Dwie kobiety w wesołym miasteczku robią sobie selfie
Zmiany w życiu po rozstaniu powinniśmy robić dla siebie, nie dla zemsty na ex Fot. Shutterstock

Kiedy rozpada się związek, w mediach społecznościowych wielu kobiet rusza lawina relacji: od półmaratonów, mimo że jeszcze chwilę wcześniej nie biegały, po zdjęcia z pierwszych zajęć pole dance czy high heels wrzucane zaraz po zapisaniu się na kurs. – Czasami takie publikacje mogą przekształcić się w karykaturę i budzić współczucie. Często stoi za nimi potrzeba pokazania byłemu partnerowi: "Zobacz, co straciłeś" – zauważa Żaneta Rachwaniec, psycholożka i socjolożka. Przyglądamy się revenge posting i sprawdzamy, przed czym tak naprawdę uciekamy na stories.

REKLAMA

Ona mu udowodni. Ona mu pokaże. Jeszcze będzie żałował. Zaciska pięści, marszczy brwi. Wieczorami wpisuje w Google: "czy karma wraca?", "kiedy ktoś żałuje po rozstaniu?". Koleżanki dopingują ją na WhatsAppie: miesiąc, dwa i zrozumie, że popełnił błąd. Jedziesz Maleńka!

I ona rzeczywiście jedzie na pierwszy półmaraton, mimo że biega dopiero od trzech tygodni. Więcej idzie, niż biegnie, brakuje jej tchu, płuca płoną, ale prosto z mety wrzuca zdjęcie z medalem. Jak on wejdzie w jej stories, to zobaczy, jaka z niej heroska. Wcześniej razem siedzieli na kanapie i chrupali chipsy, ale ona się zmieniła.

"Zobacz, co straciłeś" – pomyśli z satysfakcją.

Albo: on ją zostawia z dnia na dzień dla 10 lat młodszej. Robi dokładnie to, co jej ojciec zrobił matce. Pamięta, jak matka przez rok żaliła się koleżankom, jaki to drań. Wieczorami chlipała do poduszki, bezsilna, ze złamanym życiem.

Ale ona taka nie będzie. Jest zupełnie inna. Silniejsza. Zapisuje się na high heels.

Czuje się niepewnie, ruchy są sztywne, kostki się wyginają. Ale nic to! Kręci relację z pierwszych zajęć. Wrzuca na Insta. Niech jego nowa zobaczy, jakie ma dzikie ruchy.

Inna historia: Przez pięć lat na jej profilu w social mediach tylko zdjęcia z psem albo z działki. Po rozstaniu na Instagram wjeżdża ogień. Profesjonalna zmysłowa sesja, choć jeszcze wcześniej nie chciała nawet selfie. Koronki, czarna bielizna, zmysłowe pozy, wygięte plecy. Pod spodem motywacyjny cytat po angielsku, coś o odradzaniu się z popiołów jak Feniks. Koleżanki piszą w komentarzach: "Petarda!", "Ale laska!".

To nie są odosobnione przypadki. W sieci od dawna widać pewien schemat: po rozstaniu wiele kobiet zaczyna intensywnie pokazywać "nową siebie". Problem w tym, że ten proces często dzieje się bardzo gwałtownie i budzi wątpliwości. Jeszcze chwilę wcześniej nie biegała, nie podróżowała samotnie ani nie chodziła na pole dance, a kilka dni po rozstaniu nagle demonstracyjnie łapie życie pełnymi garściami. I informuje o tym cały świat.

Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że ta intensywna "przemiana" często wygląda bardziej na próbę udowodnienia czegoś otoczeniu – albo jednej konkretnej osobie – niż na spokojne i autentyczne układanie sobie życia na nowo.

Internet szybko to zauważył i przerobił na memy.

W polskiej sieci często pojawia się żart "mama dobrze znosi rozwód - też mama". Kojarzysz te filmiki: tańce w kuchni, nagłe zamiłowanie podróży, choć było się domatorką albo zdjęcia z podpisami sugerującymi, że ktoś "świetnie sobie radzi".

