
Gdzie zjeść w Krakowie? Ja to pytanie zadaje sobie od lat, a teraz postaram się zaprezentować precyzyjną odpowiedź. Odpowiedź zawierającą z pewnością pewne zaskoczenia i sporą dozę "poczty pantoflowej". Uniknę tu natomiast nudnych i fałszywych turystycznych "perełek", którymi są bombardowane serwisy z opiniami. Oczywiście lista jest czysto subiektywna.
Z racji, że zbliża się sezon wakacyjny, postanowiłem podsumować wieloletnie doświadczenie kulinarne związane z Krakowem. Ująłem je w liście 5 restauracji, które moim zdaniem warto odwiedzić (z konkretnym uzasadnieniem!). Kiedy przeglądam porównania z popularnych agregatorów opinii, jestem dość mocno rozczarowany. Wydaje mi się, że brakuje w nich tego czynnika "lokalsa", który obserwuje kulinarną ewolucję na bieżąco i codziennie jej doświadcza na swoich kubkach smakowych.
Lista jest oczywiście stricte subiektywna, a ja od siebie dodam, że raczej unikam "trójdolarowych" i "czterodolarowych" lokali, więc większość miejsc, która jest na tej liście to propozycje raczej przystępne cenowo i średniopółkowe.
Dla jeszcze pełniejszego obrazu dodam, że poza "swoimi" lokalami, starałem się na bieżąco sprawdzać rekomendacje znajomych mieszkających lub pomieszkujących w Krakowie, ale nie wszystkie udało mi się odwiedzić. Największym nieobecnym jest lokal Karakter na ul. Brzozowej, który nigdy niestety nie był mi po drodze w ostatnich tygodniach (a sezonowa oferta również mnie niestety nie zachęca). Skoro mamy już formalności za sobą, zacznijmy od lokalu modnego i egzotycznego.
Miejsce 5. – Bunsik ul. Mogilska
Wizyta w Bunsiku może spowodować efekt "wow". Porcje są bardzo duże, smaki bardzo intensywne, część propozycji nie jest dostępna w innych "koreańczykach", a do tego (co dla mnie bardzo ważne), jest to lokal, który od lat prezentuje bardzo wysoki poziom. Zamawiając tam, nigdy nie byłem rozczarowany, polecam jednak uwzględnić to, że przy zamówieniu z dostawą część potraw może tracić "chrupnięcie".
Do Bunsika warto więc udać się osobiście. Z większej liczby powodów niż tylko kwestia chrupkości potraw. Lokal ma bowiem znakomitą lokalizację. Mieści się przy Rondzie Mogilskim, który jest najważniejszym hubem przesiadkowym dla komunikacji miejskiej w Krakowie. Od Bunsika blisko do dworca głównego, parku botanicznego UJ, cmentarza rakowickiego i muzeum MuFo. To restauracja, którą na pewno warto wpisać na logistyczną listę przy okazji odwiedzania Krakowa na city-break, bo wizytę w niej bardzo łatwo wpleść w plan dnia.
Jeśli zaś chodzi o ofertę lokalu, w Bunsiku jest dostępna bardzo unikatowa propozycja (mój faworyt): kimbap w tempurze, a także oczywiście kilka bardziej tradycyjnych koreańskich propozycji. Poza kimbapem w tempurze na pewno mogę polecić smażonego kurczaka, pierożki mandu, bibimbap i corn dogi. Jeśli ktoś ma ochotę na tteokboki, moim zdaniem najlepsze w Krakowie ma lokal The Bap na ul. Lea. Z kolei na szybki koreański lunch warto wpaść do Seoul Kimbap na ul. Długiej. Ale generalnie Kraków Koreą stoi, mógłbym przygotować ranking restauracji wyłącznie z tego kraju i byłoby o czym pisać.
Miejsce 4. – Indian Flame, ul. Rusznikarska
Indian Flame to z kolei lokal, który stał się dla mnie punktem odniesienia dla wszystkich innych restauracji indyjskich, w których miałem okazję się stołować – w Krakowie, w innych miastach w Polsce, a nawet sporadycznie poza granicami naszego kraju. Była to też jedna z pierwszych restauracji tego typu, które miałem okazję odwiedzić.
