
"Ej! Pokaż p**dę” – wykrzyczał do mnie na ulicy pewien – chciałoby się powiedzieć – mężczyzna, ale byłaby to pomyłka. Sprawdzam, dlaczego uliczne chamstwo wciąż uchodzi w Polsce na sucho i co musi się zmienić, żebyśmy wreszcie poczuły się bezpiecznie.
Końcówka czerwca, piękny, upalny dzień. Mam na sobie ulubioną czerwoną sukienkę. Wracam od kosmetyczki. Wysiadam kilka przystanków wcześniej, żeby się przejść. Jest sobota, po tygodniu intensywnej, ale siedzącej pracy, każdy krok jest na wagę złota.
Ręka nurkuje do torebki, szukam słuchawek. Rozładowane. Nie posłucham muzyki, trudno.
Zadzieram głowę ku niebu. Ani jednej chmurki. Uśmiecham się sama do siebie. Układam plany na wieczór.
Wiatr lekko łaskocze, sukienka delikatnie faluje.
Przejeżdżający obok mnie samochód nieznaczne zwalnia. Opuszcza się szyba.
– Ej! – młody męski głos dobiega do mojego ucha. – Ej! Pokaż p**dę.
Słyszę rechot faceta i jego kumpli. Samochód odjeżdża z piskiem opon.
Zatyka mnie. W brzuchu narasta nieprzyjemny skurcz. Nie mogę nabrać oddechu. Ciało sztywnieje.
W głowie flashbacki: mam 14 lat i w prawie pustym autobusie pasażer przylega do mnie od tyłu i się o mnie rytmicznie ociera. Trzymam się górnej poręczy, on prawie leży na mnie. Nieruchomieję. Uciekam dopiero wtedy, kiedy sapie mi do ucha.
Mam 15 lat, kiedy współpasażer wtyka mi palec między uda. Jest zima, mam długi płaszcz. Moje ciało chce krzyczeć, ale ja milczę. Wysiadam na pierwszym przystanku, wracam pieszo do domu. Nikomu o tym nie mówię.
Potem całe życie zaciskam pięści: nigdy już się tak nie dam. Uczę dorastającą córkę, co ma zrobić, kiedy ktoś narusza jej granice. Każę jej siadać za kierowcą, najlepiej "obok starszej pani". Uczę krzyczeć.
Teraz mam 40 lat, ale jestem zupełnie tak samo bezsilna, jak wtedy.
Po ataku nie chce wychodzić z domu
Kilka dni po tym zdarzeniu trafiam na wpis w mediach społecznościowych. Na jednej z grup wsparcia autorka pisze, że jest skrajnie otyła. Postanowiła walczyć o siebie i zaczęła chodzić na spacery. Chciała po prostu zacząć się ruszać i wyrobić w sobie nawyk aktywności. Nie zdążyła.
W ciągu zaledwie miesiąca została dwukrotnie zaatakowana na ulicy. Najpierw grupa młodych mężczyzn wykrzykiwała do niej z przejeżdżającego samochodu: "Je*ać grube k***wy!". Kilka tygodni później, gdy czekała na znajomą przed urzędem, zaczepili ją nastolatkowie na hulajnogach. Jeden z nich rzucił pod jej adresem: "Je*ać cię, ulana k***o!". Gdy odpowiedziała, usłyszała jeszcze, że jest "sz*atą", a agresorzy zaczęli nagrywać ją telefonem.
Po tych wydarzeniach zaczęła się bać się wychodzić z domu. Ma poczucie, że swoim wyglądem zwraca na siebie niechcianą uwagę i stanie się celem kolejnych ataków. Straciła motywację, by o siebie zawalczyć.
Dodaję pod nickiem komentarz. Opisuję swoją historię. Niech wie, że nie jest sama, jedyna.
Statystyki nie pozostawiają złudzeń – dla wielu kobiet przestrzeń publiczna wciąż nie jest w pełni bezpieczna. Wulgarne zaczepki, obraźliwe komentarze i agresja słowna pozostają doświadczeniem, z którym mierzy się wiele z nich.
