Mężczyzna w garniturze
Pracownicy korporacji coraz częściej szukają zawodowej alternatywy Fot. Shutterstock

– Pracują na fragmentach kodu, w ciszy i samotności. Efekt ich pracy nie ma fizycznego wymiaru. Potrzebują dotknąć materiału, poczuć narzędzie w dłoni. Niektórzy przyznają wprost, że gdyby mogli, rzuciliby IT bez wahania – o swoich kursantach opowiada Katarzyna Pokszan, projektantka galanterii i akcesoriów skórzanych. Przychodzą do niej nie tylko programiści, ale też lekarze czy prawnicy, którzy szukają zmiany zawodowej albo po prostu nowych doświadczeń.

REKLAMA

Katarzyna Pokszan, projektantka galanterii i akcesoriów skórzanych, prowadzi wraz z mamą Akademię Krawiectwa, miejsce, w którym można zdobyć podstawy zawodu, m.in. kaletnika. Mogła przejąć rodzinny biznes: jej matka, inżynier włókiennik, przez trzy dekady razem ze swoją siostrą, projektantką, prowadziła markę odzieżową. Jednak zamiast kontynuować tę drogę, wybrała własną.

– Jestem projektantką mody, która nienawidzi ubrań – mówi przekornie – Uważam, że na świecie jest ich już wystarczająco dużo. Nie chciałam kontynuować firmy w starej formule i produkować kolejnych rzeczy. Wolałam oferować wiedzę.

"Made by Human"

Dziś Katarzyna jest zjawiskiem unikatowym na polskim rynku. Jako dyplomowana projektantka łódzkiej ASP i oficjalna mistrzyni kaletnictwa łączy artystyczną wizję z technologiczną precyzją.

– Chciałam wiedzieć nie tylko, jak coś zaprojektować, ale jak to naprawdę powstaje – od pierwszego cięcia, po ostatni szew – uzasadnia. 

Kto w 2026 roku zapisuje się na kursy kaletnicze? Wbrew stereotypom – nie tylko hobbyści. Najliczniejszą grupą uczestników stanowią… pracownicy branży IT.

Co sprawia, że swoje kroki kierują właśnie tam?

– Właściwie wszyscy mówią to samo: brakuje im poczucia kontroli nad procesem – opowiada Pokszan. – Pracują na fragmentach kodu, w ciszy i samotności. Efekt ich pracy nie ma fizycznego wymiaru. Potrzebują dotknąć materiału, poczuć narzędzie w dłoni. Niektórzy przyznają wprost, że gdyby mogli, rzuciliby IT bez wahania.

Dla nich kaletnictwo staje się próbą odzyskania sprawczości. W świecie, w którym sztuczna inteligencja generuje rozwiązania w ułamku sekundy, własnoręczne wykonanie torby czy portfela nabiera znaczenia niemal symbolicznego. Ot, taki akt sprzeciwu wobec automatyzacji. 

Wśród kursantów są również lekarze, w tym chirurdzy medycyny estetycznej –przyzwyczajeni do precyzji, szukają jej w zupełnie nowym wymiarze.

– Część z nich szuka po prostu kreatywnego spełnienia – dodaje Pokszan. – Nie przychodzą z myślą, że rzucą wszystko i wyjadą w Bieszczady, by robić skórzaną galanterię. To raczej etap poszukiwań. Jednego tygodnia uczą się kaletnictwa, kolejnego próbują serowarstwa czy ceramiki. Nie zamierzają rezygnować ze swojej pracy – chcą po prostu tworzyć i sprawdzić się w czymś nowym.

Są jednak i tacy, którzy rzeczywiście planują przebranżowienie.

– Coraz częściej rzemiosło postrzegane jest jako ucieczka od pracy biurowej i cyfrowej. Czy to trwały trend? – pytam o to Wojciecha Jóźwika, dyrektora Zespołu Komunikacji i Promocji Związku Rzemiosła Polskiego.

– Przy obecnym tempie życia, konsumpcjonizmie i masowej produkcji rośnie w wielu ludziach chęć posiadania produktów o cech indywidualnych. Dlatego młodzi ludzie, zaczynający przygodę z rzemiosłem, często wracają do rodzinnych korzeni. Robią to jednak na swój sposób, na swoich warunkach.

Znam wielu ciekawych rzemieślników, którzy gdzieś w piwnicach, starych magazynach projektują i tworzą meble, które są niepowtarzalne. Ludzie zawsze będą potrzebować twórczości wykonanej ręcznie, gdyż w tym zawiera się również element naszej ludzkiej duchowości.

Wojciech Jóźwik

dyrektor Zespołu Komunikacji i Promocji Związku Rzemiosła Polskiego

Katarzyna Pokszan widzi w rzemiośle świetlaną przyszłość. Prognozuje, że w świecie zdominowanym przez produkcję masową praca ludzkich rąk stanie się dobrem wyjątkowo cennym.

– Wierzę, że za dekadę obok metek "Made in China" czy "Made in USA" pojawi się oznaczenie "Made by Human". I jego wartością będą także błędy – ślady ręcznej pracy, dowód unikatowości. Ludzie będą gotowi za to płacić.

