Aleksandra Przegalińska mówi o AI. Za postacią wizualizacja sztucznej inteligencji.
Czy człowiek jest w stanie odebrać pracę AI? Prof. Przegalińska odpowiada. Fot. naTemat.pl

Jeszcze kilka lat temu pytanie o to, czy AI odbierze nam pracę, brzmiało jak scenariusz z filmu science fiction. Dziś zadają je sobie świeżo upieczeni absolwenci, rutynowani specjaliści, jaki i prezesi, którzy po cichu liczą etaty do ewentualnej likwidacji. Czy ten trend da się zatrzymać, a może i odwrócić? W rozmowie z cyklu "Tylko 1 pytanie naTemat" odpowiada prof. dr hab. Aleksandra Przegalińska – jedna z najbardziej doświadczonych polskich badaczek sztucznej inteligencji.

REKLAMA

Rewolucje przemysłowe zawsze budziły podobne lęki. Kiedy w XIX wieku mechaniczne krosna wkraczały do manufaktur, tkacze niszczyli maszyny, bo widzieli w nich złodzieja swojego chleba. Historia przyznała im częściową rację – wiele zawodów zniknęło bezpowrotnie – ale jednocześnie otworzyła drzwi do pracy, o której ich ojcom nawet się nie śniło. Pytanie, czy tym razem historia znowu się powtórzy, czy może piszemy zupełnie nowy rozdział.

Bo sztuczna inteligencja różni się od mechanicznego krosna jednym kluczowym szczegółem: tamto umiało tylko tkać. Dzisiejsze systemy AI piszą raporty, analizują dane, prowadzą korespondencję, obsługują klientów i generują kod. Nie atakują jednej branży – przenikają przez wszystkie naraz, od kancelarii prawnych po studia graficzne, od call center po redakcje. Ekonomiści mówią ostrożnie o "przemieszczeniu zadań", podczas gdy na ekranach rekruterów coraz częściej pojawia się pytanie, ile stanowisk warto jeszcze obsadzić.

Najbardziej odczuwają to dziś ci, którzy dopiero wchodzą na rynek pracy. Stażysta, asystent, młodszy analityk – to właśnie te role, które przez dekady stanowiły punkt startowy kariery, dziś są pierwszymi ofiarami automatyzacji. Na uczelnianych kampusach narasta frustracja, bo studenci odkrywają, że rynek pracy, do którego latami się przygotowywali, zmienił się szybciej niż program studiów. To już nie jest abstrakcyjna dyskusja o przyszłości, a bardzo konkretny problem pokolenia wchodzącego w dorosłość.

Z drugiej strony nie brakuje głosów, że panika jest przedwczesna. Że AI to narzędzie, nie rywal. Że tak jak kalkulator nie wyeliminował matematyków, tak chatbot nie wyeliminuje specjalistów. Że nowe technologie tworzą tyle miejsc pracy, ile niszczą – tylko gdzie indziej i dla kogoś innego.

Czy zatem człowiek jest w stanie nie tylko bronić się przed sztuczną inteligencją na rynku pracy, ale i odzyskać to, co już na jej rzecz stracił? W rozmowie z cyklu "Tylko 1 pytanie naTemat" Jakub Noch pyta o to prof. dr hab. Aleksandrę Przegalińską – filozofkę i badaczkę sztucznej inteligencji.

Czy człowiek jest w stanie odebrać pracę sztucznej inteligencji?

