nort fish
Nort Fish upadło w Polsce. Teraz pracownicy przeżywają dramat. Fot. shutterstock

Znana sieć restauracji North Fish upadła na naszych oczach. Choć firma należy do jednego z najbogatszych Polaków – Michała Sołowowa – to nie uchroniło jej przed katastrofą finansową. Relacje byłych pracowników smucą najbardziej. Muszą oni przeżywać koszmar.

REKLAMA

Sieć North Fish była głównie znana z sieci rybnych fastfoodów. Większość Polaków z pewnością słyszało o niej choć raz, to wielkich kolejek przy punktach w centrach handlowych raczej nie było. Chyba, że pojawiały się jakieś ciekawe promocje. Chodzili tam zazwyczaj miłośnicy dań rybnych.

Po ponad dwóch dekadach na rynku sytuacja finansowa North Fish zaczęła się pogarszać. I tak na początku 2026 roku (30 stycznia) gruchnęła wiadomość o tym, że przedsiębiorstwo złożyło wniosek o upadłość.

North Fish upadło na naszych oczach

Powodem miała być utrata płynności finansowej. Ze sprawozdań wynikało, że część lokali była nierentowna, a działalność potrzymywały tylko kolejne zastrzyki kapitału od właściciela.

"Z jednej strony mamy najbogatszego Polaka, który buduje elektrownie jądrowe i chciał kupować telewizje, dysponując majątkiem rzędu 28 mld zł. Z drugiej strony mamy jego spółkę North Food, właściciela popularnej sieci North Fish, która właśnie zbankrutowała, bo brakuje jej pieniędzy na wypłaty dla załogi" – zwracał uwagę na dość nietypową sytuację biznesmena Konrad Bagiński w InnPoland.pl.

Dziennikarz zastanawiał się, czy dla miliardera to tylko "cięcie kosztów", bo przecież dla pracowników to życiowe dramaty. I o nich właśnie napisała teraz Wyborcza.biz. Porozmawiali z pracownikami, którzy jeszcze zimą mieli słyszeć od zarządu, że "mogą spać spokojnie", bo za firmą North Fish stoi przecież miliarder Michał Sołowow.

Jednak rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Już w listopadzie 2025 roku firma utraciła płynność finansową (wniosek o upadłość został jednak złożony dopiero 30 stycznia 2026 roku). Dziś byli pracownicy z całej Polski zostali bez pensji, odpraw i kontaktu z firmą.

Dramat byłych pracowników North Fish

"Firma jest mi winna ponad 50 tys. zł"; "Czekam na trzy pensje"; "Do dzisiaj nie otrzymałam pięciu zaległych wynagrodzeń"; "Nie znam nikogo, kto by dostał należne mu pieniądze" – relacjonowali.

Choć większość z nich dostała wypowiedzenia pod koniec marca w ramach zwolnień grupowych, to "GW" zwraca uwagę jeszcze na jedną wręcz surrealistyczną, ale prawdziwą kwestię, bowiem samo "złożenie wniosku o upadłość" nie oznaczało, że firma z dnia na dzień przestała działać.

"Do czasu decyzji sądu pracodawca nadal istnieje, a umowy pracowników trwają. Dlatego lokale North Fish działały jeszcze po 30 stycznia" – dowiadujemy się. Pracownicy relacjonowali jednak, że firma rozpadała się na ich oczach. Niektórzy dostawcy, wiedząc, że Nort Fish nie zapłaci im za towar, przestali przyjeżdżać.

Nawet Poczta Polska wypowiedziała North Fish umowę i nie miał kto odbierać pieniędzy od poszczególnych lokali. Dziś firma, jak również sam Michał Sołowow milczy, mimo licznych pytań wysyłanych przez dziennikarzy. Wiadomo, że pod koniec marca North Fish zawiesił swoje kanały komunikacyjne, nie działają już służbowe maile ani telefony.