
– Zabrali mi dzieci przez alkohol. Nie było nikogo, kto by mi pomógł. Rodzice mieszkali z nami w jednym domu, ale nikt ręki nie wyciągnął. Mój ojciec też pił. Walczyłam o nie tyle, ile tylko mogłam. Odnalazłam najstarszą córkę, ale ona nie chce mnie znać. A ja strych wyremontowałam, żebyśmy byli wszyscy razem – opowiada Agnieszka, mama siódemki dzieci.
Agnieszka od ośmiu lat jest trzeźwa. Z mężem przysięgali sobie miłość i wierność przed Bogiem. Mają czworo dzieci: dwie dziewczynki i dwóch chłopców. Czasem woła je imionami tamtych, które jej odebrano.
Mają dom i nawet kawałek ziemi – prawie półtora hektara. Agnieszka lubi pracować w ogrodzie, choć męża musiała trochę motywować, żeby przygotował grządki.
Mówią, że na "początku bywało różnie", bo alkohol wracał. Potem oboje się zaszyli.
– Mam dużo lat uczciwie przepracowanych. Teraz już nie mogę pracować przez chorobę. Trochę interesuję się murarką, czasem dorobię parę groszy, choć kręgosłup już nie ten. Kiedyś to ja świat widziałem z każdej strony. Miałem 18–19 lat i już jeździłem jako kierowca, nawet pod Karpacz – opowiada mąż Agnieszki.
I pośpiesznie zapewnia:
– U nas alkoholu w ogóle nie ma. – Jesteśmy pod kontrolą takiej fajnej pani z opieki, nie narzeka na nas, pomaga, jak trzeba. Żyjemy spokojnie. Dom sobie ogarnęliśmy, to taka parterówka, cztery pomieszczenia. Chłopaki mają swój pokój, dziewczyny swój. Cisza tu, spokój,
– Państwa dzieci wiedzą, że mają rodzeństwo? – pytam.
– Nasz najstarszy syn ma osiem lat, on już jest kumaty. Siedzimy czasem, oglądamy zdjęcia – te w albumach i na ścianach. Pyta: "Mamusiu, kto to jest?". Mówię: "Twoja najstarsza siostra". Pyta, gdzie jest, kiedy przyjedzie… A ja nie wiem, co odpowiedzieć. Sama nie wiem – głos Agnieszki się łamie.
Agnieszka
straciła trójkę dzieci przez alkohol
Ojciec Agnieszki pił, dopóki nie zachorował. Od lat już jest trzeźwy.
Agnieszka miała 18 lat, kiedy zaszła w pierwszą ciążę. Na świat przyszła Kasia. Ojciec dziecka ją zostawił. Później poznała ojca Dżesiki i Kacpra.
Razem tworzyli szczęśliwą rodzinę. Ale tylko przez chwilę.
– Było dobrze, dopóki partner nie zachorował. Wyjechał do pracy do Niemiec i tam dostał wylewu. Przywieźli go w czarnym worku… Zostałam sama z trójką dzieci. Pić zaczęłam już wcześniej, a w 2011 roku dzieci mi zabrali. Kasia miała sześć lat, Dżesika cztery, synek był malutki. To sąsiadka zadzwoniła na policję.
Mówi dalej, że jej mama nie miała warunków, żeby wziąć wnuki do siebie. Prababcia chciała pomóc, ale uznali, że jest za stara. To poszły do domu dziecka.
Raz w miesiącu jeździła je odwiedzać. Pytały: "Kiedy pójdziemy do domu?".
– Przyjechałam kiedyś, a tam pusto. Powiedzieli, że dzieci gdzieś pojechały, że nikogo nie ma. A one były w środku. Widziałam je w oknie… patrzyły na mnie.
Agnieszka na chwilę odzyskała dzieci – kiedy dostała mieszkanie po babci ich ojca.
– Ale znowu sobie nie poradziłam z alkoholem… I zabrali je drugi raz – mówi.
Odkąd wyszła za mąż i żyje w trzeźwości, coraz częściej wraca do niej tęsknota za dziećmi, które straciła.
Najstarszej córki zaczęła szukać na własną rękę, przez Facebooka.
– Naciągnęła mnie jedna kobieta. Udawała moją córkę. Wyłudziła ode mnie dużo pieniędzy. Serce pękło mi drugi raz.
– A Dżesika i Kacper? O nich też pani myśli?
– Bardzo. Tęsknię tak, że aż boli. Mieszkają w innym kraju. Mają swoje życie. Ale to, że nie chcą znać swojej biologicznej matki… tego się nie da zagoić. Udało mi się odnaleźć Kasię, pisałam dwa dni z nią na Messengerze, a potem koniec. Napisała, że nie chce mieć ze mną nic wspólnego, że rodzice adopcyjni się nie zgadzają.
– Co by im pani powiedziała, gdyby stanęli teraz w drzwiach? – pytam.
– Że bardzo ich kocham. Że przepraszam za wszystko. Że nie dałam rady… Chciałabym, żeby wrócili. Mamy duży dom, strych – zrobiłabym tam dla nich pokoje. Żeby wiedzieli, że mają matkę.
