Dr hab. Tomasz Dzieciątkowski odpowiada, wirus, pandemia
Czy będzie kolejna pandemia? Dr hab. Tomasz Dzieciątkowski odpowiada. Fot. naTemat.pl

Hantawirus Andes zaatakował pasażerów statku wycieczkowego. W Afryce tli się kolejne ognisko Eboli. A naukowcy od lat powtarzają, że następna pandemia to tylko kwestia czasu. Czy mają rację i czego tak naprawdę powinniśmy się bać? W rozmowie z cyklu "Tylko 1 pytanie naTemat" odpowiada dr hab. Tomasz Dzieciątkowski – wirusolog i specjalista chorób zakaźnych.

REKLAMA

Minęło kilka lat od końca pandemii COVID-19, a świat zdążył już w dużej mierze o niej zapomnieć. Wróciły tłumy na lotniskach, tłumy na statkach wycieczkowych, tłumy na targowiskach po drugiej stronie globu. Wróciło też poczucie, że tamten czas był czymś wyjątkowym. Jakąś anomalią, która już nigdy się nie powtórzy.

Tymczasem wirusy nie oglądają się na ludzkie nastroje. Kilka tygodni temu na pokładzie statku wycieczkowego u wybrzeży Ameryki Południowej wybuchło ognisko wirusa Andes. Niemal równolegle z Afryki napłynęły doniesienia o kolejnym ognisku Eboli – której już sama nazwa wywołuje dreszcze, choć wielu z nas wierzyło, że to problem zamknięty lata temu.

Wirusologia od dekad śledzi kandydatów zdolnych do wywołania globalnego kryzysu. Dla każdego z nich w WHO prowadzone są listy obserwacyjne, scenariusze i plany reagowania. Czy to hantawirus Andes albo Ebola mogą wywołać kolejną pandemię? A jeśli nie, to skąd nadejdzie zagrożenie?

W rozmowie z cyklu "Tylko 1 pytanie naTemat" Jakub Noch pyta o to dr. hab. Tomasza Dzieciątkowskiego – wirusologa, specjalistę chorób zakaźnych i jednego z najbardziej cenionych polskich ekspertów w tej dziedzinie.

Czy naszemu pokoleniu grozi kolejna pandemia?

Jest to wielce prawdopodobne. Wirusolodzy ostrzegali przed pandemiami od bardzo dawna. Dyskusyjna pozostaje tylko kwestia: kiedy, gdzie i jaki patogen. Kolejna pandemia musi nastąpić i w 90 proc. będzie za nią odpowiedzialny jakiś patogen odzwierzęcy.

dr hab. Tomasz Dzieciątkowski

Wirusolog, mikrobiolog

Jakub Noch: Czyli gdzie, kiedy i jaki patogen?

dr hab. Tomasz Dzieciątkowski: Tu wkraczamy w sferę poważnych domniemań… Gdyby zadał mi pan to pytanie jeszcze osiem lat temu, powiedziałbym, że wielce prawdopodobny jest Daleki Wschód. Kiedy? Tego nie jestem w stanie określić, zresztą i na to pytanie teraz też nie bardzo potrafię odpowiedzieć. Obstawiałbym przede wszystkim wirusy grypy jako te, które są obdarzone jedną z największych zmienności w świecie wirusów.

Rok 2019 i kolejne pokazały jednak, że ja się myliłem. To prof. Krzysztof Pyrć, który obstawiał koronawirusy, miał w tym przypadku rację. Teraz czas pokaże. Istnieje oczywiście lista WHO tych patogenów o największym potencjale pandemicznym. Część z nich jest bardziej, część mniej dyskusyjna.

Najłatwiej za to powiedzieć, skąd taki patogen może wyjść: z krajów, które prowadzą rabunkową gospodarkę zasobami naturalnymi, na przykład wycinają lasy w sposób rabunkowy. Dochodzi wówczas do łatwiejszego kontaktu między zwierzęciem będącym naturalnym rezerwuarem danego patogenu a człowiekiem.

No właśnie, na ile ryzyko kolejnej pandemii sami na siebie sprowadzamy przez wkraczanie w siedliska zwierząt, hodowlę przemysłową, globalizację?

Są to czynniki bardzo istotne. Jednym z nich zdecydowanie będą też zmiany klimatyczne – niezależnie od tego, czy naturalne, czy zawinione przez człowieka. W takich sytuacjach zmieniają się granice naturalnego występowania rezerwuarów patogenów i ich wektorów. To jedna kwestia. A drugą jest fakt, że staliśmy się społeczeństwem hipermobilnym.

