Matka i kilkuletni syn na tle okna
Patentyfikacja zostaje w dziecku na całe życie Fot. Shutterstock

– Kurczyłam palce od stóp w kozakach, żeby nie martwić mamy, że znów trzeba kupić mi nowe buty – wspomina 41-letnia Agnieszka. – Kiedy ojciec przynosił wypłatę, razem siadałyśmy i zastanawiałyśmy się, jak rozplanować budżet, żeby starczyło na cały miesiąc. Kiedy brakowało w domu pieniędzy, czułam, że to moja wina. Pewnego dnia na podwórku zrobiłam wyprzedaż ulubionych zabawek, żeby dołożyć do domowego budżetu – opowiada.

REKLAMA

Drzwi trzaskają z hukiem. Szyba rozpryskuje się w drobny mak. Odłamki wlatują do kuchni.

"Widzisz, jaki on jest? Co mi zrobił?" "To on mnie do takiego szału doprowadził".

Matka Anity podnosi głos.

"Do grobu mnie wpędzi" – szybko oddycha i opada na kanapę w salonie. – "Pamiętaj, że jak umrę, to przez twojego ojca. To pies na baby. Pewnie znowu sobie jakąś znalazł. Tylko ty mi zostałaś”.

Łka, rozpościera ręce i chce przyciągnąć Anitę do siebie. 

Ośmioletnia Anita stoi nieruchomo. Jeszcze wczoraj była z tatą na lodach. Potem wziął ją na barana. Dziewczynka ma w głowie setki wspólnych wypraw na ryby, zjazdów z górki zimą na sankach, głupich min robionych przed lustrem, wyjść do cyrku. Tata śmiesznie je watę cukrową, łaskocze ją w stopy. Najlepszy na świecie.

Kalkuluje: jeśli przeskoczy drobinki szkła i pójdzie do ojca, który siedzi w kuchni, matka obrazi się i nie zrobi jej więcej warkoczyków do szkoły. Jeśli zostanie z nią, tata będzie smutny. Już nie będzie robił głupich min.

"Wszyscy mężczyźni są tacy sami" – kontynuuje swój monolog matka. – "Chociaż mogłam wyjść za Zbyszka, ten to dobry był w te klocki. Twój ojciec stara się, ale tylko przy innych babach. Pewnie młodszych. No chodź, Anitko, przytul mamę, bo bez tego będzie mi smutno".

Dziś Anita ma 40 lat i dwójkę dzieci, ale dobrze pamięta lęk, który towarzyszył jej, gdy czuła się odpowiedzialna za emocje matki. Po trzech latach od tamtego zdarzenia jej rodzice się rozwiedli. Nigdy nie opowiadała mamie o spotkaniach z ojcem, żeby "nie wpędzić jej do grobu".

Kiedy miała piętnaście lat, jej mama uznała, że Anita jest już na tyle dorosła, żeby opowiadać jej o swoich randkach. Bo jej mama – mimo że na mężczyzn narzekała – cały czas desperacko szukała miłości. Na sprawy sercowe Anity miejsca już nie było. O tym, że nieszczęśliwie się zakochała, opowiadała przyjaciółkom.

Czy po latach ma żal do matki?

– Kiedy wchodziłam w dorosłe życie, miałam ogromny żal, że zrobiła sobie ze mnie powierniczkę – wspomina. – Bardzo się od niej wtedy odsunęłam. Jak zostałam mamą, w ogóle nie mogłam zrozumieć, jak można swoje dzieci obciążać prywatnymi sprawami. Sama po latach rozwiodłam się z mężem, ale to były sprawy między nami. Chroniłam je przed tym bagnem.

Dopiero później przyszła refleksja. Dziś Anita patrzy na swoją matkę bez pretensji. – Ona po prostu nie miała narzędzi, żeby wiedzieć, co wolno rodzicowi, a czego nie. Wychowała się z ośmiorgiem rodzeństwa w skrajnej biedzie. Nie było dla niej forów parentingowych, książek psychologicznych ani terapii. Skąd miała wiedzieć, co można, a czego nie? Myślę, że radziła sobie z emocjami i zdradami ojca tak, jak umiała. 

