Para stojąca tyłem do siebie
Przechodzony związek to najczęściej wina obu stron Fot. Shutterstock

– Powiedziałam wprost, że nie chcę już dłużej czekać, że ten związek nie posuwa się naprzód. Że deklaracje mi nie wystarczą. Pokiwał głową ze zrozumieniem, przytulił. Na drugi dzień stwierdził, że potrzebuje przerwy. Po tygodniu się wyprowadził. A po roku na Facebooku zamieścił zdjęcia ze swojego ślubu – wspomina z goryczą Emilia.

REKLAMA

Siedzi przy stoliku i nerwowo potrząsa głową. Raz po raz. Filiżanka z kawą uderza o spodek. Na porcelanie odciśnięty ślad szminki. Wyrzuca z siebie słowa pośpiesznie, jakby chciała jak najszybciej pozbyć się tej historii.

– Monika mówiła, że niedługo sama się przekonam, jaki jest Jacek. Ona zmarnowała na niego siedem lat życia, całą młodość – byli razem od szesnastego roku życia. Później ostrzegała też kolejną partnerkę Jacka, ale tamta nie słuchała. Po pięciu latach przepowiednia się sprawdziła – Jacek odszedł także od niej. Potem pojawiłam się ja. Kiedy na Facebooku wyświetliło jej się nasze wspólne zdjęcie, wiedziała, że musi się ze mną spotkać. Mieliśmy wspólnych znajomych. Wtedy usłyszałam: "On wpędzi cię w lata, zobaczysz" – wraca pamięcią do tamtej rozmowy w kawiarni Emilia.

Zgodziła się na spotkanie z Moniką, pierwszą dziewczyną Jacka, trochę dla świętego spokoju, a trochę z ciekawości. Z jednej strony nie chciała porównywać swojej sytuacji do historii Moniki, bo gdy ta była z Jackiem, oboje byli jeszcze bardzo młodzi.

Ale Emilia miała też poczucie, że zegar tyka. Była już po trzydziestce. Jej koleżanki, po rozwodach, brały kolejne śluby, a ona nie miała za sobą nawet pierwszego. Więc może ten Jacek rzeczywiście nie jest z nią na serio, tak, jak i z poprzednimi kobietami? Zapewniał ją, że ją kocha, obiecywał w przyszłości ślub i dzieci, ale na obietnicach się kończyło.

– Po spotkaniu z Moniką postanowiłam na poważnie jeszcze raz rozmówić się z Jackiem. Powiedziałam wprost, że nie chcę już dłużej czekać, że ten związek nie posuwa się naprzód. Że deklaracje mi nie wystarczą. Pokiwał głową ze zrozumieniem, przytulił. Na drugi dzień stwierdził, że potrzebuje przerwy. Po tygodniu się wyprowadził. A po roku na Facebooku zamieścił zdjęcia ze swojego ślubu – w głosie Emilii czuć gorycz.

Byłam kobietą na przeczekanie

Spędzacie ze sobą dekadę. Znacie swoje wady, dzielicie rachunki, plany i codzienne rytuały. Zapytany o ślub czy dzieci, on odpowiada zazwyczaj: "Po co nam papierek?", "Jeszcze nie czas", "Musimy się dorobić". Czasem sugeruje ci, że lubi wolność, że ograniczenia w postaci ślubu są nie dla niego. Zmęczona czekaniem na coś więcej odchodzisz albo to on, zirytowany naciskami, pakuje walizki. Tłumaczy, że nie lubi presji. 

Jednak prawdziwy szok przychodzi dopiero później. Kilka miesięcy po rozstaniu były partner objawia się z obrączką na palcu. Rok później pcha już wózek z niemowlakiem.

To, na co jedna kobieta czekała przez lata, druga otrzymuje po kilku miesiącach znajomości.

To nie jest odosobniony przypadek, ale powtarzalny schemat, który w potocznym języku określa się mianem "przechodzonego związku". Czy jednak w psychologii rzeczywiście funkcjonuje takie pojęcie?

