
Czy niski status partnera może być powodem do wstydu? Choć wydawało nam się, że klasizm w relacjach romantycznych to przeżytek, rzeczywistość boleśnie weryfikuje te złudzenia. – Jeśli chcemy pokazać w mediach społecznościowych swoje wspaniałe życie – a pokazuje się tam wyłącznie takie – to idealnie pasowałby do niego równie wspaniały partner, który wkomponuje się w ten elegancki obrazek – mówi wprost socjolog prof. Tomasz Sobierajski.
Mogłoby się wydawać, że czasy, kiedy Izabela Łęcka, główna bohaterka "Lalki" Bolesława Prusa, wstydziła się czerwonych, odmrożonych i spracowanych dłoni Wokulskiego, dawno minęły. Że klasizm w relacjach to już wyłącznie wspomnienie dawnych epok.
Liczy się przecież zupełnie co innego: uczucie, bliskość, poczucie bezpieczeństwa i to, jakim ktoś jest człowiekiem.
Tymczasem rzeczywistość pokazuje, że wcale nie uwolniliśmy się od tych mechanizmów. Choć dziś rzadko mówi się wprost o "mezaliansie", coraz częściej relacje zaczynamy traktować jak kolejny życiowy projekt – element stylu życia, osobistej marki i społecznego statusu. Najlepszym dowodem na to są historie z naszego codziennego podwórka – jak te, które opowiedziały mi Weronika i Anka.
Opowieść Weroniki
Przez całe lata w gronie znajomych słyszeliśmy tylko jedną, lakoniczną wersję: "Jakub pracuje w firmie". I na tym koniec. Nijak nie potrafiliśmy dowiedzieć się niczego więcej. Czym dokładnie się zajmuje? W jakiej branży działa?
W końcu wśród znajomych zaczęły krążyć plotki. Szeptaliśmy po kątach, dorabiając do Jakuba filmowe scenariusze – zastanawialiśmy się pół żartem, pół serio, czy to jakiś tajny agent, czy może robi karierę w CBŚ-u i wiąże go tajemnica zawodowa. Ta aura tajemniczości z jednej strony dodawała całej sprawie pikanterii, ale z drugiej – po prostu nas dziwiła.
Nasza koleżanka Marzena, żona Jakuba, konsekwentnie unikała tematu. Nigdzie Kuby ze sobą nie zabierała, nie wprowadzała go do towarzystwa, więc nie było nawet okazji, by poznać go osobiście. Kiedy ktoś pytał wprost, Marzena z wyraźnym oporem przebąkiwała coś ogólnikowo o "sektorze budowlanym".
Aż do dnia, w którym to Viola wpadła na spotkanie jak strzała i z wygadała nam to, czego dowiedziała się przypadkiem:
"A wiecie, co chłopak Marzeny robi w tej budowlance? Jest zbrojarzem!"
"Świetnie!" – krzyknęłyśmy niemal jednocześnie.
I zaraz zaczęłyśmy niemal licytować się na argumenty: że dziś dobry fachowiec to skarb, że zbrojarze są rozchwytywani, że taki człowiek nigdy raczej nie będzie narzekał na brak pracy. Któraś z nas rzuciła, że przy obecnych stawkach spokojnie może negocjować warunki i wybierać zlecenia.
Przy najbliższej okazji życzliwie powiedziałyśmy Marzenie, że już wiemy, czym zajmuje się Jakub i że zupełnie nie rozumiemy, dlaczego robiła z tego taką tajemnicę.
A ona wpadła w szloch:
"Bo ja się tak potwornie wstydzę! W mojej firmie wszyscy licytują się stanowiskami swoich partnerów. Po prostu bałam się, że nie będę miała czym zabłysnąć, kiedy zapytają mnie o jego zawód".
Byłyśmy w szoku. Chłopa się własnego wstydzić?
Opowieść Anki
Moja koleżanka Baśka męża to ukrywa już od dwudziestu lat. Na jej profilach w mediach społecznościowych próżno szukać choćby jednego wspólnego zdjęcia. Ona robi dużą karierę w międzynarodowej korporacji. Jej mąż reprezentuje zupełnie inną rzeczywistość: jest spawaczem.
