
"Czekaj, czekaj, a się nie doczekasz!", "Marnujesz czas!", "Phi, mnie to chłopak się oświadczył już po pół roku". Aleksandrze te ostrzeżenia nie dawały spać. A co, jeśli ci, co tak mówią, mają rację? Jeśli rzeczywiście zostanie sama? Więc Aleksandra wzięła sprawy w swoje ręce i oświadczyła się Rafałowi. – Kobiety są już tak zmęczone mężczyznami i – między innymi – brakiem ich sprawczości, że przestają na nich liczyć – komentuje to zjawisko dra Sandra Frydrysiak, socjolożka, kulturoznawczyni.
Aleksandra miała wtedy 30 lat. Jej koleżanki wszystkie były już albo zaręczone, albo po ślubie.
A ona czekała. Sama nie wiedziała, na co i po co.
– Pamiętam jak przyszła do mnie przyjaciółka z narzeczonym. Przy swoim Rafale zachwycałam się jej pierścionkiem. Też taki chciałam mieć. A on nic! Mruknął tylko, że ładny. Tak od niechcenia – wspomina. – Jak coś napomknęłam o ślubie, to w ogóle nie podejmował tego tematu. Nie było też tak, że się denerwował albo złościł, ale miałam wrażenie, że ten temat w ogóle go nie interesował.
Podejrzewała, skąd to się bierze: jego rodzice szybko się rozwiedli, ojciec zostawił go, kiedy miał trzy lata. Ale Ola miała zupełnie inne doświadczenia: rodzice ponad trzydzieści lat razem, mimo że po drodze zaliczyli kilka kryzysów.
Dla niej zaręczyny były czymś więcej niż gestem czy świecidełkiem na palcu. Były obietnicą, że chłopak myśli o niej poważnie. Że tyle kobiet wokół, a on właśnie wybrał ją.
Mieli wtedy już sześcioletni staż. Razem trzymali się w tym obcym wielkim mieście, jakby na przekór wszystkim i wszystkiemu.
"Jeśli jedno z nas trafi do szpitala, drugie nic się nie dowie, bo formalnie jest obce. Jeśli wydarzy się wypadek – to samo. A jeśli zajdę w ciążę? To przecież zupełnie co innego spodziewać się dziecka z narzeczonym, z którym planuje się ślub niż z chłopakiem"- kołatało jej w głowie.
Zaczęła więc robić podchody. A to mimochodem na spacerze zahaczyli o sklep jubilerski, a to Ola "obiecywała" Rafałowi, że tym razem to ona złapie ślubny welon. W domu radośnie ćwierkała o kolejnych zaręczynach koleżanek, a kiedy pytał, co chce dostać na święta, odpowiadała niby żartem, że pierścionek.
Ale to nic nie dawało.
– Pewnego dnia oglądaliśmy film na Netflixie. Co ciekawe, jakiś skandynawski kryminał, a nie jakieś romansidło. I nagle zapytałam Rafała, czy ożeni się ze mną, bo jest tym jednym, jedynym, z którym chcę spędzić życie. Kiedy słyszałam swoje słowa, miałam wrażenie, że wypowiada je ktoś inny – przyznaje.
I zastrzega: – Nie klęczałam przed nim, nie błagałam o rękę. Ale to ja wyszłam z inicjatywą, żebyśmy się pobrali.
– Co odpowiedział? – pytam.
– Mruknął, że dobrze. I żebym teraz nie gadała, bo przeszkadzam w oglądaniu.
Ślubu nie było. Związku też nie. Rafał coraz bardziej się dystansował od Oli, gasł w nim entuzjazm. W końcu po pięciu miesiącach wyznał, że potrzebuje przerwy.
Potem się wyprowadził.
Nie minął rok, kiedy w mediach społecznościowych sam pochwalił się zaręczynami. Ale to on kupił pierścionek. Wspólni znajomi chronią Olę przed informacjami, ale usłyszała, że planuje ślub na 100 par.
Kaśka omal nie poprosiła partnera o rękę. Przyznaje, że była już do tego bardzo mocno przygotowana. W internecie wyczytała nawet, że istnieje coś takiego jak męski pierścionek zaręczynowy. Najpierw planowała oświadczyć się… zegarkiem. Potem stwierdziła, że żadnych gadżetów – tylko jakaś niespodzianka. Na przykład lot balonem.
Do boju zagrzewały ją komentarze w internecie. Pod jednym ze smutnych postów internautki, że jej partner nie chce się oświadczyć, kobiety pisały: "niech sama się oświadczy", "jest równouprawnienie", "czasy rycerzy na białym koniu już dawno minęły".
Tę scenę wyobrażała sobie wiele razy – pyta Przemka, czy za nią wyjdzie, a jemu wręcz spada kamień z serca, że sam nie musi tego robić. W końcu skoro przez 10 lat się nie zebrał, to szanse na to raczej maleją.
Nawet oświadczyny ćwiczyła przed lustrem.
Tylko koleżankom wstydziła się przyznać, że planuje zaręczyny.
– Byłam już praktycznie zdecydowana na ten krok – wyznaje. – Ale pewnego dnia, kiedy tak na głos mówiłam sobie: "Czy wyjdziesz za mnie?", poczułam się jak idiotka. W sumie nawet nie wiedziałam, czy zapytać, czy ożeni się ze mną, czy wyjdzie. Może i jest równouprawnienie, może i "dziewczyny mogą wszystko", ale poczułam się jak desperatka.
Z Przemkiem jest nadal. Powtarza sobie, że już nie czeka, ale kiedy lajkowała zdjęcia uśmiechniętych koleżanek z napisem "Powiedziałam tak!", to ściskało ją z zazdrości.