Historia Agnieszki to opowieść o nadziei i walce z demonami przeszłości. Jednak ten proces – od momentu, gdy w domu pojawia się alkohol, do chwili, gdy dzieci znikają za drzwiami placówki – ma też swoją drugą stronę.
Tę, którą widzą służby wzywane na miejsce, gdy świat rodziny rozpada się w jednej chwili. Często to właśnie policjant jest pierwszą osobą, która musi nazwać problem po imieniu.
Policjant: Rodzice zazwyczaj nie widzą swojej winy
Wigilia Bożego Narodzenia. Żona z córką przygotowują kolację. Do domu wraca nietrzeźwy ojciec. Chwyta choinkę i wyrzuca ją przez okno. Szyba rozpryskuje się, odłamki szkła lecą w różne strony.
Asp. Damian Kościuszko jest wtedy jeszcze policjantem patrolowo-interwencyjnym. Przyjeżdża na miejsce. Zastaje okropny widok.
– W domu panował chaos – jedzenie i naczynia były porozrzucane, kobiety płakały. Mężczyzna został zatrzymany – opisuje w rozmowie ze mną.
Dodaje, że takich sytuacji widział najwięcej właśnie podczas pracy w patrolu. – Niestety jest ich bardzo dużo. Kobiety nierzadko wstydzą się mówić o przemocy, a takie problemy mogą trwać latami. Płaczą, czują się bezradne.
– Jak pijani rodzice reagują w takich sytuacjach, kiedy przyjeżdża policja i chce zabezpieczyć dzieci? – pytam swojego rozmówcę, dziś dzielnicowego z Lidzbarka Warmińskiego.
– Najczęściej nie są świadomi powagi sytuacji, właśnie przez to, że są pod wpływem alkoholu. Często traktują to jako żart. Dopiero później, gdy wytrzeźwieją albo zostaną zatrzymani, zaczyna do nich docierać, co się stało. Zazwyczaj też nie widzą swojej winy.
asp. Damian Kościuszko
policjant dzielnicowy
– Czy widział pan przypadki pozytywnych zmian w takich rodzinach? – dopytuję.
– Tak, zdarzają się takie sytuacje. Najczęściej wtedy, gdy nad rodziną wisi widmo poważnych konsekwencji prawnych. Wtedy następuje szybka i wyraźna zmiana – rodzice podejmują leczenie, dbają o dzieci, poprawiają warunki życia, a czasem nawet angażują się w pomoc innym – odpowiada.
Jak mówi dalej, mimo że świadomość społeczna nieco wzrosła, liczba interwencji wcale się nie zmniejsza. Nadal jest ich dużo – zarówno na wsiach, jak i w miastach.
Dalsza część tekstu poniżej
Zobacz także
Dlaczego tak się dzieje?
– W mojej ocenie świadomość konsekwencji prawnych wciąż jest zbyt niska. Wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy, jakie skutki może mieć opieka nad dziećmi pod wpływem alkoholu, zwłaszcza gdy dotyczy to obojga rodziców.
Jak podkreśla policjant, problem nie zawsze wiąże się z ubóstwem czy zaniedbaniem.
– Niedawno mieliśmy interwencję po zgłoszeniu sąsiada, że rodzice pod wpływem alkoholu opiekują się dziećmi. Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało w porządku – dom był zadbany, rodzina sprawiała wrażenie "porządnej". Jednak oboje rodzice byli nietrzeźwi.
I dalej opowiada:
– Skontaktowaliśmy się z kuratorem sądowym, ponieważ rodzina była już pod nadzorem. Istniał warunek, że jeśli sytuacja się powtórzy, dzieci zostaną odebrane. Tak też się stało. Dzieci zostały przekazane rodzinie zastępczej z kręgu bliskich. Najmłodsza córka bardzo to przeżyła i płakała.
"Każdy zasługuje na drugą szansę"
Co dalej dzieje się z dziećmi, gdy rodzice wybierają alkohol?
O to pytam Zbigniewa Urbana z Centrum Rozwiązywania Problemów Dzieci i Młodzieży Miejskiego Zespołu Profilaktyki i Terapii Uzależnień w Olsztynie, a wcześniej pracownika socjalnego.
– Musimy zacząć od rozróżnienia – zaznacza Urban. – Sam alkohol rzadko jest jedynym powodem, by "zabezpieczyć" dzieci. Często używa się słowa "odebrać", ale my mówimy o ochronie ich dobra. Alkoholowi zazwyczaj towarzyszy przemoc, zaniedbanie i ubóstwo. To one decydują o umieszczeniu dzieci w pieczy zastępczej.
Proces nie jest nagły. – Dziecko nie znika z domu w pięć minut. To wieloetapowa droga. Jeśli rodzice nie podejmą pracy nad sobą, finałem może być adopcja, ale do tego prowadzi długa procedura.
podkom. Iwona Kijowska
Biuro Komunikacji Społecznej Komendy Głównej Policji
– Czy rodzina ma szansę odzyskać dzieci? – pytam.
