
Tragiczny wypadek w podwarszawskich Ząbkach, którego sprawcą według prokuratury był 37-letni Turek siedzący za kółkiem taksówki na aplikację, wywołał nie tylko krajową debatę na temat bezpieczeństwa, ale także reakcję Ministerstwa Infrastruktury. Jej szef, Dariusz Klimczak powiedział w piątek (19.06) w RMF FM, że trwają prace nad zmianami w prawie, które mogą wprowadzić egzaminy dla obcokrajowców, którzy chcą w Polsce pracować w przewozie osób.
Dariusz Klimczak w rozmowie z Tomaszem Terlikowskim został zapytany o sondaż Ibris dla Rzeczpospolitej, z którego wynika, że ponad 83 proc. ankietowanych chciałoby zmian dotyczących prawa jazdy dla obcokrajowców.
Szef resortu infrastruktury przyznał, ze podziela opinię większości Polaków i zapowiedział zmiany w prawie.
– Tutaj nie musiał się wydarzyć ten wypadek, o którym pewnie wszyscy (wiedzą - red,) pod Warszawą, w Ząbkach. Ponieważ przygotowywaliśmy uszczegółowienie tej ustawy, która weszła w życie w połowie roku 2024, gdzie zmieniły się przepisy dotyczące wymagań dla tych, którzy są obcokrajowcami i chcą pracować na taksówkach – powiedział Klimczak.
Co konkretnego chce zaproponować jego resort?
– Chcemy uszczegółowić wymagania dotyczące powiązania licencji i samochodu, tak żeby tutaj ta sprawa była jasna. I druga sprawa, czyli związana z niekaralnością kandydata na kierowcę w takiej firmie taksówkarskiej, czy na aplikację, czy jakiejkolwiek innej – wyjaśnił minister infrastruktury.
Do tej pory niekaralność osoby, która przyjechała do Polski sprawdzana jest... w polskim systemie. Rząd chce, żeby takie zaświadczenie było weryfikowane w kraju pochodzenia obcokrajowca.
Będzie egzamin dla obcokrajowców?
Tomasz Terlikowski dopytywał Klimczaka, czy jego resort pracuje także nad tym, o czym mówią Polacy, czyli o dodatkowym egzaminie dla tych, którzy chcą przewozić ludzi w naszym kraju.
Szef resortu infrastruktury przyznał, że jest pewnego rodzaju zamieszanie w przepisach, bo część obcokrajowców już teraz musi zdać egzamin teoretyczny, bo kraje, z których pochodzą nie podpisały Konwencji wiedeńskiej o ruchu drogowym.
– Każdy jest zobligowany do stosowania innych przepisów. Chciałbym je uprościć, ujednoznacznić. Nie ma według mnie większego znaczenia, z jakiego państwa się pochodzi. (...) Konwencja o ruchu drogowym, ona ujednolica standardy dotyczące zdobywania prawa jazdy. Wiele państw, na przykład spoza konwencji jest Bangladesz, a państwa postsowieckie generalnie należą (do niej - red.) i tutaj nie ma takich ostrych przepisów, że oni muszą zdawać ten egzamin – stwierdził Klimczak.
Jego zdaniem powinien być taki egzamin i to właśnie nad jego wprowadzeniem pracuje już zespół analityczny w Ministerstwie Infrastruktury.
– Plan minimum to jest obowiązek odbycia kursu w ośrodku doskonalenia techniki jazdy. Natomiast nie wykluczamy – i to też zależy od danych, które przedstawi nam Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji, danych policji i tak dalej – też będę czekał na opinię Krajowej Rady Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego, bo chciałbym, żeby na ten temat wypowiedzieli się eksperci – dodał szef resortu infrastruktury.
Pytany o to, kiedy zmiany wejdą w życie, odpowiedział, że idą one dwutorowo, bo część związana z powiązaniem licencji z autem, została już przekazana do wykazu prac legislacyjnych Rady Ministrów. Z kolei obowiązkowe kursy to nowa inicjatywa, ale minister chciałby zakończyć prace nad tym jeszcze w tym roku.
Tragedia w Ząbkach wstrząsnęła Polską
Przypomnijmy, że do tragedii w podwarszawskich Ząbkach doszło 6 czerwca na skrzyżowaniu ulic Józefa Piłsudskiego i Szwoleżerów.