To pytanie podchwytliwe na wielu poziomach, bo uważam, że dziś niespecjalnie mamy dowody na to, że sztuczna inteligencja odbiera pracę jako taką. AI bardziej odbiera zadania i potrafi odebrać ich bardzo dużo. Takich, które ostatecznie składają się na pracę. Natomiast dowodów, że praca par excellence, czyjaś konkretna praca, może być odebrana przez sztuczną inteligencję, jest jeszcze niewiele. Obserwuję tutaj w USA sytuacje związane z tzw. clerical work, czyli pracą asystencką, która coraz częściej jest wyoutsourcowywana na sztuczną inteligencję i to wydaje się być pierwszy sygnał w statystykach rynku pracy, że coś istotnego się dzieje. Podobnie wygląda sprawa z tzw. entry level workers. Pierwsza praca, mająca często charakter asystencki, jest czymś, co sztuczna inteligencja w jakimś sensie przejmuje. Jednak w odniesieniu do pana pytania: sądzę, że wreszcie dojdzie tu do normatywnych rozwiązań. Pojawi się presja na firmy, żeby jednak dawały pracę młodym ludziom, którzy dziś nie mogą dostać pierwszego zatrudnienia. Zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych sytuacja na rynku pracy jest "mocno średnia". Mówi się o tym szeroko i globalnie, że praca stażowa jest zagrożona, więc spodziewam się, iż będą pojawiać się zobowiązania, by taką pracę oferować, bo gdzieś ten człowiek musi zacząć.

prof. dr hab. Aleksandra Przegalińska

badaczka sztucznej inteligencji

Tylko czy prezesi zarówno w USA, jak i nad Wisłą zachowają rozsądek i będą patrzyli tak szeroko?

Mam nadzieję, że przeważy szersze spojrzenie i pracownik, który dziś jest asystentem, może być talentem wartym zatrzymania w organizacji oraz powierzania mu coraz poważniejszych ról. Na różnych konferencjach dotyczących rynku pracy i wpływu AI w USA słyszę, że prezesi zaczynają uprawiać wręcz sygnalizację cnoty. Czyli mówią, że na pewno będą oferować staże, bo to po pierwsze leży w ich interesie, a po drugie "it's the right thing to do". Zaczyna być to pewnego rodzaju moda.

Czy przekuje się w trwałe rozwiązania? Nie wiem. W Europie można by się spodziewać, że jeśli wyraźnie zobaczymy to w statystykach rynku pracy, dojdzie do uregulowania tej przestrzeni. W Stanach regulowanie różnych sektorów idzie dużo oporniej. Choć właśnie usłyszeliśmy, że Donald Trump będzie wprowadzał pierwszą – nie do końca wiążącą, ale już nieco wymuszającą na spółkach technologicznych pewne zachowania – regulację, która ma dotyczyć testowania przez administrację modeli AI. Krajobraz zmienia się więc od podejścia "ręce precz od technologii" w stronę uważniejszej analizy społecznych i gospodarczych skutków tej technologii.

Na pewno nie jest opłacalną sytuacja, w której technologia jest tak polaryzująca, a kwestia rynku pracy stanowi realny problem. Proszę zauważyć, że firmy takie jak OpenAI czy Anthropic zmierzają ku IPO, a klimat wokół sztucznej inteligencji w ostatnich miesiącach jest negatywny. Na kampusach uniwersyteckich przemowy wychwalające AI były wybuczane. Młodzi ludzie bardzo źle odnoszą się do tej technologii. To zupełnie inny sentyment niż ten sprzed kilku lat.

Czy nie będzie jednak tak, że nawet jeśli postawimy na ludzi, to i tak praca będzie wykonywana przez sztuczną inteligencję – człowiek będzie tylko twarzą i dłońmi, które wklepują prompt?

Pewnie charakter pracy bardzo mocno się zmieni. To już wyraźnie widać w różnych sektorach. Natomiast to, o czym pan mówi jest zjawiskiem maskowania braku własnej ekspertyzy przez AI: człowiek nic nie zrobił, ale się pod tym podpisuje i twierdzi, że to jest jego dzieło. Jest to zjawisko ze wszech miar negatywne i trochę nie mieszczące się w naszych porządkach prawnych, gdzie za pracę bierze się odpowiedzialność. Zakładamy przecież, że jeśli ktoś się pod czymś podpisuje, to przynajmniej to przeanalizował i wie, o czym mowa.