Jeśli ktoś z Polaków zapragnąłby pojechać do Azji Południowo-Wschodniej, zajęłoby mu to – jeśli tylko go na to stać – dobę, może dwie. Do wielu krajów nie potrzebujemy nawet wizy albo załatwiamy ją na miejscu. Identyczna sytuacja zachodzi w drugą stronę, przy czym dziś nie chodzi już wyłącznie o migracje ekonomiczne. Kiedyś człowiek wyjeżdżał z założeniem, że zostanie i będzie pracował. Dziś po prostu chcemy zobaczyć Wielki Mur Chiński albo przejście Palawan na Filipinach i jedziemy.

Niestety nie bierzemy pod uwagę, że jadąc do Chin czy na Filipiny narażamy się na patogeny, które tam regularnie występują, a o których przeciętny Kowalski nie słyszał. To jednak, że ktoś o nich nie słyszał, nie znaczy, że ich nie ma. Jeśli dodamy do tego, że ogromna rzesza Polaków kontestuje zalecenia specjalistów medycyny podróży, mamy w pewnym momencie receptę nie tyle na porażkę, co na poważne kłopoty.

Czy lekarze i naukowcy nie powinni więc zalecać mniej podróży i ograniczenie ludzkiej mobilność?

Myślę, że nawet gdyby oficjalnie ogłoszono taką rekomendację, byłaby ona tak ekstremalnie niepopularna, że nikt by się do niej nie stosował. Powiedzmy sobie wprost: osoby, których nie stać na takie podróże, i tak by nie podróżowały. A osoby, które mogłyby sobie na to pozwolić, stwierdziłyby, że są ponad to.

Najlepszym przykładem jest polskie safari po krajach afrykańskich. Formalnie zaleca się – i jest to zalecane odgórnie, w oficjalnych rekomendacjach o przyjmowanie profilaktycznych leków przeciwmalarycznych. Czy wszyscy się do tego stosują? Oczywiście, że nie. Ludzie jadą do Afryki, bo chcą przeżyć przygodę życia, co jest zrozumiałe, natomiast czasem wypadałoby posłuchać kogoś trochę mądrzejszego.

Kiedy nadejdzie kolejna pandemia, czekają nas znowu lockdowny? Czy da się tego uniknąć, biorąc pod uwagę doświadczenia z okresu COVID-u i to, jak bardzo ucierpiało wtedy zdrowie psychiczne?

Lockdown nie jest żadną nowością. W przypadku zagrożenia chorobą zakaźną o nieznanej przyczynie i nieznanym sposobie postępowania, a kiedy pojęcia "lockdownu" jeszcze nie było, a mówiono o kwarantannie.

To pojęcie znane jest od średniowiecza. Jak odbijało się to na zdrowiu psychicznym ówczesnych ludzi, trudno jednoznacznie stwierdzić, bo takich opisów brak. Choć jeśli sięgniemy do Dekameronu Boccaccia, to właśnie tam zblazowani bogacze zamknęli się sami, opowiadali sobie różne historie i ucztowali, żeby nie dopuścić do kontaktu z innymi. To też rodzaj lockdownu.

To zjawisko nie jest niczym nowym. Przy okazji – na warszawskim Wilanowie, a właściwie już w Powsinie, jest ulica Łukasza Drewny. Mało kto wie, kim był Łukasz Drewno. Był to bowiem aptekarz, imieniem którego nazwano jedną z arterii wylotowych z Warszawy, ponieważ w XVII wieku pełnił funkcję tak zwanego burmistrza powietrznego. Burmistrz powietrzny to człowiek, który zawiadował życiem całego miasta w przypadku morowego powietrza – wówczas w Warszawie panowała epidemia dżumy.

Dżuma szczęśliwie jest historią, ale co z bliższymi nam zagrożeniami, jak hantawirus, czy przybierający znów na sile w Afryce wirus Ebola?

Nie one będą odpowiedzialne za kolejną pandemię. To będzie inny patogen. W ogóle jeśli chodzi o zakażenia hantawirusami w Europie to nic nowego, co roku zgłasza się ich w granicach od tysiąca do pięciu tysięcy przypadków.