Przez większość czasu traktowałem poziom Indian Flame jako standard. Okazało się jednak, że restauracja ta prezentuje znacznie wyższą jakość od konkurencji i wielokrotnie łapałem się na tym, że porównywałem do niej w głowie każdą nowo odwiedzoną restaurację. Tu ponownie mamy do czynienia ze znakomitymi teksturami, bogatym smakiem, soczystością w przypadku mięs i dobrze skomponowanymi daniami. Nie mam jednej konkretnej sugestii, co warto zamówić – karta jest przeogromna, ale póki co nie udało mi się natrafić na nic, co by mi nie smakowało. Co więcej, ważna informacja – dania z Indian Flame wybaczają dowóz. Oczywiście, sam lokal warto odwiedzić osobiście, ale znajduje się on raczej na uboczu i z dala od turystycznych lokacji, więc w tym przypadku na pewno nie jest grzechem wzięcie obiadu lub kolacji z dowozem.
Miejsce 3. – Molám, ul. Rajska
Molám na ulicy Rajskiej to lokal rozpoznawalny na kulinarnej mapie Krakowa, który doczekał się odznaczenia Bib Gourmand. To miejsce z wyjątkową ofertą. Myślę, że większość potraw, które zdarzyło mi się jeść w Molám, jadłem tam pierwszy raz (a często i jedyny) w życiu.
Ekipa z Molám eksperymentuje, tworzy interesujące dania, które mocno odróżniają się od tego, co ma do zaoferowania konkurencja. To kuchnia ciekawa, kreatywna, raczej nie "na co dzień", ale naprawdę w przyjemny sposób łącząca różnorodne smaki.
Myślę, że Molám to bardzo dobra propozycja dla urozmaicenia sobie krakowskiego doświadczenia w trakcie city-breaka. To też bardzo dobra opcja na spotkanie 1 na 1. Lokal mieści się blisko Starego Miasta, tuż przy niedawno otwartym Parku Wisławy Szymborskiej. Obsługa jest uprzejma i profesjonalna, a doświadczenie bardziej nawiązuje do segmentu premium. Molám nie jest tanie, ale z pewnością nie jest też drogie, a wypada dużo lepiej od droższych konkurencyjnych lokalów bliżej rynku, w których miałem przyjemność (lub nie) się stołować.
Miejsce 2. – Del Jero, ul. Lipowa
To lokal mieszczący się w Hali Lipowej, która sąsiaduje z muzeum sztuki współczesnej MOCAK. Jeśli planujesz odwiedziny w tej atrakcji, Del Jero na pewno warto dodać na listę miejscówek do odwiedzenia. Szczególnie że to lokal, który w przeciwieństwie do Molám (i miejsca pierwszego z tego rankingu) nie bywa tak często na listach top miejsc do zjedzenia w Krakowie. Niechaj będzie więc "ukrytą perełką".
Del Jero od lat dowozi znakomity, prześwietny wręcz poziom. I mówię to z perspektywy "oryginalnego" fana, który miał okazję jeść tam jeszcze, gdy restauracja mieściła się przy ul. Starowiślnej. Mnie osobiście nie przeszkadza to, że obecnie lokal mieści się z innymi restauracjami w jednej hali, a nie w osobnej przestrzeni (czy nawet osobnym budynku). W kwestiach kulinarnych jestem zwolennikiem filozofii Alvina Leunga (pseudonim Demon Chef), który często posługuje się sloganem "taste is king". A w Del Jero król ten z dumą nosi koronę.
Co ważne, w przypadku kuchni meksykańskiej nie mogę powiedzieć, że jestem w niej zakochany bez pamięci (w przeciwieństwie do np. kuchni koreańskiej). Po spróbowaniu Del Jero pierwszy raz "porównawczo" poszedłem do kilku innych lokali, by sprawdzić, czy to po prostu nie jest kwestia tego, że "meksykańskie" jakoś tak fajnie zgrywa się z moimi kubkami smakowymi. Ale sprawdziłem i zasadniczo tak nie jest. To po prostu dania z Del Jero są niezwykle smaczne i wyraziste, osiągają świetne poziomy soczystości, a ich tekstury bywają nie z tej ziemi. A przy tym wszystkim mają tę meksykańską świeżość i lekkość.
Ja osobiście polecam tu przede wszystkim propozycje z wołowiną i te, w których jest pesto pietruszkowe. Pesto z Del Jero to jest absolutnie najlepsze pesto, jakie w życiu jadłem. Dodam tylko, że nigdy nie zamówiłem dania z Del Jero na dowóz, podejrzewam jednak, że tu jest tak samo, jak w przypadku Bunsika. Lepiej odwiedzić lokal osobiście.
Miejsce 1. – KuKu Taiwan Bistro, ul. Szewska
KuKu jest genialne i w swojej kategorii w Krakowie moim zdaniem nie ma konkurencji. To kuchnia kompletnie odmienna od Del Jero, znacznie "cięższa", ale "ciężar" ten trudno jest określić wadą. Serwowane przez nich potrawy są niezwykle intensywne w smaku, cechuje je bogactwo różnych tekstur, a same porcje są duże, nawet jak na moje dość wygórowane standardy.