Zrobiliśmy ostatnio ciekawe badania na ten temat. Okazało się, że sztuczna inteligencja, gdy deleguje się na nią bardzo dużo zadań, potrafi je bardzo dobrze wykonywać. Jednak grupa, która pracowała w ten sposób, pracowała dość generycznie. Druga badana przez nas grupa, złożona z marketerów, nie mogła tak intensywnie wspierać się sztuczną inteligencją i tam dużo wyraźniej widać było, czy ktoś potrafi daną rzecz, czy nie.

Z punktu widzenia organizacji nie jest to dobre zjawisko, żeby ludzie maskowali brak własnej ekspertyzy za pomocą AI. To może w pewnym momencie uderzyć w taką organizację.

Jest natomiast inna możliwość, którą obserwujemy w sektorze IT. On jest naprawdę wyjątkowy, bo już jest bardzo spenetrowany przez sztuczną inteligencję. Mamy tam rozwiązania agentowe, a typowy programista to dziś osoba, która pracuje z wieloma modelami AI, koryguje ich pracę i de facto nią zarządza. Rola programisty się zmieniła. Klepanie kodu odeszło do lamusa – zostało wydelegowane na AI jako zadanie, które ta wykona szybciej i sprawniej. Natomiast człowiek stał się nadzorcą tych rozwiązań, analizującym błędy i korygującym potencjalne trajektorie pracy modeli. To nadal wyczerpująca praca, ale zupełnie inna.

Wyłania się tu właśnie to, o czym pan wspomniał na początku. W wyniku współpracy ze sztuczną inteligencją i przejmowania przez nią kolejnych zadań okazuje się, że role, które otrzymujemy w tym procesie, są inne niż te, które pierwotnie zakładała nasza praca. IT jest tego przykładem. Co nie zmienia faktu, że zapotrzebowanie na pracę człowieka w tym sektorze będzie zawsze, ale będzie mniejsze. Będzie mniej ludzi, ale za to wybitni specjaliści.

W jakim kierunku powinny iść ewentualne regulacje? Bardziej ku ochronie pracy człowieka czy odpowiedzialnemu stosowaniu AI?

Powiedziałabym, że ta druga kwestia to sprawa do wyregulowania raczej w poszczególnych organizacjach oraz w kontrakcie pracy, a nie w odgórnym prawie. Bo co tam napiszemy? Że "należy odpowiedzialnie korzystać z AI"? Wydaje mi się, że kiedy podpisujemy kontrakt na nową pracę czy zlecenie, powinno być wylistowane, w jakim zakresie rekomendowane jest stosowanie sztucznej inteligencji albo gdzie spodziewamy się silnej interwencji człowieka.

Takie prototypy umów już powstają na uczelniach. Kiedy student składa pracę dyplomową, coraz większa część dokumentacji dotyczy nie tylko oświadczenia o samodzielnym napisaniu pracy, ale wylistowania sposobu korzystania ze sztucznej inteligencji, jeśli w ogóle miało to miejsce.

Myślę, że na mikropoziomie różne firmy, zależnie od charakteru zadań - czy to są rutyny, czy praca wymagająca decyzji i kompasu moralnego - będą wprowadzać własne specyfiki dotyczące rekomendowanego sposobu pracy z AI. Czasami bowiem wydelegowanie wszystkiego na sztuczną inteligencję jest jak najbardziej w porządku: zarządzanie kalendarzem, wymiana maili, rutynowe prezentacje czy raporty - to można spokojnie wydelegować. Mowa jednak o czymś innym niż praca wymagająca odpowiedzialności. Nie regulowałabym tego więc tego odgórnie w obawie uwikłania się w paradoksy.

