
Ignacy Liss mówi, że nie chce "drzeć mordy" na Paradach Równości. Woli rozmawiać, opowiadać historie i wspierać osoby LGBTQ+ poprzez sztukę. Super. Problem tylko w tym, że gdyby nie ci wszyscy ludzie, którzy przez dekady "darli mordę", jego queerowy bohater z serialu "Proud" prawdopodobnie nigdy nie trafiłby na ekran. Aktor chyba nie zdaje sobie sprawy, że apolityczność jest przywilejem, a sztuka często czerpie z osiągnięć aktywizmu.
Ignacy Liss to młody, utalentowany aktor, który błyszczał już w "Znachorze", "Idź pod prąd" i "Światłoczułej". Teraz daje aktorski popis w – nagrodzonym na festiwalu Series Mania w Lille we Francji – serialu "Proud", którego pierwszy odcinek zadebiutował już na HBO Max (kolejne w piątek).
Dramat w reżyserii Karola Klementewicza i na podstawie scenariusza napisanego przez niego wraz z Moniką Pęcikiewicz opowiada o Filipie, nieodpowiedzialnym i bezczelnym 26-latku, który pracuje jako model, a niepewność siebie przykrywa arogancją. Młody gej musi jednak przewartościować całe swoje życie, gdy dochodzi do rodzinnej tragedii.
Zuzanna Tomaszewicz z Rozrywki naTemat przyznała pilotowi "Proud" pięć gwiazdek na pięć możliwych. Chwaliła również kreację samego Lissa. "(...) Jeden z najbardziej obiecujących aktorów młodego pokolenia w zaledwie godzinę ulepił wiarygodny portret skrzywdzonego chłopaka, któremu życie rzuci jeszcze niejedno wyzwanie. Czy mu sprosta?" – pisała nasza recenzentka.
Liss, który obecnie promuje "Proud", strzelił sobie jednak w stopę. Aktor, który gra queerową postać – a takich w polskich filmach i serialach wciąż jest mało, zwłaszcza niestereotypowo napisanych – miał okazję stanąć murem za polską społecznością LGBTQ+, która (mimo transkrypcji aktów małżeństw jednopłciowych zawartych za granicą) wciąż nie ma nad Wisłą łatwo. Niby chciał, ale... nie wyszło.
Ignacy Liss gra osobę queerową i pisze o apolityczności
Redakcja Plejady spytała 28-latka w wywiadzie, czy wspiera osoby nieheteronormatywne, na przykład chodząc na Parady Równości.
– Przede wszystkim wydaje mi się, że takim wyrazem solidarności jest to, że powstał ten serial. Trzeba być bardzo ostrożnym i staram się być bardzo apolityczny, jeśli chodzi o wszelkiego rodzaju parady, pikiety, protesty. Ponieważ nie lubię tego w naszym kraju, że jesteśmy tak bardzo skłóceni i poróżnieni, bardzo często mówimy o tym samym, mamy podobne poglądy, a kłócimy się i rzucamy w siebie obelgami, staram się po prostu unikać takich historii – odpowiedział aktor.
– Myślę, że sztuka, film czy serial, jest takim bezpiecznym miejscem, w którym można powiedzieć, co się myśli. Pokazać to, wyrazić siebie, wyrazić jakieś tam swoje emocje związane z tym tematem. Nie narażając się też na niepotrzebne przepychanki. To jest mój największy wyraz solidarności. Jestem raczej zwolennikiem rozmowy, słuchania siebie nawzajem, a nie wyzywania i skreślania – powiedział w rozmowie z Plejadą Liss, który prywatnie jest żonaty i ma małego synka.
W społeczności LGBTQ+ tak zawrzało, że Liss postanowił się wytłumaczyć, ale chyba jeszcze pogorszył swoją sytuację. – Trochę mam ochotę się z tego tłumaczyć, a trochę nie mam ochoty się z tego tłumaczyć. To był mój kolejny wywiad w ciągu tego dnia i pewnie mogłem lepiej ubrać myśli w słowa. Może wtedy mógłbym być lepiej zrozumiany, ale co do zasady powiedziałem tak, jak jest – powiedział na Instagramie.