Do sieci szybko trafiło nagranie z wideorejestratora, które pokazuje całą oś zdarzeń. Widzimy na nim 37-letni obywatela Turcji, siedzącego za kierownicą osobowej Hondy pełniącej rolę taksówki na aplikację. Porusza się pasem do jazdy na wprost.
I nagle, bez żadnego logicznego uzasadnienia, postanawia na tym skrzyżowaniu zawrócić. Manewr wykonuje w najgorszy możliwy sposób, bo najpierw zjeżdża na pas do jazdy w prawo, po czym gwałtownie ścina resztę pasów ruchu.
Problem polega na tym, że kierowcy na pasach do jazdy na wprost mieli zielone światło. Co gorsza, po lewej stronie Hondy, czyli prawym pasem, sunął autobus. To właśnie ta wielka bryła skutecznie zasłoniła pole widzenia i sprawiła, że nadjeżdżający z tyłu kierowcy nie mieli szans w porę dostrzec taksówkarza wykonującego nieprawidłowe zawracanie.
Lewym pasem do jazdy na wprost zbliżał się kierowca audi. Zza autobusu nagle wyrosła mu przed maską osobowa Honda. Czasu na reakcję nie było praktycznie wcale. Doszło do potężnego uderzenia w bok taksówki.
Wytrącone z toru jazdy Audi wpadło bokiem prosto w potężny słup sygnalizacji świetlnej. Siła uderzenia była tak monstrualna, że niemieckie auto odbiło się od niego, wpadło na barierę energochłonną i rozpadło się na dwie części, które uderzyły w nadjeżdżające z naprzeciwka pojazdy.
Bilans tego zdarzenia był absolutnie tragiczny. Zginęli dwaj młodzi ludzie podróżujący Audi: 22-latek i 23-latek. Trzeci z nich, 24-latek trafił do szpitala. Kierowca taksówki nie odniósł obrażeń i został zatrzymany przez policję.
Bezsprzecznie to 37-latek stworzył skrajnie niebezpieczną sytuację, przeciął trzy pasy ruchu, zajechał drogę i to on w poniedziałek 8 czerwca usłyszał zarzuty.
Zarzuca mu się naruszenie zasad bezpieczeństwa w ruchu drogowym. Mężczyzna odmówił odpowiedzi na pytanie, czy przyznaje się do winy i odmówił dalszych wyjaśnień. Prokuratura Rejonowa w Wołominie skierowała do sądu wniosek o tymczasowe aresztowanie.
Czyn zarzucony Bayramowi A. został zakwalifikowany m.in. z art. 177 par. 2 Kodeksu karnego, dotyczącego spowodowania wypadku ze skutkiem śmiertelnym. Podejrzanemu grozi kara od sześciu miesięcy do ośmiu lat pozbawienia wolności.
Nadmierna prędkość Audi
Ale wypadek mógłby nie skończyć się taką tragedią, gdyby nie nadmierna prędkość, z którą Audi wpadło na skrzyżowanie. Z ustaleń dziennikarza śledczego Roberta Zielińskiego wynika, że prędkościomierz Audi, w którym znajdowało się trzech mężczyzn, zatrzymał się na wartości 185 km/h. To oznacza, że samochód mógł jechać nawet ponad 200 km/h. Sprawą zajmuje się prokuratura, a dane dotyczące wypadku, w tym prędkość Audi, analizują biegli.
– Na pewno impuls siły uderzenia był bardzo duży. Tym bardziej, że samochód był przepołowiony na pół, bo uderzył w słup, a to zadziałało jak "przecinak" – ocenił w rozmowie z TVN24 jeden z policjantów drogówki.
A dlaczego szacujemy, że kierowca Audi mógł jechać powyżej 200 km/h? – Samochód mógł się zatrzymać, kiedy prędkość była już wytracona. Czyli na przykład: auto zatrzymało się po pierwszym uderzeniu, a licznik stanął ułamki sekund dalej. I wtedy może się okazać, że ta prędkość była jeszcze większa. Wypadek rekonstruuje się w sekundach. Całe zdarzenie przeważnie trwa około cztery, pięć sekund i rekonstruktor zbiera to w ułamkach sekundy – podkreślił policjant.
