
Netflix, HBO Max, Disney+. Dziś film można obejrzeć w kapciach, na kanapie, w środku nocy i nikt nie pyta o bilet. A jednak przez dekady samo słowo "kino" brzmiało jak obietnica: ciemna sala, wielki ekran, wspólne emocje. Czy to już tylko sentyment? I czy "instytucja kina" jaką znamy ma jeszcze przyszłość? O tym w nowym odcinku cyklu "Tylko 1 pytanie naTemat" mówi najsłynniejszy polski krytyk filmowy Tomasz Raczek.
Wyjście do kina jeszcze całkiem niedawno było rytuałem. Kolejka po bilety, zapach popcornu, zgaszenie świateł i czas na show – przeżywane wspólnie z rzeszą innych widzów. Dziś coraz częściej ten rytuał odbywa się w domu. Wystarczy już tylko kliknąć w aplikację. Platformy streamingowe zmieniły nie tylko to, gdzie oglądamy filmy, ale też jak o nich myślimy. Film przestał być wydarzeniem. Stał się treścią.
To nie pozostaje bez konsekwencji. W Polsce jeden po drugim zamykają się multipleksy – znikają z galerii handlowych, które same przeżywają kryzys. A branża szuka nowych pomysłów na przetrwanie, skreślając z listy wspólne przeżywanie historii w sali z rzędami foteli i wielkim ekranem.
O to, czy zatem ten sposób odbierania sztuki filmowej ma jeszcze rację bytu w erze streamingu pytamy kogoś, kto przez całe życie zawodowe przyglądał się kinu bliżej niż ktokolwiek inny. W rozmowie z cyklu "Tylko 1 pytanie naTemat" pytamy o to Tomasza Raczka – najsłynniejszego polskiego krytyka filmowego, który od dekad kształtuje gusty widzów w Polsce.
Czy kino przetrwa erę streamingu?
Tomasz Raczek
krytyk filmowy, publicysta
Jakub Noch: Brzmi jak przepis na szybkie zniknięcie tej formy z naszego otoczenia...
Tomasz Raczek: Może się tak zdarzyć. Już teraz mamy czas likwidowania multipleksów – mówię o Polsce, choć to nie dotyczy wyłącznie nas. Raz po raz pojawiają się informacje o zamknięciu kolejnego obiektu: znany multipleks przy Molo w Sopocie, Multikino na Ursynowie w Warszawie.
Słyszałem też o planowanych następnych zamknięciach. Galerie handlowe generalnie już nie starają się pozyskiwać kin, a same mają kłopoty – niektóre są likwidowane. Na przykład galeria na Bemowie, która podobno jest zagrożona likwidacją, mieści w sobie duże Cinema City obsługujące całą dzielnicę – i wygląda na to, że może zniknąć razem z całą galerią.
To nie wszystko. Ten trend zaczął się już kilka lat temu – pierwszy był Silver Screen na Puławskiej w Warszawie, przejęty przez Multikino, który zamknął się jako pierwszy. Lokal po nim przejęła siłownia. A był to jeden z najlepszych warszawskich multipleksów – z luksusowymi salami Platinum, z restauracją, garderobą i conciergem. Taki oddech luksusu, jakiego chyba nigdzie indziej w polskich multipleksach nie było.
Kilka miesięcy temu podobny los spotkał jeden z najnowszych i najbardziej eleganckich obiektów – Kinogram w Norblinie, który zresztą przechodził różne perturbacje i który nie jest typową sieciówką, lecz multipleksem klasy lux, z luksusowymi salami i skórzanymi fotelami. Miał siedem sal, zostały cztery, a trzy zostały zlikwidowane i w ich miejscu powstała sala eventowa.
To jedyna przyszłość dla kin?