Za granicą zjawisko to funkcjonuje pod nazwą revenge posting ("wpisy z zemsty"). Chodzi o pokazywanie w social mediach po rozstaniu, że życie nabrało rozpędu: ktoś zaczyna ćwiczyć, zmienia styl, częściej wychodzi do ludzi. Wszystko to jednak dzieje się często w bardzo intensywnym tempie, co sprawia, że cały proces wygląda bardziej jak szybka, publiczna narracja niż spokojne układanie życia na nowo. Kiedyś podobny mechanizm funkcjonował głównie jako tzw. revenge body – metamorfoza po rozstaniu, która miała zrobić wrażenie na byłym partnerze. Dziś wszystko dzieje się publicznie i dużo szybciej, bo media społecznościowe pozwalają pokazać swoją przemianę praktycznie od razu.

Media społecznościowe dodatkowo wzmacniają przekonanie, że po rozstaniu trzeba wyglądać na osobę silną, zajętą i szczęśliwą.

Prawda jest taka, że rozstanie to nie jest po prostu koniec związku. Psychologowie od dawna zwracają uwagę, jak silnie działa ono na człowieka. W skali stresu Holmesa i Rahe’a rozwód i separacja znajdują się bardzo wysoko – zaraz za śmiercią współmałżonka. Wyżej niż wiele innych życiowych kryzysów.

Bo rozstanie często działa jak mała żałoba. Kończą się wspólne plany, codzienne rytuały, wyobrażenie przyszłości z konkretną osobą. I po czymś takim człowiek zwykle potrzebuje czasu, żeby to przeżyć. Ze smutkiem, złością, chaosem i momentami, kiedy trudno normalnie funkcjonować. To naturalna część dochodzenia do siebie.

Tylko że internet średnio umie pokazywać takie emocje. Smutek jest mało "instagramowy", a media społecznościowe dużo lepiej nagradzają obraz siły, aktywności i szybkiej przemiany. Dlatego wiele dziewczyn, zamiast przeżywać rozstanie po cichu, zaczyna budować w sieci nową wersję siebie: bardziej pewną, bardziej odważną, ciągle zajętą.

Psycholożka: Nowa fryzura, bieganie czy pole dance nie rozwiązują problemów

Ten nagły zryw to dziś częsty widok. Pytanie brzmi: czy oglądamy proces autentycznego odradzania się, czy raczej próbę poradzenia sobie z bólem po rozstaniu?

– To może być klasyczny mechanizm obronny. Zasada jest prosta: im więcej mam zajęć, tym mniej myślę o tym, co się stało. Działa to podobnie jak ucieczka w pracę czy używki. Tutaj mówimy akurat o sporcie czy nowych hobby, więc z pozoru są to rzeczy pozytywne, ale intencja bywa podobna – tak bardzo zapełnić sobie głowę, żeby nie analizować, dlaczego związek się rozpadł – tłumaczy to zjawisko Żaneta Rachwaniec, psycholożka i socjolożka.

Jak tłumaczy, rozstanie to także moment, kiedy człowiek zaczyna na nowo weryfikować swoją tożsamość i zadawać sobie pytanie: "Kim właściwie jestem?".

– Nagle nie jestem już żoną czy partnerką, jestem sama dla siebie. Wiele kobiet, zwłaszcza tych, które wcześnie wyszły za mąż i szybko weszły w role rodzinne, dopiero wtedy ma okazję sprawdzić, co naprawdę lubi i czego chce od życia.

Rozwód przynosi też naturalny bilans życiowy, z którego czasem wynika gorzki wniosek: "Przez lata byłam przede wszystkim dla innych". I właśnie z takiego momentu często rodzi się bardzo silna potrzeba działania.

Żaneta Rachwaniec

psycholożka, socjolożka

Dochodzi do tego kwestia odzyskiwania kontroli nad własnym życiem.

– Jeśli wydarza się coś, na co nie miałam wpływu, to codzienne przebiegnięcie pięciu kilometrów staje się czymś, co mogę kontrolować. Sport daje endorfiny, poprawia nastrój i pomaga regulować emocje. Problem pojawia się wtedy, kiedy człowiek nie potrafi się zatrzymać. Kiedy chwila bezczynności sprawia, że nie wie, co ze sobą zrobić, i zaczyna działać impulsywnie.

Zdaniem ekspertki, sama potrzeba zmian – nowa fryzura czy zapisanie się na siłownię – może być czymś bardzo dobrym, o ile wypływa z autentycznej potrzeby. Trzeba jednak uważać, żeby nie zamienić tego w nieustanny spektakl w mediach społecznościowych.