Dalsza część tekstu poniżej
Zobacz także
Na jednym z kobiecych forów temat zaręczyn doczekał się niemal 500 komentarzy. To odpowiedzi na post dziewczyny, która nie chce już dłużej czekać. Kobiety radzą różnie – od "sama go poproś o rękę" po "on jeszcze czeka, ale niestety nie na ciebie".
I dzielą się swoimi osobistymi historiami:
"Ja czekam na pierścionek i to magiczne pytanie już 19 lat, z trójką dzieci na koncie. Nic na siłę – nie chce, to nie zmuszaj".
Niektóre twierdzą, że zaręczyny to wcale nie musi być przepis na sukces i udane wspólne życie: nawet jeśli inicjatywa wyjdzie od partnera.
"Mój mąż oświadczył się po trzech miesiącach… po kolejnych trzech wzięliśmy ślub… po siedmiu latach się rozwiedliśmy… nie ma reguły" – opisuje kolejna internautka.
"Czekałam na pierścionek pięć lat. W końcu się oświadczył, ale to były tak żałosne zaręczyny… Byliśmy razem jeszcze rok, ale to był najgorszy czas – ciągłe kłótnie, a rozmowy o ślubie kończyły się frustracją. Rozstaliśmy się. Próbował wracać, ale ja już nieugięcie stałam przy swoim. To była najlepsza decyzja mojego życia" – twierdzi inna.
Jedna z forumowiczek opisuje: "Zasugerowałam pierścionek zaręczynowy na moje okrągłe urodziny. Posłuchał, oświadczył się. Dziś mija sześć lat i ja odchodzę. Mam dość. Ilekroć próbowałam wspomnieć o ślubie, słyszałam: "nie chcę teraz o tym rozmawiać". Jestem zła nie na niego. Na siebie – że odchodzę dopiero po sześciu latach. Cóż, czasu nie cofnę".
Socjolożka: To raczej "jaskółka zmian" niż trwały trend
W tradycyjnym scenariuszu to on klęka i wyciąga pierścionek, a ona, wstrzymuje oddech i czeka na to jedno, jedyne pytanie. Jednak są też kobiety, które biorą sprawy w swoje ręce, wywracając ten odwieczny rytuał do góry nogami.
Doktorka Sandra Frydrysiak, socjolożka, kulturoznawczyni i badaczka siostrzeństwa z Uniwersytetu SWPS, ocenia to zjawisko pozytywnie, choć – jak podkreśla – ma ono charakter marginalny.
– Skoro to zaledwie 2 proc. przypadków, pozostaje ono absolutnie niszowe. Niemniej sam fakt, że pojawiają się takie historie, dokłada ważny element do dyskusji o współczesnych związkach. Pokazuje, że dla kobiet małżeństwo wciąż jest istotną wartością. Chcą je realizować, a gdy nie widzą innej drogi, biorą sprawy w swoje ręce. Zgodnie z hasłem "kobiety wiedzą, co robią", działają w kontrze do tradycyjnych struktur. Ale pamiętajmy, że to wciąż nowość.
Jak dodaje, interesująco wypadają wyniki raportu Ipsos "Nierówności płci w Polsce 2026". Wynika z nich, że 56 proc. Polaków uważa, iż w kwestii równouprawnienia osiągnięto już wystarczająco dużo. Wśród kobiet ten odsetek wynosi jednak tylko 36 proc.
– Widać więc wyraźnie, że mężczyźni częściej uznają ten proces za zakończony, podczas gdy kobiety wciąż widzą potrzebę zmian. Mam jednak wątpliwości, czy akurat w obszarze oświadczyn chciałyby przejmować inicjatywę na stałe – zaznacza.
– Czy fakt, że kobiety oświadczają się partnerom, oznacza, że patriarchat zaczyna pękać? – dopytuję.
– Myślę, że to trafna diagnoza. To jeszcze nie jego koniec, ale na pewno pewne pęknięcie. Mówimy o zaręczynach, a więc o rytuale silnie nacechowanym płciowo – to mężczyzna zawsze był stroną aktywną, a kobieta bierną, czekającą. Ten schemat zaczyna się rozluźniać. Na razie to jednak raczej "jaskółka zmian" niż trwały trend – odpowiada.
Jak mężczyźni to odbierają?
– To może być dla nich trudne, bo tracą monopol na gest o ogromnym znaczeniu symbolicznym. Nasze imaginarium społeczne i kultura są oparte na obrazie mężczyzny klękającego przed kobietą. Gdy ten schemat zostaje przełamany, wielu z nich może czuć się niekomfortowo – tłumaczy.
Dra Sandra Frydrysiak
socjolożka, kulturoznawczyni
Jak podkreśla, zjawisko, w którym to kobiety oświadczają się mężczyznom, należy rozpatrywać w szerszym kontekście. – Myślę, że trzeba je wpisać w klamrę kryzysu relacji romantycznych. Profesor Tomasz Szlendak, socjolog, pisał o tym w swojej książce "Miłość nie istnieje", a w mediach – choćby w "New York Timesie" – pojawia się pojęcie "heterofatalizmu". To stan, w którym kobiety są już tak zmęczone mężczyznami i – między innymi – brakiem ich sprawczości, że przestają na nich liczyć. Widzimy dziś wyraźny rozjazd między kobietami i mężczyznami – nie tylko edukacyjny, ale i dotyczący oczekiwań wobec wspólnego życia – mówi.
Socjolożka zwraca też uwagę na kontekst demograficzny. – Kobiety częściej przeprowadzają się do dużych miast i częściej kończą studia. Powstaje strukturalna nierównowaga, która przekłada się na relacje. Do tego dochodzi lęk przed odpowiedzialnością, choć ten wątek wymagałby pogłębionej analizy w konkretnych grupach wiekowych – podsumowuje.