To tak zwane hantawirusy Starego Świata, europejskie, o swojsko brzmiących nazwach, gdzie jedna serogrupa to Dobrava/Belgrad, co już samo mówi, skąd pochodzi, a nieco bardziej na północ mamy Puumala i Saaremaa, z Finlandii i Estonii. Te hantawirusy nie przenoszą się między ludźmi.

Są przenoszone wyłącznie od gryzoni, ale mogą powodować hantawirusową gorączkę krwotoczną z zespołem nerkowym. Od tysiąca do pięciu tysięcy zgłoszonych zachorowań rocznie w Unii Europejskiej, przy czym zgonem kończy się może niecałe 3 proc., ze względu na poziom opieki zdrowotnej, jaki posiadamy.

A sam hantawirus Andes  też nie jest nowością. Pierwsze opisane przypadki przenoszenia się między ludźmi miały miejsce 30 lat temu, w Argentynie i Chile. Teraz zaistniał na statku wycieczkowym, który zapewniał do tego idealne warunki środowiskowe. Można porównać to do samolotu, tylko w nieco większej skali: zamknięta przestrzeń, ludzie w bliskim kontakcie. Dla wirusa to ogromne szanse rozprzestrzenienia, stąd i ognisko epidemiczne.

Natomiast co do Eboli, pamiętajmy, że pierwsze przypadki zakażenia opisano równo pół wieku temu, w 1976 roku. Do tej pory mieliśmy około 40 ognisk epidemicznych, prawie wyłącznie na terenie Afryki, zakażonych prawie 30 tys. osób – połowa mniej więcej zmarła.

Przypadki zawleczenia Eboli do krajów rozwiniętych, zarówno w Ameryce, jak i w Europie, można policzyć na palcach dwóch rąk. Dziś mamy już lek, a nawet szczepionki, choć nieudostępniane powszechnie, uruchamiane centralnie przez WHO w stanie zagrożenia epidemicznego.

Wszyscy tak bardzo się Eboli boimy, po części za sprawą filmu "Epidemia" z Dustinem Hoffmanem sprzed prawie 30 lat. Powinniśmy wiedzieć, czym jest, ale bać się  niespecjalnie. Ebola to przede wszystkim Kongo, południowy Sudan, Republika Środkowoafrykańska.

Największy problem miał miejsce w latach 2013–2016, gdy wirus dotarł do ludnych miast zachodniej Afryki – w Sierra Leone czy Liberii. Tam rzeczywiście nastąpił gwałtowny wzrost zakażeń i zgonów, ze względu na zagęszczenie ludności.

Przez lata, niestety, najprostszym sposobem postępowania był kordon epidemiczny. Czyli otaczano jedną, dwie wioski, udzielano pomocy, ale – mówiąc wprost – "kto miał umrzeć, umierał, kto przeżył, przeżył". I najczęściej kończyło się na około 200 osobach nawet w szczytowych przypadkach.

Czy nauka musi w tak ważnej kwestii opierać się tylko na domysłach? Niczego nie nauczyliśmy się z czasów COVID-u?

Nauczyliśmy się. Wiemy, na jakie rodziny wirusów należy uważać. Ale wciąż sprawdza się angielskie powiedzenie "expect the unexpected" – "czekajmy nieoczekiwanego".

Wiemy, że istnieje grypa, że mutuje, że mutacje mogą spowodować pandemię, jak pandemia grypy hongkońskiej czy pandemia grypy hiszpanki. Nie wiemy jednak, w jakim kierunku pójdą kolejne mutacje.

Opracowujemy leki działające na wszystkie warianty wirusa grypy, opracowujemy szczepionki wymagające jedynie modyfikacji pod konkretny wariant. Ale nikt nie jest w stanie powiedzieć, że za pięć lat w – powiedzmy – Azji Południowo-Wschodniej wybuchnie pandemia wywołana wirusem ptasiej grypy H5N12. Tego już nie jestem w stanie powiedzieć…

"Tylko 1 pytanie naTemat" – konkretne rozmowy na ważne tematy

Rozmowa z dr. hab. Tomaszem Dzieciątkowsim to kolejny odcinek nowego cyklu "Tylko 1 pytanie naTemat". Co tydzień rozmawiamy z najciekawszymi postaciami ze świata polityki, ekonomii, nauki i kultury – ale inaczej niż zwykle. Zamiast gonić za wszystkimi tematami naraz, zatrzymujemy się przy jednym: konkretnym, ważnym i wartym prawdziwej rozmowy pytaniu o Polskę, Europę i świat.

Bo czasem jedna dobra odpowiedź mówi więcej niż godzinny wywód.