
Czy powiedziałby to samo 12-letnim Polkom? Swojej córce? Siostrzenicy? Dziewczynce z sąsiedztwa? A może dorosłemu Ukraińcowi – rosłemu facetowi, który bez problemu mógłby odpowiedzieć?
Niedziela to w naszej kulturze taki rodzinny dzień. Rosół, spacer, lody. Oczywiście nie każdy może sobie na to pozwolić. Ktoś musi pracować, żeby odpoczywać mógł ktoś.
Na przykład kierowca autobusu w Bielsku-Białej. Nie dość, że spędzał niedzielę za kierownicą, to jeszcze musiał prowadzić pojazd, w którym jeden z pasażerów postanowił urządzić pokaz ukrainofobii.
Polak-bohater atakuje dzieci
Oto bowiem pan w okularach i schludnej, niebieskiej koszuli – zamiast cieszyć się wolnym czasem z bliskimi, poczuł nagłą potrzebę naprężenia swoich "patriotycznych" muskułów. Uznał, że przestrzeń autobusu to idealne miejsce na wykrzyczenie swoich frustracji.
"Wyrosły na naszych pieniądzach. To się niedługo skończy. Wyp*** na swoją Ukrainę" – sączył jad.
Gdy jedna z dziewczynek, wykazując się dojrzałością, której dorosłemu agresorowi zabrakło, spokojnie zapytała, dlaczego tak do niej mówi, usłyszała krótkie: "Nie pyskuj, nie jesteś stąd". Potem padły kolejne wyzwiska. W pewnym momencie druga dziewczynka mówi cicho: "Czy może mnie pan nie dotykać?". Chwilę później mężczyzna nazywa dziecko "ukraińską ku***ą".
Tak. Dwunastoletnie dziecko.
Teraz pan jest już sławny na całą Polskę. Tyle że chyba nie o taką rozpoznawalność mu chodziło. W poniedziałkowy poranek został zatrzymany przez policję. Zapewne usłyszy zarzuty dotyczące znieważenia na tle narodowościowym.
Okazało się też, że sam pracuje jako kierowca. Koledzy z branży z pewnością będą dumni. W momencie, gdy bawił się w obrońcę narodu w bielskim autobusie, przebywał oficjalnie na zwolnieniu lekarskim.
Choroba najwyraźniej minęła, jak ręką odjął, gdy nadarzyła się okazja do zaatakowania dzieci. Konsekwencje, które na niego spadną, prawdopodobnie zrujnują mu życie zawodowe.
Nie oszukujmy się jednak – ten człowiek nie zradykalizował się w niedzielę. Ten incydent nie wydarzył się z dnia na dzień.
To pęczniało. Szło miesiącami, jeśli nie latami. Nabrzmiewało jadem w internecie, sączyło się z cynicznych przemówień niektórych polityków, aż w końcu rozgościło się przy naszych domach.
Kto z nas nie słyszał tych zdań już kilka lat temu?
"Nie mogę zapisać mamy do lekarza, bo Ukraińcy mają pierwszeństwo"
"Moja córka musi kupować bilet miesięczny, a taki Ukrainiec jeździ za darmo"
"Mieszkania dostają za darmo, wszystko im się należy".
"Zabierają nam pracę i żyją z naszych podatków"
"Imprezują i się bawią, zamiast walczyć"
"Ta cała wojna to ściema, zdjęcia są z AI"
Trzeba uczciwie przyznać, że atmosfera na linii Polska–Ukraina w ostatnim czasie wyraźnie się zagęściła. Widzimy napięcia między Warszawą a Kijowem i coraz większą irytację części Polaków wobec działań władz w Ukrainie. Kiedy Wołodymyr Zełenski nadał jednej z jednostek ukraińskiej armii imię "Bohaterów UPA", wielu Polaków odebrało to jako policzek. Trudno się temu dziwić. Dla nas UPA nie jest symbolem walki o niepodległość, lecz przede wszystkim zbrodni na ludności cywilnej.
Do tego dochodzą wciąż żywe, bolesne i przez lata nieprzepracowane kwestie historyczne związane z rzezią wołyńską. To rana, która dla wielu rodzin nigdy się nie zagoiła.
O tych sprawach trzeba rozmawiać. Trzeba się o nie spierać, domagać się prawdy i godnego upamiętnienia ofiar.
Ale na miłość boską – co wspólnego z geopolityką, rządem w Kijowie czy wydarzeniami sprzed ponad 80 lat mają dwie dwunastolatki jadące autobusem w Bielsku-Białej?
Przenoszenie frustracji na dzieci tylko dlatego, że mówią z ukraińskim akcentem, nie jest żadnym "głosem w debacie". Nie jest patriotyzmem. Nie jest obroną polskich interesów.
To zwykłe zdziczenie.
Ciąg dalszy poniżej
Zobacz także
Co się z nami stało?
Po wybuchu pełnoskalowej wojny w Ukrainie otworzyliśmy nasze serca i domy, pokazaliśmy całemu światu, czym jest polska gościnność.
Dziś dorosły mężczyzna czuje się w autobusie na tyle pewnie, że atakuje ukraińskie dzieci. I tylko jedna współpasażerka staje w ich obronie (za co też zostaje zwyzywana). Całe szczęście kierowca wyprosił agresywnego pasażera z autobusu, bo nie wiadomo jak tragiczny finał mogłaby mieć ta historia.
W ubiegłym roku opisywałam historię politolożki i dziennikarki, Zoriany Varenii, którą starsza kobieta zwymyślała od "ruskich k***" tylko dlatego, że ta rozmawiała przez telefon z własną matką w swoim ojczystym języku.
W czerwcu tego roku 14-letni chłopak z Ukrainy dostał pięścią w twarz od dorosłego Polaka. Po prostu.
W maju tego roku grupa polskich nastolatków zgotowała trzem młodym Ukraińcom piekło na Moście Świętokrzyskim. Jednego z nich próbowali zrzucić do rzeki. Chłopak skończył w szpitalu z pękniętą czaszką i zmasakrowaną twarzą.
Nienawiść opuściła fora internetowe i wyszła na ulice. Spaceruje po naszych parkach, jeździ autobusami i czeka na moment, by uderzyć.
Ma twarz ludzi przekonanych o własnej wyższości tylko dlatego, że są Polakami. Twarz wykrzywioną od pogardy, nienawiści, faszyzmu.
Jeśli jako społeczeństwo nie zaczniemy głośno i stanowczo reagować na tego typu zachowania, jeśli będziemy odwracać wzrok w tramwajach i autobusach, ktoś w końcu zginie. Tylko za to, że mówi w obcym języku.
Ale my już przecież doskonale wiemy z historii, co to oznacza, prawda?





