Przemysław Czarnek podczas spotkania z wyborcami
Przemysław Czarnek miał poszerzyć elektorat PiS. Jak dotąd się to nie udało Fot. YouTube / Przemysław Czarnek

– PiS nic nie zyskał na Przemysławie Czarnku, więc ten coraz głośniej krzyczy, szczuje i manipuluje, bo nie ma na siebie innego pomysłu – mówi w rozmowie z NaTemat.pl prof. Danuta Plecka, politolożka z Uniwersytetu Gdańskiego. Rozmawiamy o pierwszych trzech miesiącach "kandydowania" Czarnka na przyszłego premiera.

REKLAMA

Maciej Bąk, NaTemat: Tęskni pani za dawnym Przemysławem Czarnkiem? Takim sprzed pięciu lat, z czasów, gdy był ministrem, widział Polskę w Unii Europejskiej, stawał po stronie Ukrainy albo grzecznie montował sobie OZE na dachu, wiedząc, że to ekologiczne i ekonomiczne?

prof. Danuta Plecka, UG: Fakt, trochę tęsknię za tym Czarnkiem, który przynajmniej nie stosował regularnie dezinformacji i nie uważał swoich wyborców za głupców. Umówmy się, nigdy nie był to polityk specjalnie progresywny, zawsze reprezentował wartości mocno konserwatywne, ale jednak te kilka lat temu nie przekraczał ciągle tej cienkiej czerwonej linii i nie korzystał właściwie bez przerwy z narzędzi dezinformacji, ogłupiania i manipulacji tak jak robi w tej chwili.

Ten dawny Czarnek już wtedy zorientował się, że można zbić kapitał polityczny na szczuciu na konkretne grupy społeczne. Wtedy upodobał sobie szczególnie społeczność LGBT+. Dziś właściwie robi to już z każdym, kto mu się nawinie, choć wydaje się, że ostatnio szczególnie celuje w Ukraińców.

Ja mam wrażenie, że Przemysław Czarnek i jego Prawo i Sprawiedliwość nie do końca wiedzą, jak ułożyć tę wyborczą prekampanię i mają ewidentnie problem z tym, w jaki sposób skonstruować to, co wcześniej, we wcześniejszych kampaniach świetnie grało, czyli dzielenie polskiego społeczeństwa i uruchamianie negatywnych emocji. W tej chwili faktycznie Czarnek i PiS na celownik wzięli sobie Ukraińców.

Przejrzałem sobie ostatnie wypowiedzi Przemysława Czarnka i jedna wydaje mi się bardzo reprezentatywna dla jego stylu z ostatnich trzech miesięcy. "To jest hańba, do dymisji wszyscy, to jest zdrada stanu!". Strasznie krzykliwe to były trzy miesiące, tylko czy coś po nich zostało?

Zostało niewiele, dlatego że nie widzimy efektu Czarnka. Nie widzimy tego "WOW", jakie miało przecież być. Proszę zobaczyć, co pokazują sondaże. Jeżeli chodzi o poparcie Prawa i Sprawiedliwości to w zasadzie wychodzi nam, że Czarnek zintegrował i umocnił twardy elektorat PiS, ale nie pozyskał nowych wyborców i nie odwrócił trendu odpływu części wyborców Prawa i Sprawiedliwości do Konfederacji i Konfederacji Korony Polskiej.

W marcu w sondażach PiS miał 22-24 proc., obecnie ma nieco ponad 23 proc.. Właściwie nic się nie zmieniło – ani na lepsze, ani na gorsze.

Proszę zobaczyć, że kiedy odbyła się pierwsza konwencja PiS po wygranej Karola Nawrockiego, to pierwszym hasłem, które wypowiedział prezes Jarosław Kaczyński, było: nas nie interesuje 30 proc., my idziemy po 40 proc.! Tymczasem PiS-owi nie udaje się przekroczyć nawet tej magicznej granicy 30 proc., bez względu na to, na które sondaże patrzymy. Tu nie ma tendencji wzrostu poparcia dla Prawa i Sprawiedliwości, więc Czarnek krzyczy, oskarża i dezinformuje. I to jest jego metoda na uczestnictwo w prekampanii wyborczej, z której jednak nic nie wynika. Tym swoim krzykiem i kłamstwami nie przekonał zarówno nowych wyborców, jak i na przykład opcji Morawieckiego do swojej wizji ewentualnego przyszłego premierostwa.