A co do tej pierwszej kwestii, czyli ochrony rynku pracy, jestem ciekawa, czy i jak to wejdzie. W USA gospodarka oparta jest na popycie i konsumpcji. Jeśli ludzie mają w portfelach i kupują usługi i produkty, gospodarka jest zdrowa, bo nie jest oparta w głównej mierze na eksporcie czy eksploatacji surowców. Jeśli natomiast ludzie są "displaced", tracą pracę i możliwości kupowania dóbr, tutejsza gospodarka po podupada. Sytuacja, w której bardzo dużo ludzi nagle traci pracę w różnych sektorach - co nie jest według mnie najbardziej realistycznym scenariuszem, ale trzeba go brać pod uwagę - doprowadziłaby do krachu.

Warto też odnotować, że jeszcze dwa-trzy miesiące temu Sam Altman czy Dario Amodei opowiadali, że praca zniknie. Teraz mamy zmianę ich narracji, gdyż w międzyczasie wydarzyło się zbyt wiele negatywnych rzeczy. Sentyment wobec sztucznej inteligencji spadł, narastał opór pracowniczy. I ci sami ludzie zaczęli twierdzić, że wpływ na rynek pracy nie będzie aż tak duży, że ludzie będą się wzajemnie wspierać i że praca białych kołnierzyków nie zniknie, tylko się przeformuje. Czy wtedy przesadzali, czy teraz mówią pod publiczkę? Tego nie sposób do końca ocenić.

Wyobrażam sobie, że gdyby w statystykach rynku pracy pojawiły się bardzo wyraźne zmiany, w Unii Europejskiej doszłoby do jakiejś formy regulacji chroniącej rolę człowieka w miejscu pracy. W USA? Nie wiem… Narracyjnie powiedziałabym, że twardej regulacji ochrony pracownika nie spodziewam się, ale różne inne środki, jak presja na spółki technologiczne, to będzie miało miejsce.

Jak więc brzmi dobra rada dla młodych ludzi stojących przed ważnymi decyzjami edukacyjnymi i zawodowymi? Słuszne są rady, że lepiej dziś iść w pracę fizyczną?

Ci, którzy chcą zajmować się pracą fizyczną – metaloplastyką, stolarką i tym podobnym – niech to robią, jeśli jest to obszarem ich zainteresowań. Natomiast absolutnie nie kierowałabym się lękiem przed tym, co sztuczna inteligencja zrobi z rynkiem pracy, przy wyborze czegoś, co ma być sensem naszego życia. Praca jest sensotwórcza. Nie jest to coś bagatelnego.

Dlatego Elon Musk, który chciałby wszystkich wysłać na dochód podstawowy, żeby nie pracowali, nie rozumie pewnej bardzo istotnej rzeczy. Wiem, że praca nie zawsze jest przyjemnością i nie zawsze jest spełniająca. Wtedy ludzie szukają innej pracy, jeśli mają takie możliwości. Ale co do zasady praca, pewien etos pracy w wielu kulturach, jest czymś bardzo ważnym. Powiedzenie ludziom "jesteście już niepotrzebni, damy wam cyfrową jałmużnę, żebyście przeżyli" to straszna wiadomość. Nie chciałabym, żeby narracja sektora AI w ten sposób determinowała wybory młodych ludzi.

Myślę, że najważniejsze jest po prostu to, co ich interesuje. Wiele dziedzin będzie się zmieniać, więc moja pierwsza porada jest taka: trzymać rękę na pulsie i przyglądać się narzędziom AI, testować je w agnostycznym duchu. Narzędzi jest dziś bardzo dużo, robią różne rzeczy, można je przyłożyć do najróżniejszych procesów. Na pewno warto je poznać.

Ale jest też druga warstwa. Dla każdej osoby, młodszej czy starszej, bardzo istotne jest wyregulowanie sobie takiego suwaka, ile chcę dać sztucznej inteligencji, a ile uważam za wartościowe i odpowiedzialne zostawić dla siebie. W bardzo wielu grupach zawodowych będzie to ważne ćwiczenie.

W jednym z naszych badań obserwowaliśmy na przykład, że sztuczna inteligencja świetnie radzi sobie z implementacją projektów startupowych i planowaniem, ale w selekcji najciekawszego pomysłu już nie. Okazało się, że jeśli człowiek opiera się bardziej na własnym osądzie, wychodzi to lepiej. Cedowanie wszystkiego na AI nie zawsze jest najlepszym rozwiązaniem – ani z naszego punktu widzenia, ani z punktu widzenia pracodawcy.