– Nie ma takiej diagnozy klinicznej, to pojęcie czysto potoczne – wyjaśnia psycholożka i psychoterapeutka Natalia Harasimowicz z Kliniki Terapii Poznawczo-Behawioralnej Uniwersytetu SWPS. – W psychologii wszystko zależy od tego, jak dana osoba postrzega swoją relację. Jeżeli jedna strona uważa, że związek donikąd nie prowadzi, to w jej osobistym, subiektywnym doświadczeniu dokładnie tak jest. Zwykle mamy do czynienia z relacjami, które przez pewien czas spełniały określone role, ale z czasem w jakiś sposób się wypaliły.

Dla wielu kobiet szczególnie bolesny okazuje się moment, w którym były partner, przez lata unikający deklaracji, zaledwie kilka miesięcy po rozstaniu bierze ślub lub zakłada rodzinę z inną kobietą. Nietrudno wtedy o pytania: dlaczego ze mną nie chciał, skoro z nią wszystko potoczyło się tak szybko? 

Jak podkreśla Natalia Harasimowicz, za takim scenariuszem mogą kryć się bardzo różne mechanizmy. 

– Po pierwsze, może to być paniczna ucieczka przed samotnością. Człowiek nagle uświadamia sobie, że właśnie rozpadł się jego wieloletni związek. Dociera do niego dramatyzm tej sytuacji i żeby nie mierzyć się z zalewającymi go emocjami, niemal natychmiast wskakuje w kolejną relację, deklarując wszystko od razu – wyjaśnia.

I dalej:

– Po drugie, ta druga kobieta mogła pojawić się w jego życiu jeszcze wcześniej. To mógł być romans albo bardzo intensywna przyjaźń, w której emocje tliły się od dawna. Wtedy rozstanie z wieloletnią partnerką było już tylko formalnością, a nowy związek rozwijał się błyskawicznie, bo jego fundamenty zostały zbudowane znacznie wcześniej.

Jak podkreśla psychoterapeutka, nie zawsze sprawdza się któryś z tych scenariuszy. Bywa również, że mężczyzna wcale się nie zmienił, a u boku nowej partnerki odtwarza dokładnie ten sam, bezpieczny dla siebie model relacji: luźny związek, bez prawdziwego zaangażowania. 

Karolina była drugą kobietą, której Michał się oświadczył. Zaręczyny nie były czymś, przed czym się wzbraniał. Przeciwnie – mniej więcej po pięciu latach związku wydawały się naturalną koleją rzeczy. Poznawał rodziny swoich partnerek, spędzał z nimi święta, angażował się coraz bardziej.

Ale po oświadczynach nie następował ciąg dalszy. Nie było przygotowań do ślubu. Michał powtarzał, że przecież jeszcze czas. 

Dopiero z trzecią kobietą Michał się ożenił. I to trzy miesiące po zaręczynach. Karolina, podobnie jak pierwsza bohaterka tekstu, Emilia, o wszystkim dowiedziała się z mediów społecznościowych.

– Rozstaliśmy się w pokojowych stosunkach, więc nadal miałam go w znajomych. Nie mogłam uwierzyć, kiedy zobaczyłam zdjęcie Michała ze ślubu cywilnego. Wydawało mi się, że Michał to taki wolny ptak, że nigdy się nie ustatkuje.

Przyznaje, że to mocno podkopało jej poczucie własnej wartości.

Poczułam się niewystarczająca, żeby to ze mną zakładać rodzinę, budować dom. Długo zastanawiałam się, co ze mną nie tak? Dlaczego to nie ja stoję z Michałem w urzędzie? Czego mi brakuje?

Karolina

jej były narzeczony szybko ożenił się z inną kobietą

Najtrudniejsze było zrozumienie, że brak decyzji też jest decyzją. Że odkładanie ślubu, unikanie rozmów o przyszłości i wieczne "jeszcze nie teraz" w praktyce tworzyło już określony scenariusz ich związku.

– Cały czas czekałam, aż on będzie gotowy. Tylko że on nigdy nie mówił, kiedy to miałoby nastąpić – dodaje.

Jak tłumaczy Natalia Harasimowicz, ludzie często wchodzą w związki z określonymi potrzebami i deficytami, które partnerzy wzajemnie sobie uzupełniają. Z czasem jednak ta dynamika może ulec zmianie, a to staje się źródłem napięć i kryzysów.