"Czułam, że to mój problem i moja odpowiedzialność"

Agnieszkę często bolał brzuch, kiedy w domu brakowało pieniędzy. Pamięta to nerwowe liczenie drobnych i westchnienia matki, kiedy prosiła o składkę na wycieczkę szkolną.

Wieczorami długo nie mogła zasnąć. Leżała w łóżku i wyobrażała sobie, że wygrywa ogromne pieniądze. Setki złotych. Tyle, żeby wszystko wreszcie było "normalnie". W myślach chodziła z mamą po sklepie i wkładała do koszyka wszystko, na co miały ochotę – bez sprawdzania cen i odkładania produktów z powrotem na półki.

Marzyła też o innym domu. Takim, w którym w łazience nie ma popękanego gumoleum, tylko jasne kafelki, jak u koleżanki ze szkoły. 

– Jako dziecko byłam przekonana, że jeśli będę wystarczająco oszczędna i grzeczna, to jakoś wszystkim ulżę – wspomina dziś. – Kiedy brakowało w domu pieniędzy, czułam, że to moja wina. Pewnego dnia na podwórku zrobiłam wyprzedaż ulubionych zabawek, żeby dołożyć do domowego budżetu.

Najgorsze wspomnienie?

– Kurczyłam palce od stóp w kozakach, by nie martwić mamy, że znów trzeba kupić mi nowe buty – odpowiada.  – Kiedy ojciec przynosił wypłatę, razem siadałyśmy i zastanawiałyśmy się, jak rozplanować budżet, żeby starczyło na cały miesiąc. Czułam, że to mój problem i moja odpowiedzialność. 

Dziś, jako dorosła kobieta, Agnieszka patrzy na tamten dom inaczej. Widzi, że jej rodzice byli po prostu niezaradni życiowo. Matka przez lata nie poszła do pracy, cały ciężar utrzymania rodziny spoczywał na ojcu, a ona została wciągnięta w świat dorosłych lęków i problemów.

– Dopiero po latach zrozumiałam, że nie powinnam była nosić tego na swoich barkach – mówi. – Ale do dziś zostało mi ogromne poczucie odpowiedzialności za bezpieczeństwo finansowe.

Agnieszka przyznaje, że nadal bardzo trudno wydaje jej się pieniądze. Zanim coś kupi, długo się zastanawia, porównuje ceny, odkłada decyzję. Nawet dziś, kiedy stać ją na więcej niż jej rodziców kiedyś, wciąż boi się, że na coś zabraknie.

Czytaj także:

Nie tylko dziewczynki stają się strażniczkami domowego spokoju. Michał, 45-latek, również dorastał w przekonaniu, że musi uważać na każdy swój ruch, żeby nie naruszyć kruchego świata emocji swojego ojca.

– Kiedy byłem mały, miałem wrażenie, że tata jest ciężko chory – opowiada dziś. – Po latach zrozumiałem, że rzeczywiście był, tylko nikt go nigdy nie zdiagnozował ani nie leczył. Dziś myślę, że to była depresja.

Ojciec Michała niemal bez przerwy sprawiał wrażenie człowieka wyczerpanego. Wracał z pracy, siadał na kanapie i zasypiał w ubraniu. Nie miał siły rozmawiać, bawić się z synem ani angażować w życie domowe. Matka Michała chodziła po mieszkaniu podenerwowana. Narzekała, że mąż nic nie robi, że o siebie nie dba, że wszystko jest na jej głowie.

W domu często mówiło się o zmęczeniu, rozczarowaniu i śmierci.

– Czasami, kiedy tata miał lepszy dzień, zaczynał opowiadać różne historie – wspomina Michał. – Ale nawet wtedy wracał do jednego tematu. "Mietka już nie ma. Chłop miał czterdzieści lat i zawał. Szczęściarz, do roboty nie musi chodzić". Jako dziecko naprawdę się bałem, że ojciec umrze.

Michał bardzo szybko nauczył się obserwować nastrój ojca. Wiedział, kiedy lepiej siedzieć cicho, nie prosić o pomoc i nie sprawiać kłopotu. Starał się być bezproblemowym dzieckiem. Nie chciał dokładać ojcu zmartwień.

– Miałem poczucie, że muszę go chronić przed wszystkim, co mogłoby go jeszcze bardziej przygnębić – mówi. – Kiedy widziałem, że jest smutny, próbowałem go rozweselać. Opowiadałem kawały, wygłupiałem się, robiłem akrobacje. Chciałem, żeby się uśmiechnął.