Dlatego moja rada brzmi: kierować się tym, co rzeczywiście nas interesuje, obserwować rozwój technologii, eksplorować rozmaite rozwiązania, ale też mieć zdrowy zmysł, że w wielu sytuacjach. Na przykład przy wysyłaniu pierwszego CV lepiej napisać coś samodzielnie, zamiast generować piękny dokument w AI. Właśnie to może sprawić, że ktoś nas zapamięta. Paradoksalnie, wkład człowieka może mieć większe znaczenie w świecie, w którym AI jest dostępna dla wszystkich.

A co z całkiem nieźle kwitnącym ostatnimi czasy zawodem tzw. prompciarza? Warto w to iść, czy też sztuka promptowania przestanie być "czarną magią", za którą inni są gotowi zapłacić?

Za chwilę ten zawód umrze. Widzimy zmianę sprawiającą, że kontakt z AI poprzez model językowy i schemat "zadajemy prompt, dostajemy odpowiedź" przestanie być absolutnie dominującą opcją. Są już rozwiązania agentowe, gdzie budujemy wyspecjalizowanych agentów w środowiskach takich jak Google Antigravity czy Cursor i pracujemy z nimi trochę jak z zespołem. To paradoksalnie praca, która już nie jest zwykłą konwersacją, ale działaniem z pewną architekturą systemu. I tu, powiedziałabym że trochę wracają potrzeby umiejętności bliższych programowaniu.

To dosyć zabawne, bo mieliśmy od programowania odejść całkowicie na rzecz języka naturalnego, a tu okazuje się, że trzeba umieć poradzić sobie z bazowymi rozwiązaniami technicznymi, żeby nakazać sztucznej inteligencji zaimplementowanie projektu, postawić aplikację i sprawić, że będzie działała stabilnie, bez halucynacji. Myślę, że w wielu zawodach praca z agentami będzie nową normą.

Oczywiście zawsze dobry kontekst i dobre okno kontekstu pozwalają AI pracować z nami lepiej. Natomiast ja rozumiem, że w pierwszej fali zawód specjalisty od promptowania był interesujący i potrzebny – szczególnie w momencie, kiedy przerzucaliśmy most do sztucznej inteligencji w organizacjach i uczyliśmy się tej technologii. Zakładam jednak, że za kilka lat odpowiednią wiedzą o tworzeniu promptów będzie standardem w edukacji może już licealnej. Nie będzie to więc zawód przyszłości.

Mam intuicję, że zawody przyszłości to tak naprawdę nowe specjalizacje. Dario Amodei mówił ostatnio interesująco na ten temat: kiedy sztuczna inteligencja przejmuje 80 proc. rutyn, zostają nam – powiedzmy – zadania strategiczne i decyzje. I z tych 20 proc. może wypączkować masa nowych specjalizacji, rzeczy do zrobienia, których jeszcze nie widzimy. To ciekawa obserwacja. Być może nie będziemy mieć nowych zawodów z innymi nazwami, ale treść tego, co będziemy robić w pracy, zmieni się bardzo mocno.

"Tylko 1 pytanie naTemat" – konkretne rozmowy na ważne tematy

Rozmowa z prof. dr hab. Aleksandrą Przegalińską to kolejny odcinek nowego cyklu "Tylko 1 pytanie naTemat". Co tydzień rozmawiamy z najciekawszymi postaciami ze świata polityki, ekonomii, nauki i kultury – ale inaczej niż zwykle.

Zamiast gonić za wszystkimi tematami naraz, zatrzymujemy się przy jednym: konkretnym, ważnym i wartym prawdziwej rozmowy pytaniu o Polskę, Europę i świat. Bo czasem jedna dobra odpowiedź mówi więcej niż godzinny wywód.