– Na przykład tak bardzo boimy się pewnych zobowiązań, że przez pierwsze lata ich unikanie jest dla nas czymś kojącym i chroni nas przed lękiem. Bywa też, że kobieta na początku dobrze czuje się w związku, w którym partner się nią opiekuje, ponieważ sama jest niepewna i silnie zależna od drugiej osoby. Jednak po kilku latach dojrzewa emocjonalnie i zaczyna oczekiwać czegoś więcej. Chciałaby mieć dziecko, kupić wspólne mieszkanie, zrobić kolejny krok. Tymczasem druga osoba w ogóle nie jest na tym etapie. Nadal chce się opiekować, ale również wszystkim zarządzać i kontrolować sytuację. Nie chce, by relacja rozwijała się w kierunku, którego oczekuje partnerka. I wtedy pojawia się poważny problem – zauważa Natalia Harasimowicz.

Ciąg dalszy tekstu poniżej

Poczekaj jeszcze trzy lata

Najbardziej uderzający w historiach par, które utknęły w martwym punkcie, jest czas. Pięć, osiem, dziesięć lat spędzonych na czekaniu, aż partner dojrzeje do ważnych decyzji. Zdaniem ekspertki problem polega na tym, że partnerzy bardzo rzadko rozwijają się w dokładnie tym samym tempie.

– Wbrew pozorom bardzo trudno jest znaleźć osobę, która ma dokładnie te same cele życiowe w tym samym czasie co my – zauważa Natalia Harasimowicz. – Ludzie dorastają do zobowiązań w bardzo różnym tempie. Pięknie byłoby spotkać się dokładnie w tym samym momencie życiowym: randkujemy przez rok, potem zamieszkujemy razem, a za trzy lata się zaręczamy. Często tak nie jest, bo ktoś potrzebuje znacznie więcej czasu.

Problem pojawia się wtedy, gdy to czekanie przeciąga się latami, a jedna ze stron coraz wyraźniej czuje, że relacja przestała odpowiadać jej potrzebom.

Dla wielu kobiet szczególnie bolesny okazuje się moment rozstania. Ich wieloletni partner, który przez dekadę wzbraniał się przed deklaracjami, zaledwie kilka miesięcy później zakłada rodzinę z kimś innym. Bohaterki tekstu wprost mówią, że czuły kobietami "na przeczekanie".

– Gdybym miała pracować terapeutycznie z kobietami, które mają za sobą takie doświadczenie, przede wszystkim przyjrzałabym się temu, jak ich związki wyglądały znacznie wcześniej. Bo prawdopodobnie już od dłuższego czasu nie rozwijały się, a partnerzy uwikłali się w sytuację, z której trudno było wyjść, mimo że od kilku lat byli ze sobą nieszczęśliwi – zauważa psychoterapeutka.

Jak dodaje, kluczowe jest pytanie o to, czy kobieta otwarcie komunikowała swoje potrzeby.

– Warto zastanowić się, czy mówiła partnerowi, że chce dziecka i domu, a on odpowiadał: "Poczekaj jeszcze trzy lata", czy może z jej perspektywy wszystko było w porządku i dlatego po rozstaniu poczuła się tak potwornie oszukana. Przeciąganie liny i uciekanie od decyzji o rozstaniu niemal zawsze kończy się takim tąpnięciem – podkreśla Natalia Harasimowicz.

Dlaczego tak długo czekamy?

Niezależnie od tego, jak potoczą się losy byłego partnera, terapeuci próbują przede wszystkim zrozumieć, dlaczego ktoś przez lata godził się na rolę osoby czekającej.

Jeżeli kobieta czeka na kogoś, kto od dziesięciu lat nie chce się określić, zadeklarować ani zamieszkać razem, to warto postawić pytanie: dlaczego ona w ogóle czeka? Co takiego dzieje się w jej mechanizmach obronnych, sposobie myślenia i działania, że nie potrafi postawić wyraźnej granicy? Dlaczego woli trwać w relacji, która jej nie spełnia, i być w niej nieszczęśliwą?

Natalia Harasimowicz

– Często jest to bierne czekanie na zmianę partnera, który całym swoim zachowaniem pokazuje, że nie zamierza się oświadczyć. W teorii "przechodzonego związku" nie ma, ale są różne układy, które ostatecznie prowadzą nas do szczęścia albo nieszczęścia – podkreśla Harasimowicz.