Czasem ojciec rzeczywiście się śmiał. Ale częściej tylko patrzył gdzieś przed siebie.

Pamiętam, że jako dziecko cały czas sprawdzałem, w jakim jest nastroju. Nie myślałem wtedy o sobie. Najważniejsze było to, żeby tata się nie załamał.

Michał

opiekował się ojcem chorym na depresję

Dopiero jako dorosły – już na terapii – zrozumiał, że w tamtym domu role były odwrócone. To on, dziecko, próbował dźwigać emocje dorosłego i brał odpowiedzialność za stan psychiczny ojca. Przez lata żył z poczuciem, że gdyby bardziej się starał, był weselszy, spokojniejszy albo bardziej obecny, może udałoby się go uratować.

– Na terapii pierwszy raz usłyszałem, że to nie była moja odpowiedzialność i że samob***cza śmierć ojca nie była moją winą – mówi. – Jako dziecko naprawdę wierzyłem, że powinienem był zrobić więcej.

Takich historii znam mnóstwo także ze swojego podwórka: Marcelina jako dziesięciolatka zmieniała pieluchy młodszemu rodzeństwu, bo jej rodzice marzyli o dużej rodzinie, ale nie mieli czasu zajmować się dziećmi. Staszka mama wysyłała do firmy, żeby "sprawdzał", czy ojciec jej nie zdradza. Kamil z kolei prowadził pijanego ojca pod pachę, żeby ten nie przewrócił się po drodze do domu. Robili rzeczy, które nigdy nie powinny spoczywać na barkach dzieci. Ma to swoją nazwę: parentyfikacja. 

To zjawisko, w którym dziecko zaczyna pełnić w rodzinie rolę przypisaną zwykle dorosłym. Przejmuje odpowiedzialność za emocje rodziców, opiekuje się rodzeństwem albo staje się wsparciem w codziennych problemach domu.

Psychoterapeutka: Mamy wybór

W jakich rodzinach najczęściej dochodzi do parentyfikacji? Z tym pytaniem zwróciłam się do Jagody Miedzińskiej – certyfikowanej psychoterapeutki poznawczo-behawioralnej oraz certyfikowanej terapeutki indywidualnej terapii schematów.

– Najczęściej do parentyfikacji dochodzi w rodzinach, w których dorośli z różnych powodów nie są w stanie w pełni zaopiekować własnych emocjonalnych lub życiowych trudności i w konsekwencji nie mogą adekwatnie odpowiadać także na potrzeby dziecka – tłumaczy psychoterapeutka. – Dziecko zaczyna wtedy stopniowo przejmować role i odpowiedzialność, które powinny należeć do dorosłych.

Ekspertka wskazuje konkretne tło takich sytuacji: – Często są to historie rodzin mierzących się z uzależnieniami, depresją, samotnością, przemocą, chorobą czy niewydolnością finansową. Parentyfikacja może pojawiać się również w rodzinach, które z zewnątrz wyglądają "dobrze", ale emocjonalnie brakuje w nich stabilności, bezpieczeństwa i dojrzałego wsparcia.

– Czy rodzice robią to świadomie? Na ile zdają sobie sprawę, że przerzucają na dziecko rolę dorosłego i czy wynika to ze złej woli, czy z trudnej sytuacji życiowej? – dopytuję.

– Jako terapeutka zawsze staram się widzieć w każdej historii człowieka – podkreśla Jagoda Miedzińska. – Nawet za zachowaniami, które ranią i których oczywiście nie należy usprawiedliwiać, nie ma na nie zgody, bardzo często stoi własna historia bólu, zaniedbania i ran z przeszłości.

Jak zaznacza psychoterapeutka, w zdecydowanej większości przypadków rodzice wciągający dzieci w rolę opiekuna nie są w pełni świadomi krzywdy, jaką im wyrządzają. 

– Najczęściej nie wynika to ze złej woli, lecz z braku zasobów emocjonalnych, nieprzepracowanych doświadczeń i niskiej świadomości własnych mechanizmów. Myślę, że ten brak świadomości, przede wszystkim świadomości siebie samego to największe przekleństwo i przewinienie, jakie fundujemy swoim dzieciom – precyzuje. 