Pokszan zwraca uwagę na niedocenianą rolę pracy rąk.

– W mózgu istnieją połączenia, które – jeśli nie zostaną rozwinięte w odpowiednim momencie – pozostają nieaktywne. Jeśli dziecko nie ćwiczy manualnie, nie rysuje, nie wycina, nie szyje, później bardzo trudno osiągnąć wysoki poziom sprawności. Ja w moim dziecku staram się te kompetencje bardzo rozwijać, bo to jest coś, czego nikt nam nie odbierze.

Zainteresowanie rzemiosłem rośnie. Na kursy Katarzyny Pokszan trafiają osoby z różnych środowisk – m.in. prawniczka, która planuje otworzyć własną markę torebek.

Rzemiosło przestaje być nostalgicznym powrotem do przeszłości. Staje się inwestycją w przyszłość.

– Nie mamy jeszcze w Polsce odpowiednika wysokiego rzemiosła – ono dopiero się rodzi. Powstanie nowe pokolenie twórców wykonujących rzeczy kunsztowne. Bo choć technologia i AI w dużej mierze zastąpią człowieka – szczególnie w produkcji masowej – to w obszarze rzeczy unikatowych, kosztownych praca ludzkich rąk pozostanie niezastąpiona.

Krojczy: Ludzie zawsze będą się ubierać

Codziennie rano zakładamy ulubioną koszulę czy marynarkę, rzadko zastanawiając się, jak długa droga prowadzi od belki materiału do gotowego ubrania. Na początku tej drogi stoi krojczy. Jednym z nich jest Sebastian Szylchabel z Łodzi, który w zawodzie przepracował już trzy dekady.

Jego historia nie zaczyna się jednak od pasji do mody czy planowanej kariery w branży odzieżowej. Wybrał technikum gastronomiczne, jak sam mówi, dość przypadkowo.

– Z tym gotowaniem to u mnie jest tak, że jakby pani chciała kogoś otruć, to u mnie jest niedrogo – żartuje, szybko dodając, że prędzej poradzi sobie z przyrządzeniem wykwintnego dania niż tradycyjnego schabowego.

Do zawodu krojczego trafił przypadkiem, dzięki pomocy wujka. To, co miało być chwilowym zajęciem, stało się pracą na całe życie.

– To ciężka praca? – pytam wprost.

– Najcięższe jest noszenie belek materiału. Przy lagowaniu, czyli układaniu tkaniny warstwami, jedna na drugiej, człowiek się trochę nachodzi. Kilometry się robi, bo chodzi się w tę i z powrotem. A samo krojenie wygląda tak, że bierze się nóż i według szablonów wycina się elementy, które potem trafiają do szwaczki do zszycia. I potem ma pani w czym chodzić.

Choć nowoczesne zakłady korzystają z maszyn takich jak lagowarki czy krajarki, Sebastian podkreśla, że najważniejszym ogniwem wciąż pozostaje człowiek.

Jak dodaje Katarzyna Pokszan, industrializacja już dziś pozwala w wielu przypadkach wyeliminować człowieka z procesu produkcji. W segmencie tanich, powszechnych produktów trend ten będzie się pogłębiał.

– Ale w rzeczach luksusowych będzie odwrotnie. Tam obecność człowieka – jego wysiłek, czas i niedoskonałość – stanie się największą wartością. I zawsze znajdą się ludzie, którzy będą chcieli to nosić – podkreśla.

Dalsza część tekstu poniżej

Mimo że zawód krojczego wymaga doświadczenia, spostrzegawczości i manualnej precyzji, przyszłość branży nie wygląda optymistycznie.

Jak wyjaśnia Sebastian, przyczyn jest kilka. Jedną z najważniejszych jest silna konkurencja taniej produkcji zagranicznej, głównie z Chin. Kolejnym problemem jest brak nowych pracowników – młodzi ludzie nie garną się do tego typu zawodów, a szkoły zawodowe w tej branży są zamykane. W efekcie polskie zakłady odzieżowe coraz częściej opierają się na pracownikach z Ukrainy i Białorusi.

Mimo to Sebastian nie traci całkowicie nadziei.

– Ktoś zawsze musi przygotować materiał do szycia. Ludzie zawsze będą się ubierać, przecież nago nie będziemy chodzić – mówi z prostotą.

Podobnego zdania jest mój kolejny rozmówca, Dawid Szkaradek. Jest zdunem. Buduje, naprawia i konserwuje piece.

– Ktoś zawsze musi robić piece. Ludzie zawsze będą się ogrzewać, nie będziemy przecież żyć bez ciepła – podkreśla.

Kiedy puka do drzwi, klienci często zerkają na niego z zaskoczeniem. Zwykle spodziewają się starszego fachowca.

Zdunowie w Austrii jeżdżą porsche

Dawid Szkaradek ma 35 lat i za sobą już 15 lat działalności. W środowisku zdunów to wciąż bardzo młody wiek. Gdy przed laty siedział na kursie szkoły zawodowej w Zielonej Górze, miał poczucie osamotnienia.