– Zawsze – odpowiada Urban. – Po umieszczeniu dziecka w pieczy, rodzice dostają zaproszenie do współpracy z ośrodkiem pomocy społecznej. Jeśli chcą podjąć wysiłek, podpisują kontrakt.
Obejmuje on konkretne kroki: terapię odwykową, warsztaty wychowawcze, uporządkowanie spraw bytowych.
– Jeśli rodzice rzetelnie pracują, po około dwóch latach istnieje realna szansa na powrót dzieci. Problem zaczyna się, gdy współpracy brak – wtedy sąd może całkowicie pozbawić ich władzy rodzicielskiej – tłumaczy.
Wszystko zaczyna się od sygnału – najczęściej od sąsiada, który słyszy libację. Na miejsce przyjeżdża policja. Jeśli rodzice są pijani, wzywany jest zespół interwencyjny MOPS-u. Automatycznie uruchamiana jest procedura Niebieskiej Karty.
– Pierwszym krokiem nie jest dom dziecka – wyjaśnia Urban. – Szukamy trzeźwych członków rodziny: dziadków, cioci. Jeśli są w stanie przejąć opiekę, dzieci trafiają do nich. Równolegle powiadamiany jest sąd rodzinny.
Sąd wysyła kuratora na wywiad środowiskowy. Jeśli alkohol to codzienność, a dzieci są świadkami patologii, zapada decyzja o ograniczeniu władzy rodzicielskiej. W przypadkach drastycznych – jak przemoc fizyczna czy se**ualna – reakcja jest natychmiastowa.
W "zwykłych" sprawach alkoholowych rodzice zawsze dostają szansę, by zawalczyć o rodzinę. Pytanie, czy z niej skorzystają.
Pod stertą śmieci
Zbigniew Urban dziś pracuje z osobami uzależnionymi. I, jak mówi, widzi cały problem z dwóch stron.
– Widzę dramat dzieci, ale też bezsilność i często upór osób uzależnionych. Trafiają do mnie ludzie na różnych etapach – jedni chcą jak najszybciej odzyskać dzieci po ich odebraniu, inni mają ograniczoną władzę rodzicielską po "wpadce" alkoholowej i są zobowiązani do pracy nad sobą.
Urban, kiedy był jeszcze pracownikiem socjalnym, sam uczestniczył w interwencjach odbierania dzieci. Jedną z nich pamięta szczególnie dobrze.
– Trafiłem na pijaną matkę właściwie przez przypadek. Pojechałem na rutynowy wywiad, bo w rodzinie była już założona Niebieska Karta. Kobieta wydała mi się podejrzana. Zaprzeczała, że piła. Miała półtora promila.
I dalej opowiada:
– Powiedziała, że dzieci są u krewnych. Coś mi jednak nie pasowało. Zacząłem sprawdzać mieszkanie. W jednym z zagraconych pokoi, pod stertą śmieci i koców, znalazłem dwójkę dzieci.
– Wtedy ruszyła procedura. Sąd zdecydował o umieszczeniu ich w rodzinie zastępczej, ale… nie było miejsc. Dzieci wróciły do domu, w którym wszyscy – matka, ojciec i dziadkowie – byli ciągle pijani.
Zbigniew Urban
Centrum Rozwiązywania Problemów Dzieci i Młodzieży Miejskiego Zespołu Profilaktyki i Terapii Uzależnień w Olsztynie
Jak mówi Urban, nie każda historia kończy się happy endem.
– Matka dostała szansę współpracy, ale na jednym spotkaniu się skończyło. Nawet nie odwiedzała dzieci w święta. Być może po latach coś się zmieniło – każdy ma prawo do drugiej szansy. Ale w praktyce rzadko widuję przypadki, by ktoś po długim czasie skutecznie odzyskał dzieci.
Zbigniew Urban
Centrum Rozwiązywania Problemów Dzieci i Młodzieży Miejskiego Zespołu Profilaktyki i Terapii Uzależnień w Olsztynie
Mój rozmówca zaznacza, że odzyskiwanie dzieci po wielu latach, kiedy te już mają ułożone życie w swoich rodzinach, to moralna zagwozdka.
Dodaje też, że w tle tych historii bywa czynnik, o którym rzadko mówi się głośno.
– Zdarza się, że rodzice chcą odzyskać dzieci głównie z powodów finansowych. Chodzi o świadczenia, takie jak 800 plus. Mówię to brutalnie, ale tak bywa. Widzieliśmy wzrost zainteresowania "odzyskiwaniem" dzieci wraz z wprowadzeniem 500 plus. To bardzo trudne i smutne zjawisko.
W 2025 roku policja odnotowała 29 210 małoletnich ofiar przemocy domowej – wynika z danych Komendy Głównej Policji, przekazanych redakcji przez biuro prasowe. Wystarczyły trzy pierwsze miesiące 2026 roku – do 31 marca – by liczba ta sięgnęła 8 753.
Jak podkreśla policja, interwencje najczęściej dotyczą najbardziej drastycznych przypadków: przestępstw sek**alnych, znęcania się, porzucenia oraz sytuacji, w których opiekunowie są pod wpływem alkoholu lub narkotyków.
Imiona dzieci Agnieszki zostały zmienione.