To, o czym mówiłem, dotyczy kina masowego i komercyjnego, nie ambitnego. Co do multipleksów – przetrwają, ale nie wszystkie. Wiele z nich albo zostanie zlikwidowanych, albo – jak pokazuje przykład Kinogramu – część sal będzie wynajmowana na eventy i konferencje, żeby ratować zajętość. Nie widzę dla multipleksów specjalnej przyszłości.
Będą się ratowały różnymi pomysłami – transmisją koncertów, oper, meczów – ale sam Hollywood, czyli główny dostarczyciel komercyjnego repertuaru, jest w wielkim kłopocie. Od dawna działa na zasadzie reprodukowania wcześniejszych sukcesów: kolejne odcinki, kolejne sequele, bo boją się ryzykować nowości. A jeśli coś nowego powstaje, to nie odnosi sukcesu potrzebnego do utrzymania całego systemu wielkich wytwórni i dystrybutorów.
Zupełnie inaczej rzecz się ma z kinem ambitnym – z kinami studyjnymi. Im nic nie grozi. Dlatego, że są najczęściej dotowane: przez miasta, przez Ministerstwo Kultury, przez różne projekty dofinansowujące. Pokazują różnorodny repertuar – nie pogardzą od czasu do czasu jakimś komercyjnym sukcesem, ale przede wszystkim oferują widzom filmy kameralne, często ambitne. Widzowie, którzy mogliby je obejrzeć w domu, szukają jednak specjalnego nastroju – mają starą potrzebę odbierania emocji w grupie innych ludzi, bo to zmienia kontekst i powiększa przeżycie.
Chcą wyjść z domu, spotkać się, porozmawiać potem o filmie. To nie są kina familijne – to kina pojedynczych widzów, par, grup przyjaciół. Kina bez popcornu, bo najczęściej studyjne go po prostu nie sprzedają – i tak się zresztą reklamują. Inna publiczność, inny repertuar, inne finansowanie.
Nie żal panu tej kinowej instytucji, jaką znamy?
Wie pan, to jest jak z każdą dziedziną sztuki. Moglibyśmy powiedzieć to samo o teatrze – że dziś chodząc do teatru nie przeżywamy takich ważnych emocji, jak w latach 60. i 70., kiedy "Dziady" w Teatrze Narodowym były wydarzeniem nie tylko kulturowym, ale społecznym i politycznym. Dziś mamy albo teatr komercyjny – te wszystkie farsy podobne do siebie – albo poszukujące spektakle w stylu Warlikowskiego, które mimo wszystko nie stanowią takiej oferty intelektualnej jak dawny teatr: Konrad Swinarski, Tadeusz Kantor i inni.
Czy mi żal? Nie może mi być żal, bo taka jest kolej rzeczy – wszystko ma swoje etapy. Historia literatury, historia teatru, historia kina – wszystko ma etapy. Jakiś się kończy, zaczyna się następny. Nie marnuję czasu na żałowanie tego, co mija. Raczej zastanawiam się, jak będzie wyglądał rozwój kina streamingowego – bo moim marzeniem, i myślę, że przyszłością, jest połączenie filmu z grą komputerową. Bezpośrednie, osobiste uczestnictwo w opowiadanej historii.
Oczekuję, że seanse filmowe nie będą musiały odbywać się w kinach. Można je urządzić wszędzie tam, gdzie można podłączyć okulary – i wtedy wchodzi się do filmu. Nie tyle jest się z osobą, z którą wychodzi się z domu, ile jest się z bohaterami. Taka przygoda mnie interesuje, bo widzę, że zaczyna być coraz bardziej w zasięgu możliwości technicznych. I nie obawiam się sztucznej inteligencji – uważam, że nasz dorobek kulturowy jest w fazie końcówki pewnego etapu. To, co najciekawsze, zostało wysycone i potrzebujemy nowych narzędzi, żeby ludzka kreatywność mogła się rozwijać.