Jak dodaje, ludzie mają naturalną skłonność do nadawania głębszego sensu sytuacjom, które w rzeczywistości bywają znacznie prostsze.

– Partnerzy budują wokół tego całą masę wyobrażeń i iluzji. Kobieta może myśleć, że jeśli jeszcze trochę poczeka i bardziej się postara, to "zapracuje" na miłość i zmianę decyzji partnera. Pojawia się też przekonanie, że po tylu latach ślub czy dziecko po prostu jej się należą. W ten sposób nadaje swojemu czekaniu dodatkowe znaczenie, wierząc, że zostanie ono nagrodzone szczęśliwym zakończeniem.

Tymczasem prawda bywa znacznie prostsza. – Partner po prostu czuje, że z tą konkretną osobą nie chce iść dalej. I kiedy mówi, że nie kocha albo nie chce ślubu, to rzeczywiście tego nie chce. Problem tkwi więc po obu stronach – zarówno w osobie, która unika zobowiązań, jak i w tej, która przez lata trwa w takim układzie – uważa psychoterapeutka.

Beata, kolejna bohaterka, doczekała się zaręczyn. Ale ślubu już nie. – Mój brat, który przyjaźnił się z moim byłym partnerem, przez kilka miesięcy dosłownie suszył mu głowę o zaręczyny – wspomina Beata. – Wiedział, jak bardzo męczę się w tym zawieszeniu i jak desperacko marzę o kolejnym kroku. Brat powtarzał mu, że miłość to też odpowiedzialność. Partner w końcu uległ. Oświadczył się w święta, przy całej rodzinie.

Ciągu dalszego nie było. Przez kolejne trzy lata temat ślubu dla narzeczonego Beaty po prostu nie istniał. Każda próba ustalenia konkretnej daty kończyła się awanturą.

– I to był właśnie oficjalny powód, przez który rozpadł się mój związek.

Granicę wyznaczają potrzeby, nie kalendarz

Czy istnieje zatem moment, po którym warto przestać czekać? Zdaniem Natalii Harasimowicz nie ma jednej uniwersalnej odpowiedzi. Żyjemy w czasach, w których ślub nie jest już społeczną ani ekonomiczną koniecznością, dlatego najważniejsze pozostają własne potrzeby oraz gotowość do skonfrontowania się z rzeczywistością.

– Jeśli kobieta czuje silne pragnienie założenia domu i posiadania dzieci, a tkwi w relacji, która ewidentnie stoi w miejscu, nie powinna tego ignorować. Warto wtedy usiąść do rozmowy, zaproponować terapię par, a jeśli to nie przynosi efektu – zmierzyć się z bolesną prawdą, że spotykamy się z partnerem w zupełnie różnych miejscach życiowych. Dla jednej strony to jest już ten moment, dla drugiej jeszcze nie.

Jeśli po roku czy dwóch widzimy, że partner unika deklaracji, warto jasno postawić sprawę. Można powiedzieć: "Potrzebuję, żebyś się określił. Daję nam pół roku albo rok na to, żebyś poukładał swoje emocje i zdecydował, czy tego chcesz, ale po tym czasie wracamy do tematu". Warto wyznaczyć własną granicę i zapytać siebie: ile jeszcze jestem w stanie wytrzymać w takim układzie, skoro tak bardzo potrzebuję czegoś innego?

Natalia Harasimowicz

psycholożka, psychoterapeutka

W gabinecie terapeutycznym warto też uczciwie odpowiedzieć sobie na pytanie, co to czekanie właściwie nam dawało. Często zgadzamy się na partnera, który nie spełnia naszych potrzeb, bo chroni nas to przed lękiem przed zmianą, samotnością czy przekonaniem, że nikogo innego już nie spotkamy. Jeśli jednak nie skonfrontujemy się z tym lękiem na czas, relacja i tak się rozpadnie – tyle że po dziesięciu latach, pozostawiając ogromne poczucie straty i przekonanie, że zmarnowaliśmy najlepsze lata życia – podsumowuje Natalia Harasimowicz.