A może efekt Czarnka jest, tylko nie tam, gdzie go szukamy? Nie ma go w PiS-ie, a sondażowo widać go w Konfederacji, która powoli ciuła sobie te punkty, które traci partia Kaczyńskiego. Wszak, gdy Czarnek atakuje rzeczy takie jak system kaucyjny, KSeF czy odnawialne źródła energii, to ci od razu mają wystawioną piłkę, by w niego uderzyć.

Konfederacja jest w stanie fantastycznie to wypunktować, mówiąc: no przecież brałeś człowieku w tym udział, stałeś po tej samej stronie, system kaucyjny czy KSEF to przecież są zasługi Prawa i Sprawiedliwości. Ten opóźniony efekt danego pomysłu to rzecz normalna w polityce, często zmiany wprowadzane są z jakąś karencją i to się właśnie teraz dzieje na naszych oczach, choćby w przypadku systemu kaucyjnego.

Ale jest jeszcze jedna rzecz, na którą chciałabym zwrócić uwagę, pokazująca, dlaczego Konfederacja może zyskiwać. Nie wiem jak pan, panie redaktorze, ale ja mam takie wrażenie, że Kaczyński i Czarnek coraz częściej wypowiadają się tak, jak gdyby mieli do czynienia ze swoim elektoratem nie tyle konserwatywnym, co głupim. A przecież jeżeli ktoś ma konserwatywne poglądy, to wcale nie oznacza, że jest głupi. Chociażby ta słynna wypowiedź Czarnka o "OZE-sroze". Otwarte zaprzeczanie podstawowym faktom naukowym, prawom natury, zdrowemu rozsądkowi. To nic innego jak traktowanie swojego konserwatywnego elektoratu jak ten "ciemny lud", który to – jak mawiał Kurski – kupi. No nie kupi, jest XXI wiek, już nie kupi.

Przemysław Czarnek ma ambicje bycia premierem, ale w rządzie swego czasu odpowiadał za naukę. Wy jako środowisko naukowe protestowaliście w maju, domagając się 3 proc. PKB na naukę. Dzisiejsza koalicja kompletnie ignoruje wasze postulaty.

Myślę, że gorzej już być nie może, my już osiągnęliśmy dno. Mówię z perspektywy dużego uniwersytetu i sporego instytutu, w którym pracuję. I nie mówimy tu nawet o pensjach naukowców, bo wszyscy powiedzą, że przecież każdy chce więcej pieniędzy. Nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że jeżeli nie będziemy prowadzić badań, to świadomość społeczna, świadomość polityczna, będzie na takim poziomie, że faktycznie z tego powodu w końcu doczekamy się powrotu Czarnka do władzy. Jeżeli nie będziemy tłumaczyć, jak ważna jest wiedza polityczna, jak ważne jest nasze uczestnictwo, zaufanie do państwa, to będziemy mieli za chwilę autorytarnych populistów przy władzy. Nawet się nie obejrzymy, kiedy nasza wolność będzie zagrożona.

Mówimy o tym, że brunatnieje nam debata publiczna, chociaż pewnie w obecnych czasach można powiedzieć, że ta debata braunieje. Czy przyczyniający się do tego brunatnienia Czarnek dogadałby się z Grzegorzem Braunem? Wiemy, że prezes Kaczyński mówi o takiej koalicji "broń Boże!", ale kto wie, co będzie miał do powiedzenia w przyszłym roku?

W 2005 roku, kiedy nie udało się utworzyć rządu Platformy Obywatelskiej i Prawa i Sprawiedliwości, prezes PiS Jarosław Kaczyński powiedział, że nie ma mowy o tym, żeby stworzył koalicję z Samoobroną i Ligą Polskich Rodzin. I ledwo to powiedział, a już ją utworzył.

W polityce "nigdy" nie istnieje, bo polityka to gra interesów. I wcale się nie zdziwię, jeżeli okaże się, że te piękne słowa, które w tej chwili padają, że z Braunem nie będzie przyszłego rządu, nie stracą za rok na aktualności.

Radosław Sikorski w rozmowie z NaTemat.pl mówi: jak ktoś chce przywrócić zwyczaje społeczne z XIX wieku, czy wzorować się na afgańskich talibach, to powinien głosować na pana Przemysława Czarnka. Za mocno czy w punkt?

Sikorski w przestrzeni publicznej też stosuje ostrą retorykę, bo uznał – jako jeden z niewielu polityków Koalicji Obywatelskiej – że tylko ta retoryka dotrze do obywateli. Nie wiem, czy słusznie tak uważa, ale to jest jego wizytówka. Proszę zauważyć, że to, co kiedyś wydawało się pewnym faux pas w przestrzeni publicznej, czyli używanie tak radykalnego języka, teraz weszło na salony. I to po obu stronach sceny politycznej.