Do tej pracy to potrzeba i doświadczenia, umiejętności i precyzji. Ale dla Baśki to chyba za mało, bo nie zdecydowała się jeszcze na to, by wprowadzić go na swoje "salony".
Nam opowiada o "różnicy światów", "zupełnie innych energiach" i "różnych bańkach", ale my, jej koleżanki, widzimy, że ona się po prostu go wstydzi.
Inna nasza taka znajoma miała męża, który miał ogromną nadwagę. Jak dawała jego zdjęcia na Instagramie, to tylko takie do szyi. Ona sama taka fit, zgrabniutka. Wrzucała treningi i zdrowe śniadania. Widocznie coś jej zgrzytało w tym wspólnym obrazie. W końcu się rozwiodła.
Czym jest throning?
Ach, żeby to były historie jednostkowe. Niestety nie. Coraz częściej relacje zaczynają podlegać podobnej logice, w której partner przestaje być wyłącznie osobą, a staje się elementem społecznego obrazu – czymś, co może ten obraz wzmocnić albo go zaburzyć.
Zjawisko to nawet doczekało się swojej nazwy: throning. Trend randkowy, który zyskał popularność na TikToku, opisuje wybieranie partnera ze względu na jego status, wpływy czy pozycję społeczną.
Najprościej mówiąc: wiążemy się z kimś nie dlatego że go kochamy, tylko dlatego, że może podciągnąć nas wyżej – towarzysko, zawodowo, finansowo albo wizerunkowo. Możemy połechtać swoje ego i ogrzać się w jego blasku.
W takim ujęciu relacja przestaje być wyłącznie prywatną historią dwojga ludzi. Staje się częścią szerszej gry o naszą pozycję w świecie.
Wszak żyjemy w kulturze, która obsesyjnie boi się regresu. Mamy się rozwijać, chłonąć garściami życie, awansować, podróżować dalej i drożej. Chcieć więcej. Partner, który tego tempa nie utrzymuje, bywa postrzegany jak ciężar.
Więc go ukrywamy.
Związek to produkt na sprzedaż
Zdaniem socjologa, prof. Tomasza Sobierajskiego, klasizm w relacjach romantycznych wcale nie wrócił, ponieważ tak naprawdę nigdy nie zniknął:
– On zawsze był obecny i zawsze był silny. Natomiast w tej chwili, wskutek mediów społecznościowych i potrzeby pokazywania się – szczególnie na Instagramie w ramach budowania prestiżu – zaczął być po prostu bardziej widoczny. Coraz częściej zdarza się, że nasi partnerzy i nasze życie romantyczne – lub okołoromantyczne – zostają wpisane w tego typu ramy.
Wyraźnym tego przejawem jest chociażby obecny sezon ślubny. Jak zauważa socjolog, współczesne śluby właściwie przestały być tradycyjnymi uroczystościami, a stały się spektaklami:
– Goście nie są już gośćmi, lecz statystami w widowisku planowanym niekiedy z trzyletnim wyprzedzeniem. Partner przestaje być wyłącznie kimś bliskim, a zaczyna pełnić funkcję społecznego i wizerunkowego kapitału.
Choć intuicja podpowiada nam, że czasy dobierania partnerów według statusu odeszły w przeszłość, prof. Sobierajski uważa wręcz przeciwnie. Dzisiejsze mechanizmy są momentami jeszcze silniejsze niż kiedyś – przybrały jedynie nowoczesną, bardziej subtelną formę.
Jak tłumaczy, naturalnym zjawiskiem strukturalnym pozostaje homogamia społeczna, czyli dobieranie się ludzi podobnych pod względem wykształcenia, statusu, dochodów czy pochodzenia.
– Wynika to z prostego faktu: drugą połówkę najczęściej poznajemy w pracy lub na studiach, co wiąże się z podobnymi zainteresowaniami. Jednak w ostatnich latach dołączył do tego nowy trend: partner zaczął być postrzegany jako element określonego stylu życia i narzędzie do budowania społecznego wizerunku – zauważa ekspert.
Jego zdaniem, partnerzy przestają być postrzegani wyłącznie jako osoby, które kochamy, a stają się nośnikami określonego wykształcenia, stylu życia czy kompetencji kulturowych.