– Jeśli dochodzimy do momentu, w którym ktoś relacjonuje w sieci każdy przebiegnięty kilometr i każdą minutę dnia, to zamiast podziwu zaczyna pojawiać się pytanie: przed czym ta osoba tak intensywnie ucieka? Czasami takie publikacje mogą przekształcić się w karykaturę i budzić współczucie. Często stoi za nimi potrzeba pokazania byłemu partnerowi: "Zobacz, co straciłeś". Tylko czy ktoś, kto naprawdę ułożył sobie życie na nowo, faktycznie siedzi i to wszystko ogląda? – zauważa psycholożka.

Zdaniem Żanety Rachwaniec kobiety często szybciej mobilizują się do działania, również dlatego, że codzienne obowiązki nie pozwalają im na długie zatrzymanie się w miejscu.

Dochodzi też kwestia szukania potwierdzenia własnej wartości w oczach otoczenia – również rodziny czy znajomych byłego partnera.

– Kiedy ktoś bardzo intensywnie próbuje udowodnić wszystkim wokół, jak świetnie sobie radzi, efekt bywa odwrotny od zamierzonego. Bliscy zwykle widzą znacznie więcej niż same zdjęcia i relacje. A jeśli ktoś publikuje relacje wyłącznie po to, żeby zobaczyła je jedna konkretna osoba, może to być sygnał, że rozstanie wciąż jest bardzo świeże i nieprzepracowane.

Dalsza część tekstu poniżej

Czy jest szansa, że były partner rzeczywiście zachwyci się taką internetową przemianą i będzie chciał wrócić?

– Nie wierzę w to, że pod wpływem samych zdjęć na Instagramie ktoś nagle uzna rozwód za błąd – mówi wprost Żaneta Rachwaniec. – Nawet jeśli pojawi się chwilowy żal czy nostalgia, zwykle są to emocje bardzo powierzchowne. Nowa fryzura, bieganie czy pole dance nie rozwiązują problemów, które wcześniej istniały w relacji. Dlatego warto zatrzymać się i zapytać samej siebie: po co właściwie to robię i czego naprawdę potrzebuję?

Psycholożka zwraca jednak uwagę na drugą, znacznie prostszą stronę tego zjawiska. Wiele kobiet po rozstaniu po prostu odzyskuje przestrzeń dla siebie.

– Przy opiece naprzemiennej albo gdy dzieci spędzają weekend z ojcem, nagle pojawia się czas, którego wcześniej nie było. W małżeństwie wiele kobiet funkcjonuje głównie jako matki i partnerki. Po rozstaniu część z nich pierwszy raz od lat ma możliwość zrobić coś wyłącznie dla siebie.

Czy we współczesnym świecie, który nieustannie każe nam coś udowadniać, jest jeszcze przestrzeń na spokojne przeżywanie żałoby, dochodzenie do siebie po rozstaniu?

– Dziś bardzo łatwo wpaść w przekonanie, że po rozstaniu trzeba natychmiast "wrócić silniejszą". Tymczasem człowiek ma prawo być smutny, wycofany i zagubiony. Jeśli ktoś chce iść na trening – świetnie. Ale jeśli potrzebuje tygodnia pod kocem i płaczu, to też jest całkowicie normalne – odpowiada. 

Jak zaznacza, musimy też pamiętać, że im dłuższy związek, tym więcej czasu potrzeba na jego emocjonalne domknięcie. Nie da się z dnia na dzień zacząć zupełnie nowego życia. Próba zagłuszenia bólu nieustanną aktywnością często na dłuższą metę po prostu nie działa.

 – W internecie bardzo często widzimy dziś przekaz: "Nie możesz się rozsypać, musisz być silna". Traktujemy własne emocje jak kolejny problem do "przepracowania" w biegu. A zdrowienie po rozstaniu wymaga czegoś odwrotnego – zatrzymania się, refleksji i dania sobie prawa do smutku.

Na koniec psycholożka podkreśla jedną rzecz:

– Jako społeczeństwo bardzo często traktujemy rozstanie jak życiową porażkę. A czasem jest dokładnie odwrotnie. Czasem to dojrzała decyzja, dzięki której obie strony mogą zacząć żyć lepiej i bardziej świadomie. Umiejętność powiedzenia sobie: "Ta relacja nam nie wyszła" nie zawsze jest klęską. Bardzo często to przejaw dojrzałości.