samochody, komis
Polacy rzucili się na jeden typ samochodów Fot. Shutterstock

Czerwiec 2026 roku, inflacja w kraju spadła do przyzwoitego poziomu 3,1 proc., a na kontach Polaków leży astronomiczna, rekordowa kwota 1,48 biliona złotych poduszki finansowej. Moglibyśmy kupować, co tylko dusza zapragnie. Ale gdy przychodzi co do czego, włącza nam się gen absolutnego pragmatyzmu. Widać to po zakupach motoryzacyjnych w maju w najnowszym raporcie OTOMOTO Insights. Jeden konkretny rodzaj pojazdów stał się tak poszukiwany, że oferty wyparowują szybciej niż lód w upalny weekend.

REKLAMA

Nikt nie kupuje samochodu z wielką butlą w bagażniku dla prestiżu czy sportowych emocji. Robi się to z jednego, brutalnie prostego powodu: dla świętego spokoju własnego portfela.

Kupujemy używane za średnio 44 tys. zł

Jak wynika z najświeższych danych za maj, używane auta z LPG wystawiane przez prywatnych właścicieli znikają z platformy OTOMOTO średnio w rekordowe 32 dni! U profesjonalnych sprzedawców schodzi im niewiele dłużej, bo 37 dni.

To jest absolutny kosmos i bezapelacyjny lider płynności, jeśli chodzi o szeroko pojęty rynek wtórny. Dlaczego tak się dzieje?

Jak celnie zauważa Adam Simon z OTOMOTO, to po prostu "czysta matematyka przy dystrybutorze". Polacy masowo szukają natychmiastowego sposobu na obniżenie kosztów codziennego życia.

Ten pęd do ekonomii napędza zresztą cały rynek prywatny, gdzie średni czas aktywności ogłoszenia spadł do zaledwie 40 dni. Co ciekawe, potężny napływ bardziej budżetowych pojazdów sprawił, że ogólnokrajowa mediana pokazująca ceny aut używanych spadła do poziomu 44 000 zł.

Dealerzy zaczynają pocić się przy negocjacjach

Zupełnie inne nastroje panują, kiedy opuścimy giełdy i komisy, a spojrzymy na samochody nowe. Tutaj też jest ciekawie, bo salony przeżywają stałe, stabilne oblężenie. W maju zarejestrowano w Polsce aż 48 838 nowych aut, co oznacza solidny wzrost o 6,8 proc. rok do roku.

Od początku roku rynek ten wypracował ponad 7-procentową przewagę nad analogicznym okresem ubiegłego roku. Widać jak na dłoni, że powracający optymizm i lepsze wskaźniki ufności konsumenckiej robią swoje.

Ale uwaga, bo jeśli planujecie w najbliższym czasie wizytę w salonie, mam dla was świetną wiadomość. To idealny moment na to, żeby bezczelnie i twardo negocjować warunki zakupu.

Liczba aktywnych ogłoszeń fabrycznie nowych pojazdów wzrosła u dealerów do poziomu 25 470 ofert, co oznacza potężny skok o 14,3 proc. rok do roku. Place pękają w szwach, a w obszarze realnego popytu widać lekkie, wiosenne schłodzenie. Polacy po prostu oglądają każdą złotówkę dwa razy przed podpisaniem umowy. W strukturze ofert niezmiennie rządzi rozsądek – najpopularniejszy jest segment cenowy między 100 a 150 tys. zł.

Maj to też tradycyjnie absolutny szczyt sezonu na jednoślady. I rzeczywiście, podaż motocykli na portalu osiągnęła kolejny historyczny sufit, bo ponad 31,5 tysiąca aktywnych ogłoszeń.

Ale i tutaj, ku mojemu zaskoczeniu, wjechał dokładnie ten sam schemat, który rządzi rynkiem aut osobowych: wyraźny i zdecydowany odwrót od luksusu.

Kupujący w Polsce zaczęli ostentacyjnie ignorować najdroższe, luksusowe maszyny kosztujące powyżej 50 tys. zł. Ich udział w rynku zauważalnie się skurczył. Zamiast tego prawdziwe oblężenie przeżywa średni segment cenowy, czyli motocykle kosztujące od 10 do 20 tys. zł stanowią już niemal jedną trzecią całego tortu. Polacy szukają po prostu optymalnego stosunku ceny do jakości.

Mimo że maj tradycyjnie upłynął nam pod znakiem długich weekendów, majówek, matur i rodzinnych grilli, ruch na portalach ogłoszeniowych w ujęciu rocznym rósł. Determinacja, by znaleźć tanie samochody i zacząć realnie oszczędzać na paliwie, okazała się silniejsza niż chęć błogiego lenistwa. I wiecie co? Wcale się nam, kierowcom, nie dziwię.