– Byłem tam właściwie jedynym zdunem – wspomina. – Koledzy nie wiedzieli, czym się zajmuję, a nauczyciele nie mieli nawet materiałów, żeby mnie uczyć.

– Co trzeba zrobić, żeby zostać zdunem? Jakie trzeba mieć umiejętności i predyspozycje? – pytam.

Dowiaduję się, że formalna droga do zawodu jest długa – praktyka, egzamin czeladniczy, a następnie lata pracy prowadzące do tytułu mistrza. Jednak najważniejsze są cechy charakteru: pracowitość, kreatywność i cierpliwość.

– To ciężka fizyczna praca. Czasem trzeba nosić materiały na drugie czy trzecie piętro. Ale najważniejsze jest to, że trzeba być wytrwałym – dodaje.

Choć w większych miastach zdunowie mogą liczyć na lepsze stawki i większą liczbę zleceń, w mniejszych regionach rynek bywa trudniejszy.

– Pracuję w dość wymagającym regionie i wciąż nie jestem w pełni zadowolony z zarobków. Dlatego chcę rozszerzyć działalność na inne obszary – mówi. Koledzy z innych części Polski – spod Warszawy, z dużych miast czy z Krakowa – zarabiają naprawdę dobre pieniądze. Kiedyś usłyszałem od kolegi z Krakowa taką historię, że do pracy w zdunowie w Austrii potrafią jeździć porsche.

Klienci często dopiero na etapie wyceny uświadamiają sobie, że tradycyjne rzemiosło nie należy do tanich usług.

– Robię zlecenia bardzo różne – od 5 do nawet 50 tysięcy złotych. Często klienci są zaskoczeni ceną, ale trzeba pamiętać, że moja praca to tylko około jedna trzecia kosztu. Reszta to drogie materiały. Jeśli piec kosztuje 30 tysięcy złotych, to realnie moja robocizna to tylko część tej kwoty. 

Zapytany, czy gdyby mógł zacząć od nowa, wybrałby inny zawód, mój rozmówca odpowiada bez wahania:

– Wybrałbym to samo. Lubię kontakt z ludźmi i satysfakcję, kiedy widzę efekt swojej pracy, który zostaje na lata.

Boom na rzemiosło?

Współczesne rzemiosło w Polsce wyraźnie się zmienia: jedne zawody znikają lub tracą znaczenie, inne przeżywają renesans i przyciągają młodych ludzi szukających alternatywy dla pracy biurowej.

– Gdzie widać rzemieślniczy "boom"? – z tym pytaniem wracam do Wojciecha Jóźwika, dyrektora Zespołu Komunikacji i Promocji Związku Rzemiosła Polskiego.

Jak mówi, prawdziwy rozkwit przeżywają branże, które potrafią połączyć tradycyjny warsztat z nowoczesnym designem. Doskonałym przykładem jest jubilerstwo.

– Jako Rzemiosło jesteśmy partnerem organizacyjnym Międzynarodowych Targów Bursztynu i Biżuterii w Gdańsku – zaznacza Wojciech Jóźwik. – Na przykładzie tego wydarzenia widać, że jubilerstwo zyskało nowe płaszczyzny rozwoju właśnie poprzez łączenie sił wytwórców z projektantami.

Zauważa, że podobną energię widać w branży beauty. Organizowane w kwietniu Mistrzostwa Polski "Master of Beauty" udowodniły, że fryzjerstwo to dziś profesja o silnie artystycznym charakterze, co przyciąga rzesze młodych ludzi. Równie ciekawie dzieje się w obszarze tkaniny.

– Intensywnie rozwija się tkactwo i koronczarstwo. W Koniakowie powstało stowarzyszenie, które nie tylko promuje lokalne wyroby, ale z sukcesem edukuje przyszłe pokolenia koronczarek – dodaje mój rozmówca.

Nie wszystkie profesje mają jednak tyle szczęścia. Zagrożone są przede wszystkim te specjalizacje, które nie nadążają za zmianami technologicznymi lub mentalnymi konsumentów. W opinii Wojciecha Jóźwika problemem nie jest całkowity zanik zawodów, lecz raczej ich stagnacja i brak adaptacji do zmieniającej się rzeczywistości.

– Na przykład fotograf. Dziś można powiedzieć, że niemal każdy ma aparat w telefonie i potrafi zrobić różne zdjęcia. Istnieje jednak także fotografia specjalistyczna, choćby ta do dokumentów, która rządzi się zupełnie innymi zasadami. Te gałęzie rozwijają się w innych niż fotografia ogólnospołeczna kierunku – zauważa.

I dodaje, że dużo rzemieślników jak szewcy, zegarmistrzowie mierzą się z ogromnymi wyzwaniami rynku, który oferuje tanie produkty, których nie opłaca się naprawiać. Wymaga to nie tylko przestawienia się na inną niszową produkcję, ale również większego wyedukowania społeczeństwa w zakresie obiegu zamkniętego produktów.

– Przyszłość wielu tradycyjnych profesji zależy od ich specjalizacji oraz zmiany podejścia konsumentów do naprawy i ponownego użycia rzeczy – podsumowuje.