wypadek, Piaseczno
Auto widmo wjechało w motocyklistkę w Piasecznie i uciekło Fot. X.com / Bandyci Drogowi

Wypadek w Piasecznie, do którego doszło w poniedziałek 15 czerwca, to kwintesencja drogowego absurdu i skrajnej, niczym nieuzasadnionej nieodpowiedzialności. Gość uderza w kobietę, obiecuje zjechać na pobocze, po czym jak słyszy hasło "policja", daje dyla. Jakby tego było mało, jego samochód skrywa tajemnicę, która brzmi jak scenariusz kiepskiego filmu sensacyjnego.

REKLAMA

Do tego oburzającego zdarzenia doszło w poniedziałek, 15 czerwca. Na nagraniu, które błyskawicznie obiegło sieć, widać wszystko jak na dłoni. Potrącenie motocyklistki miało miejsce na zawsze zatłoczonej i ruchliwej ulicy Puławskiej.

Jadący tuż za jednośladem kierowca Peugeota z jakiegoś kompletnie irracjonalnego powodu postanowił zrównać się z nią na dokładnie tym samym pasie ruchu. Efekt? Kończy się to tak, jak niestety musiało się skończyć. Dochodzi do mocnego uderzenia bokiem, zdezorientowana kobieta traci równowagę i z impetem uderza o asfalt.

Bezczelna ucieczka z miejsca wypadku

I tu zaczyna się najdziwniejsza część tej historii. Według relacji świadków zdarzenia, sprawca wypadku początkowo wcale nie próbował uciekać. Zatrzymał się. Ludzie z innych aut twierdzą, że mężczyzna mówił z wyraźnym wschodnim akcentem, ale jego pochodzenie nie jest tutaj istotne. Ten szczegół ma pomóc w identyfikacji mężczyzny, a czym w dalszej części tekstu.

Żeby nie blokować i tak już zakorkowanej arterii poproszono go wprost, by zjechał na pobocze. Ten godzi się, zatrzymuje i według relacji świadków "tłumaczył, że zjeżdżał ze środkowego pasa i nie zrobił tego celowo". Gdy tylko usłyszał hasło "policja", wsiadł za kółko, wrzucił jedynkę i... tyle go widzieli. Ucieczka z miejsca wypadku to nie tylko szczyt drogowego chamstwa, ale przede wszystkim poważne przestępstwo. Facet po prostu zostawił poszkodowaną i egoistycznie postanowił ratować własną skórę.

Auto-widmo

Myślicie, że to koniec? Trzymajcie się mocno. Gdy na miejscu w końcu zjawili się funkcjonariusze i zaczęli w systemie prześwietlać blachy tego Peugeota, wyszły na jaw rzeczy, które wymykają się logice.

Po pierwsze: całkowity brak badań technicznych. Ten pojazd w ogóle nie powinien w tamtej chwili poruszać się po drogach publicznych. Po drugie, i to jest absolutny hit, od którego przecierałem oczy ze zdumienia: samochód był zarejestrowany na osobę z podwarszawskiego Mysiadła, która... zmarła równo trzy lata temu.

Rozumiecie ten absurd? Sprawca jeździł autem-widmem, którego "prawowity właściciel" od dawna spoczywa na cmentarzu. To w pigułce pokazuje, z jaką patologią mamy czasem do czynienia na naszych ulicach i z kim dzielimy przestrzeń drogową.

Kierowca z Peugeota chyba na chwilę zapomniał, że żyjemy w 2026 roku, każdy ma kamerkę w aucie, a w sieci nikt nie jest anonimowy. Po apelu poszkodowanej, zmotoryzowani internauci błyskawicznie wzięli sprawy w swoje ręce. To wręcz niesamowite, jak szybko potrafi działać społeczność, gdy widzi tak jaskrawą niesprawiedliwość.

Czytaj także:

Jak wynika z najnowszych informacji krążących po forach i grupach dyskusyjnych, detektywi z klawiaturami podobno ustalili już personalia kierowcy, a twarde dane trafiły prosto na biurko policjantów.

Jeśli to prawda, to ten "genialny" plan ucieczki na niewiele się zdał. Mam tylko szczerą nadzieję, że państwo w końcu zadziała tu jak trzeba i organy ścigania szybko zrobią z tym porządek.