Jednym z nich jest właśnie sztuczna inteligencja, konkurencja, wyścig w formie, jakiej dotychczas nie było. Widzę dla niej miejsce w rozwoju kina – w rodzaju filmów i sposobu, w jaki będziemy je oglądali. Oczekuję, że przyszłe ekrany filmowe to będą ekrany w naszym mózgu, zasilane informacjami dostarczanymi elektronicznie. I to mnie dziś podnieca – nie obrona status quo kina z XX wieku.
Czy to nie zamknie nas jeszcze bardziej w bańkach odbiorczych? Co ze wspólnym przeżywaniem popkultury?
Patrzę na to zupełnie inaczej. Wszystko to, co wywoływało wspólne emocje i podobne reakcje na film, uważam za elementy negatywne – bo prowadziło do upodabniania się ludzi i ich odczuć. A ja zawsze opowiadam się za dostrzeganiem tego, że każdy człowiek jest kompletnie inny, i chcę tę inność wykorzystywać, eksponować i eksplorować w jak największym stopniu.
Nowa epoka, którą pan nazywa bańkami, w dużo większym stopniu będzie się odwoływała do osobistych, indywidualnych możliwości odbioru każdego widza. W dużo mniejszym stopniu niż obecne kino – szczególnie to superbohaterskie – będzie upodabniała widzów emocjonalnie tak, żeby całe pokolenia miały tych samych bohaterów i te same przeżycia. Nie sądzę, żeby to była wielka zaleta.
Bardzo wierzę w umysł ludzki. Jako człowiek, który medytuje, uważam, że główną siłą napędową wszystkiego jest energia przetwarzana przez umysł. Będę zawsze opowiadał się za tym, co umysł rozwija, bo jest w nim mnóstwo jeszcze niewykorzystanych mocy. A bycie podobnym do innych to usypianie umysłu – i to nie jest coś, za czym bym tęsknił.
Dobrze odczytuję, że najsłynniejszy polski krytyk filmowy woli oglądać filmy w domowym zaciszu, a nie w kinie…?
Bywa różnie. Niektóre filmy lubię oglądać w kinie, ale nie uważam, że z zasady film powinno się oglądać w kinie. Wielokrotnie mi się zdarzało, że film, który oglądałem w domu przez streaming, robił na mnie dużo większe wrażenie, niż prawdopodobnie zrobiłby na sali kinowej. Nie mówię już nawet o tym, że w domu jestem w stanie wytworzyć sobie atmosferę, której potrzebuję, i nie muszę walczyć z osobami, które komentują albo korzystają z telefonu.
Miałem kiedyś taki przypadek: za mną siedziały cztery czy pięć młodych pań, które wysyłały SMS–y – nie tylko między sobą, ale do wspólnych znajomych. A gdy dostawały odpowiedzi, odczytywały je głośno i chichocząc, odpowiadały dalej. Kilkakrotnie prosiłem, żeby przestały – ignorowały mnie. Obsługa kina też odmówiła interwencji – są bezsilni, nie mają żadnych narzędzi. W ostatnim odruchu ratowania swojego przeżycia po prostu wstałem i zrobiłem im zdjęcie z lampą błyskową. Zamilkły. Po seansie przyszły żądać, żebym usunął zdjęcie, co oczywiście zrobiłem.
To jeden z przykładów pokazujących, że oglądanie filmu z innymi ludźmi wcale nie musi być przyjemnością.
Zobacz także
"Tylko 1 pytanie naTemat" – konkretne rozmowy na ważne tematy
Rozmowa z Tomaszem Raczkiem to kolejny odcinek nowego cyklu "Tylko 1 pytanie naTemat". Co tydzień rozmawiamy z najciekawszymi postaciami ze świata polityki, ekonomii, nauki i kultury – ale inaczej niż zwykle.
Zamiast gonić za wszystkimi tematami naraz, zatrzymujemy się przy jednym: konkretnym, ważnym i wartym prawdziwej rozmowy pytaniu o Polskę, Europę i świat. Bo czasem jedna dobra odpowiedź mówi więcej niż godzinny wywód.