Podkreślił, że wierzy, że "jest mnóstwo osób z mniejszości seksualnych, które też nie przepadają za takimi miejscami jak Parada Równości czy Marsz Niepodległości, czy inne protesty i pikiety, bo po prostu nie czują się tam bezpiecznie". Dodajmy, że Pride, w przeciwieństwie do marszu 11 listopada, jest raczej wydarzeniem bezpiecznym.
– Ja trochę tak mam i to nie jest przestrzeń dla mnie, dlatego nie chciałem ściemniać i mówić, że jest inaczej. Pewnie są osoby takie jak ja, które wspierają i wierzą, że trzeba walczyć i mówić o prawach mniejszości sek**alnych, o prawach dla par jednopłciowych, które w Polsce są naprawdę żadne. Dla mnie to jest naprawdę ważne, ale nie mam ochoty iść w jednym szeregu z człowiekiem, politykiem, który nieraz obiecywał, że to się zmieni w Polsce, a to się nie zmienia. To jest po prostu dla mnie za dużo. I tyle – dodał.
Miał z pewnością na myśli prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego, który brał udział w tegorocznej, 25. Paradzie Równości i wspiera społeczność LGBTQ+, za co regularnie dostaje mu się od prawicy.
Wspiera przynajmniej na papierze, co przytomnie zauważył Liss. W 2019 toku Trzaskowski podpisał Warszawską Deklarację LGBT+, ale wciąż nie zrealizował niektórych postulatów, jak stworzenie hostelu interwencyjnego dla queerowych osób wykluczonych. Długo zwlekał z poparciem wspomnianej transkrypcji małżeństw jednopłciowych i – jak praktycznie cała Koalicja Obywatelska – ma dość konserwatywne poglądy w kwestii praw osób queerowych. Sprzeciwia się m.in. adopcji dzieci.
Liss podkreślił, że przestrzenią wsparcia jest dla niego sztuka. – Głęboko wierzę w to, że historia Filipa ma prawo dojść do wielu domów, do domów, gdzie myśli się inaczej niż na Paradzie, bo na Paradzie wszyscy są zgodni, a może dzięki naszemu serialowi ktoś zmieni zdanie, bo pozna bliżej człowieka – zauważył.
Po czym... rozjuszył krytyków jego wcześniejszej wypowiedzi jeszcze bardziej. – Czasem lepiej mówić delikatnie o czymś, intymnie, niż drzeć mordę. Drzeć mordę też jest ekstra, cieszę się, że macie takie święto, powinniście mieć takie święto. Wszystkie mniejszości seksualne powinny mieć taki dzień, w którym wyjdą na ulicę, to jest ważne. Ale kiedy rozmawiamy o zmianie, to wierzę, że nasz serial jest ważny. Jasne, wziąłem za to kasę, ale pod tym się podpisuję i w to wierzę – zakończył swoje nagranie na Instagramie.
Wcale nie chodzi o Parady Równości. Chodzi o coś znacznie ważniejszego
Nie chodzi o to, że Ignacy Liss nie chodzi na Parady Równości, bo nikt nie ma obowiązku na nie chodzić. Nikt nie ma nawet obowiązku być aktywistą.
Problem polega na tym, że korzystając z możliwości opowiedzenia historii polskiego geja (i czerpiąc z niej zawodowe uznanie, bo na Series Mania dostał nagrodę dla najlepszego aktora), Liss wybrał narrację o "apolityczności" i "nieangażowaniu się", która w kontekście walki o prawa osób queerowych brzmi po prostu naiwnie i obraźliwie.
"Apolitycznością" może zasłaniać się tylko osoba, której tożsamość nie jest przedmiotem politycznego sporu. A w przypadku osób LGBTQ+ wciąż tak właśnie jest. Przez dekady ich życie było przedmiotem polityki: penalizacja homoseksualności, zakazy małżeństw, adopcji i służby wojskowej, brak ochrony przed dyskryminacją. Gdy twoje podstawowe prawa są zagrożone, trudno pozwolić sobie na apolityczność. Apolityczność jest przywilejem.