I dodaje: – Problem polega na tym, że niezależnie od intencji rodzica i przyczyn jego trudności to i tak dziecko ponosi konsekwencje.

Dalsza część tekstu poniżej

Po rozmowach z bohaterami mam wrażenie, że wiele z tych osób do dziś nosi w sobie ogromną odpowiedzialność i żal. Czy parentyfikacja zostaje w człowieku na dorosłe życie?

– Absolutnie tak – odpowiada bez wahania terapeutka. –To małe dziecko, które zamiast dostawać bezpieczne warunki do przeżywania, uczenia się własnych emocji i ich regulacji, do eksplorowania i budowania własnej odrębności i tożsamości skupia się na tym, by zaopiekować swoich rodziców. To przeogromna odpowiedzialność, zdecydowanie za duża.

Miedzińska obrazuje to bolesną codziennością takich dzieci:

W rezultacie ci "mali dorośli" czuwają, wysłuchują smutków swojej zranionej matki, ocierają łzy, pocieszają, sprzątają bałagan po imprezie, szukają zagubionego pijanego ojca, wyrzucają butelki, nadsłuchują odgłosów kłótni w gotowości na natychmiastową interwencje i "scalanie" rodziny, ocalenie od przemocy i rozpadu w rodzinie.

Jagoda Miedzińska

psychoterapeutka

Jak tłumaczy dalej, wiąże się to z konsekwencjami w późniejszym życiu:

– Te same osoby w dorosłości niosą ranę, która mówi "twoje potrzeby są mniej ważne", "na miłość trzeba zasłużyć" i często podążają tymi samymi ścieżkami, które już znają – kontynuuje. – Może to być np. wchodzenie w relacje, w których brak równowagi w dawaniu i braniu, w których zamiast być partnerem znów pełnią rolę opiekuna. Nauczeni w dzieciństwie skupienia na innych bez uważności na siebie kontynuujemy ten wzorzec, który nierzadko prowadzi do wypalenia, depresji, zaniedbania, współuzależnień.

Ekspertka kładzie jednak nacisk na nadzieję, jaką daje terapia: – I tu znów słowem klucz jest słowo "samoświadomość". Bo to, co chciałabym najmocniej podkreślić, to to, że nie jesteśmy na to skazani. Poprzez pracę nad sobą, psychoterapię, czy inne formy budowania samoświadomości i leczenia ran z przeszłości możemy przerwać tę często wielopokoleniową sztafetę budowania nieadaptacyjnych schematów.

Mamy wybór, dzieciństwo nie musi determinować naszej dorosłej rzeczywistości. Możemy nauczyć się widzieć świat inaczej, zdjąć i wyrzucić te stare, zniekształcające okulary, wypracować inne, mniej szkodliwe dla nas i naszych dzieci zachowania. Dzieciństwo wpływa na naszą dorosłość, ale nie musi jej definiować.

Jagoda Miedzińska

psychoteerapeutka

Czy da się odbudować relację z rodzicami po takich doświadczeniach?

– To zależy – mówi wprost Jagoda Miedzińska. – Sytuacje są bardzo różne, a my nie mamy wpływu na innych, tylko na swoje własne decyzje i zachowania. Czasem te doświadczenia zostawiają uczucie pustki, która wręcz chorobliwie popycha do prób "nadrobienia" czasu dzieciństwa i odbudowywania relacji, nawet mimo braku refleksji, zmiany i chęci po drugiej stronie. Czasem złość i rany podpowiadają, by zupełnie się odciąć, zamknąć, nawet mimo całkiem obiecujących prognoz co do możliwości odbudowywania relacji po drugiej stronie.

Psychoterapeutka podsumowuje to doświadczeniem z własnego gabinetu: – Znam wiele historii, zarówno tych z happy endem, jak i smutnych, w których dystans był jedynym zdrowym wyborem. Wychodzenie ze schematu i ze wzorców zostawionych przez zjawisko parentyfikacji często wymaga odwagi, by zacząć stawiać granice, dbać o siebie, porzucić branie nadmiernej odpowiedzialności za innych i stawienie się do tej o samego siebie. A to nie zawsze spotyka się z akceptacją bliskich, którzy przez lata byli przyzwyczajeni do oczekiwania i brania, do wcześniejszego układu relacji.