– Jeśli chcemy pokazać w mediach społecznościowych swoje wspaniałe życie – a pokazuje się tam wyłącznie takie – to idealnie pasowałby do niego równie wspaniały partner, który wkomponuje się w ten elegancki obrazek – mówi wprost.
Współczesna kultura widzialności sprawia, że relacje zaczynają podlegać tym samym zasadom, co inne elementy internetowego wizerunku. Prof. Sobierajski stawia sprawę jasno:
– Nie można sobie pozwolić na kogoś, kogo nie da się pokazać. Co więcej, takiej osoby – a co za tym idzie, naszego życia prywatnego – nie da się zmonetyzować. Związek staje się zasobem już nawet nie tyle społecznym, ile instagramowym; produktem na sprzedaż.
Ciąg dalszy tekstu poniżej
Zobacz także
Jak się dowiaduję, w socjologii zjawisko to dobrze opisuje pojęcie status signaling, czyli sygnalizowanie statusu społecznego. W realiach social mediów sukces opiera się na widzialności – aby coś osiągnąć, musimy być widoczni.
– Dawne powiedzenie "siedź w kącie, a znajdą cię" całkowicie straciło rację bytu. W tej logice partner staje się częścią określonego komunikatu o nas samych.
prof. Tomasz Sobierajski
socjolog
Mechanizm oceniania bliskich przez pryzmat statusu opisywała już dekady temu klasyczna socjologia. Prof. Sobierajski przywołuje tu stworzoną przez Ervinga Goffmana koncepcję stigmy, znaną w języku polskim jako "piętno przeniesione". Boimy się pokazywać z osobami o niższym statusie, ponieważ podświadomie obawiamy się, że ich ocena wpłynie na to, jak sami jesteśmy postrzegani przez otoczenie.
– Jeśli mój partner lub moja partnerka reprezentują niższy poziom niż mój, istnieje duża szansa, że ktoś pomyśli, iż ja też mam tak samo niski poziom i będę postrzegany mniej prestiżowo.
Zdaniem socjologa być może po prostu skończyła się epoka romantycznego udawania, że status społeczny nie ma znaczenia:
– Może wreszcie przestaliśmy zakłamywać tę romantyczną wizję, że liczy się wyłącznie człowiek. Tymczasem nagle okazuje się – i każdy z nas spotyka w swoim środowisku takie związki – że patrzy się na tych ludzi i myśli: "Serio?". Okazuje się jednak, że za tym idą pieniądze i chęć albo podwyższenia swojego statusu, albo jego utrzymania, albo potwierdzenia. Więc to cały czas jest obecne.
Prof. Sobierajski przyznaje, że zna historie kobiet na wysokich stanowiskach, które ukrywały swoich mężów przed otoczeniem właśnie ze względu na różnice statusowe. Co ciekawe, po bliższym poznaniu często okazywało się, że za brakiem prestiżowego zawodu nie kryło się nic kompromitującego – byli to po prostu mądrzy, wartościowi ludzie, którzy nie posiadali określonego wykształcenia czy pozycji.
Socjolog zaznacza jednak, że za ukrywaniem partnera w mediach społecznościowych lub przed otoczeniem nie zawsze stoi wyłącznie wstyd. Czasami mogą być także świadomą próbą ochrony go przed toksycznym, oceniającym środowiskiem.
– Pojawia się pytanie, po której stronie leży kwestia odpowiedzialności. Czy po stronie tej osoby, która nie chce pokazać partnera, czy przy środowisku, w którym ta osoba się obraca? Być może jest tak, że ona nie chce wprowadzać partnera na te "salony", bo wie, że może go tam spotkać krzywda, może usłyszeć coś niefajnego. Ona czy on zdają sobie sprawę, że lepiej tej kochanej, dobrej, ważnej dla nich osoby nie wprowadzać do ludzi, o których mają niezbyt dobre zdanie. Więc może to wynikać nie tyle ze wstydu, ile czasem po prostu z troski.
Pytany o to, czy w świecie napędzanym presją wizerunku miłość ma dziś szansę wygrać z potrzebą "dobrego wyglądania" społecznie, prof. Tomasz Sobierajski odpowiada krótko i wyjątkowo gorzko:
– Dość tajemniczo mogę powiedzieć z własnego doświadczenia jedno zdanie: miłość to za mało.
