 Nm momentu obrotowego.
Tak, to mniej niż w poprzednim, automatycznym CS, ale spójrzmy prawdzie w oczy, bo czy w sportowe samochody z manualem naprawdę chodzi o bicie rekordów na prostej? No właśnie. Tutaj liczy się mechaniczna analogowość, której tak dramatycznie brakuje dzisiejszym autom.
Ostra dieta cud i zawieszenie z piekła rodem
Sama manualna przekładnia to jednak za mało, by zasłużyć na kultowy znaczek Competition Sport. Niemcy poddali auto solidnej kuracji odchudzającej. BMW M3 z manualną skrzynią biegów w wydaniu CS zrzuciło blisko 34 kilogramy w stosunku do standardowego modelu.
Jak to osiągnięto? Zastosowano sprawdzony przepis: dużo tworzywa sztucznego wzmocnionego włóknem węglowym (CFRP), tytanowy tłumik końcowy, kute felgi oraz bezkompromisowe, karbonowe fotele kubełkowe, które doskonale trzymają ciało w zakrętach.
Jeśli dorzucicie do tego opcjonalne hamulce węglowo-ceramiczne, urwiecie kolejne kilogramy. Choć auto wciąż waży w okolicach 1700 kg, i jest wyraźnie cięższe od kultowej generacji F80 z 2018 roku, to w świecie nowoczesnych, ociężałych krążowników i tak jest to wynik godny podziwu.
No i to nie jest auto tylko na niedzielne przejażdżki po bułki. Nowe BMW M3 CS pożyczyło amortyzatory od ekstremalnego M4 CSL. Zawieszenie zostało zestrojone na nowo, zmieniono sprężyny i zmodyfikowano łączniki tylnej osi.
Efekt? Czterodrzwiowy potwór siedzi o 6 milimetrów bliżej asfaltu niż seria. Jeśli dopłacicie za specjalne przednie rozpórki kielichów, precyzja prowadzenia wejdzie na poziom, który dotychczas znali tylko kierowcy wyścigowi.
Osiągi? Pierwsza setka pojawia się na liczniku w 4,1 sekundy. Wynik identyczny jak w bazie, bo fizyki i braku procedury startu z automatu nie oszukasz. Za to prędkość maksymalna wynosi równe 290 km/h, dzięki standardowemu pakietowi M Drive.
Cena zwala z nóg, a... Europa obejdzie się smakiem
I tu dochodzimy do momentu, w którym uśmiech rzednie. Cena BMW M3 CS startuje od 108 450 dolarów. To o blisko 28 tysięcy dolarów więcej niż trzeba zapłacić za bazowy model.
Mało tego, BMW postanowiło zagrać nam na nosie, bo ten analogowy potwór będzie oferowany w bardzo limitowanej liczbie egzemplarzy i trafi wyłącznie na rynek w USA oraz Kanadzie. Produkcja rusza w lipcu, a pierwsze sztuki wyjadą na drogi jesienią.
Dlaczego to wydanie jest tak cholernie ważne, nawet jeśli mieszkamy w Europie? Ponieważ wszystko wskazuje na to, że patrzymy na ostatnie spalinowe M3 z trzema pedał@mi i napędem na tył.
Plotki z Monachium mówią wprost: kolejna generacja z silnikiem benzynowym (kod fabryczny G84), która zadebiutuje pod koniec dekady, będzie dostępna wyłącznie z automatem i napędem na cztery koła.