KuKu to nie jest opcja na przystawkę (chyba że ktoś ma ochotę na bubble tea, wtedy jak najbardziej, ona również jest tu świetna i jest serwowana na wynos od ręki). Większość propozycji w KuKu to dość tłuste potrawy. "Ciężkość" dań w KuKu można wzmocnić ich autorskim sosem chili (polecam). Sam sos można też kupić w słoiku na wynos, co zresztą zrobiłem, i sprawdziłem go w domowych warunkach. Starczy powiedzieć, że długo w szafce nie zagrzał miejsca, bo nadaje się dosłownie do wszystkiego, co ma być ostre.
Nie wiem jak KuKu osiąga tak spektakularnie intensywne smaki, ale ich ekipa wie, co robi. Jedyna wada restauracji to niewielka powierzchnia samego lokalu. Dla chcącego jednak nic trudnego. Rzadko, bo rzadko, ale w godzinach szczytu zdarzało mi się brać dania z KuKu i jeść je na ławce na Plantach.
No właśnie – Plantach, to też należy uwzględnić. Na korzyść KuKu przemawia genialna lokalizacja. Jest to lokal leżący na jednej z ulic dobiegającej do rynku. Jest więc blisko najbardziej popularnych atrakcji – Barbakanu, Sukiennic, Wawelu, Bazyliki Mariackiej.
Zaraz, zaraz, a co z innymi kuchniami? Gdzie zjem pizzę, kebaba i schabowego?
Faktycznie lista, którą przygotowałem, może wydawać się zwyczajnie uboga geograficznie. 4 pozycje z Azji i jedna z Ameryki Północnej to kompozycja niestandardowa jak na polskie realia. Ale tekst o krakowskich restauracjach miałem w głowie od dłuższego czasu, zbierałem inspiracje, odwiedzałem nowe lokale, odświeżałem stare i myślę, że choć mój gust pewnie jest nieco skrzywiony w stronę Azji. Wymieniłem tu lokale, które faktycznie według mnie zasługują na najwięcej uwagi.
Na liście brakuje też restauracji włoskich, ale mam wrażenie, że w Krakowie większość tego typu lokali jest albo generyczna, albo po prostu gorsza od propozycji ze stolicy (przykład pierwszy z brzegu – znakomite warszawskie Va Bene na św. Barbary, w Krakowie ciężko o coś, co to przebije). Jeśli chodzi więc o pizzę, ja osobiście staram się stawiać na pozycję bardziej "fit", czyli pizzę razową z Red Peppers na ul. Konecznego (jest bardzo dobra). Ale podejrzewam, że entuzjastyczni pizzożercy zjedzą mnie za to oszczerstwo (oby nie dosłownie).
W kwestii kuchni polskiej, w Krakowie jest na pewno kilka miejsc wartych uwagi, często są to jednak bardzo lokalne restauracje, bary mleczne, których są setki i oferują one zupełnie inny rodzaj doświadczenia, albo z kolei restauracje premium, gdzie to premium jest raczej tylko w cenniku. W moim "arsenale" polskich propozycji wyszczególniłbym chyba jedynie Smakołyki przy ulicy Straszewskiego. A tak bardziej krakowsko (ale raczej na śniadanie) warty uwagi jest lokal Wesoła Cafe na ul. Rakowickiej.
Z kolei kebabowo miewam bardzo dziwne pomysły. Wysoko oceniam Jeruzalem (kontrowersyjnie), Kebab u Pajdy (niezbyt kontrowersyjnie) i swego czasu zrównany z ziemią przez Książula lokal Jamra (ultra kontrowersyjnie). Jamra jest naprawdę znakomita, ale faktycznie nie serwują tam "zwyklaków", a pozycje z nieco nietypowym posmakiem (lekko ziemistym, określiłbym go jako "bardziej na Wschód niż Bliski Wschód").
Kusi mnie też, by w kategorii "złoty kebab" główną nagrodę zdobył #toniejestkebab, czyli Ottamam. I okej, daruję sobie, ale lokal jest naprawdę godny polecenia, w top 10 by się z pewnością znalazł. Potwierdzam – to, co serwują w Ottamamie, to nie jest kebab, ale moim zdaniem (cokolwiek to jest) jest to lepsze niż kebab, a "leży" bliskowschodniego przysmaku na tyle blisko smakiem, że kebabożercy spokojnie powinni się na niego wybrać.