Owszem, sztuka jest NIESAMOWICIE ważna, jeśli chodzi o reprezentację i widoczność mniejszości. W tym Liss ma oczywiście rację. Ale praw dyskryminowanych grup nie zdobywa się wyłącznie poprzez filmy, seriale i spokojną rozmowę. Zdobywa się je przede wszystkim przez widoczność, protesty i manifestowanie swojej obecności.
Przykłady z historii? Zamieszki w Stonewall w 1969 roku – fundament współczesnego ruchu LGBTQ+. Nie zaczęło się od filmu ani serialu, ale od protestu przeciwko represjom politycznym, na którego pamiątkę są organizowane dziś marsze Pride. Albo March on Washington for Lesbian and Gay Rights z 1979 roku – setki tysięcy osób wyszły na ulice, żądając równych praw. Widzialność była strategią polityczną.
A przecież pierwsze Parady Równości w Polsce też były regularnie atakowane. W 2005 roku zakaz warszawskiej parady wydał ówczesny prezydent Warszawy Lech Kaczyński, co stało się jednym z punktów zapalnych nadwiślańskiej walki o prawa obywatelskie. Dziś tysiące osób mogą maszerować właśnie dlatego, że ktoś wcześniej nie chciał być "apolityczny".
Dalsza część artykułu poniżej.
Zobacz także
Sztuka jest bardzo ważna, ale bez "darcia mordy" nie byłoby "Proud"
Ale maszerowanie – niezwykle ważne, bo akcentujące widoczność osób LGBTQ+ w przestrzeni publicznej i przypominające o konieczności posiadania pełni praw – to jedno.
Dzięki tysiącom ludzi, którzy dekady temu nie chcieli być apolityczni, osoby queerowe mogą dziś w ogóle istnieć w przestrzeni publicznej bez ukrywania swojej tożsamości, a w wielu krajach Zachodu cieszyć się prawami, o których wcześniej można było jedynie pomarzyć. W Polsce... nadal marzymy, z czego Ignacy Liss doskonale zdaje sobie sprawę. Sam przecież przyznał, że prawa osób queerowych nad Wisłą są "żadne".
Ba, bez tych walczących przez lata osób nie istniałby serial "Proud". Kino queer przez dekady było cenzurowane, Hollywood miało swój Kodeks Haysa, który praktycznie uniemożliwiał pozytywne i dosłowne pokazywanie homoseksualności, a w Polsce queerowość długo była marginalizowana albo wręcz ośmieszana na ekranach.
Nie byłoby "Proud" (ani głośnej "Gorącej rywalizacji", ani wszystkich seriali i filmów o osobach nieheteronormatywnych), gdyby przez lata ludzie nie wychodzili na ulice, ryzykowali ostracyzm, byli wyzywani, a czasem nawet bici za to, że chcą być widzialni i mieć podstawowe prawa. Nie byłoby Miesiąca Dumy, który tak uwielbiają monetyzować duże marki. Miesiaca Dumy, w którym zresztą zadebiutował serial "Proud". Nieprzypadkowo.
Sztuka nie zastępuje aktywizmu, tylko często korzysta z jego osiągnięć. Sztuka może zmieniać świat, ale tylko dlatego, że wcześniej ktoś miał odwagę zakwestionować tego świata porządek.
Parad Równości nie trzeba lubić i nie trzeba nie chodzić. Warto jednak pamiętać, że bez nich wielu queerowych bohaterów nadal nie miałoby prawa opowiadać swoich historii. Ani na ekranie, ani poza nim. Szkoda, że Ignacy Liss zdaje się nie dostrzegać, że to właśnie dzięki "darciu mordy" może dziś opowiadać queerową historię i odbierać za swoją świetną rolę nagrody.