Potwierdzają to wyniki badania Ipsos, przeprowadzonego na zlecenie marki L’Oréal Paris we współpracy z Fundacją Feminoteka. Wynika z niego, że aż 84 proc. kobiet w Polsce doświadczyło molestowania lub napaści słownej w miejscach publicznych. Najczęściej były to właśnie ordynarne komentarze, wyzwiska i publiczne upokarzanie.
Raport zwraca uwagę również na postawę świadków. Aż 86 proc. badanych przyznaje, że nie wie, jak zareagować i pomóc osobie, która padła ofiarą takiego zachowania. W efekcie wiele kobiet zostaje z poczuciem upokorzenia i zagrożenia, nie otrzymując wsparcia ze strony otoczenia.
Takie historie jak moja czy internautki nie są odosobnione. Czy w sytuacji, gdy ktoś zostaje zaatakowany słownie w przestrzeni publicznej, można cokolwiek zrobić?
– Przede wszystkim bardzo współczuję osobom, które doświadczają takich sytuacji. Takie zachowania mogą być upokarzające i naruszać poczucie bezpieczeństwa – mówi mec. Anna Przybyła z Wydziału Prawa Uniwersytetu SWPS.
Jak wyjaśnia, polskie prawo przewiduje kilka możliwości dochodzenia swoich praw. Jedną z nich jest droga karna – w sytuacji, gdy zachowanie sprawcy spełnia znamiona konkretnego przestępstwa. Drugą stanowi postępowanie cywilne związane z naruszeniem dóbr osobistych.
– W przypadku wulgarnych, obraźliwych słów naruszających godność drugiej osoby możliwe jest dochodzenie odpowiedzialności karnej. Trzeba jednak pamiętać, że przestępstwo zniewagi jest ścigane z oskarżenia prywatnego. Oznacza to, że osoba pokrzywdzona musi sama zainicjować postępowanie, składając prywatny akt oskarżenia – wyjaśnia mec. Anna Przybyła.
Chcesz sprawiedliwości? Musisz zapłacić
Niezależnie od tego osoba poszkodowana może dochodzić swoich praw także na drodze cywilnej, powołując się na naruszenie dóbr osobistych, takich jak godność czy cześć.
– Osoba pokrzywdzona może domagać się od sprawcy usunięcia skutków takiego naruszenia. W praktyce najczęściej chodzi o złożenie odpowiedniego oświadczenia w postaci przeprosin – wyjaśnia prawniczka.
Jak dodaje, forma takich przeprosin powinna być dostosowana do sposobu, w jaki doszło do naruszenia.
Poza zadośćuczynieniem moralnym, osoba pokrzywdzona może również domagać się rekompensaty finansowej za doznaną krzywdę psychiczną lub żądać wpłaty określonej kwoty na wskazany cel społeczny. Jednak w przypadku przypadkowego zdarzenia na ulicy, największym wyzwaniem pozostaje ustalenie tożsamości sprawcy.
– Jeżeli mamy do czynienia z osobą, której nie znamy, na przykład kierowcą, który przejeżdżając samochodem, kieruje pod czyimś adresem obraźliwe słowa, dochodzenie roszczeń jest znacznie trudniejsze. Najpierw musimy dowiedzieć się, kim ta osoba w ogóle jest – wskazuje mec. Przybyła.
Jak z perspektywy służb wygląda kwalifikacja takiego zachowania? Pytam o to Komendę Główną Policji.
– W literaturze prawniczej i orzecznictwie dominuje pogląd, że sprawca, który używa nieprzyzwoitych słów, siedząc w swoim samochodzie czy wychylając się przez okno, jeśli samochód ten znajduje się w miejscu publicznym i w związku z tym jego słowa są słyszalne dla nieoznaczonej liczby osób (...), dopuszcza się wykroczenia z art. 141 k.w. – przekazała kom. Wioletta Szubska z Biura Komunikacji Społecznej Komendy Głównej Policji.
Nie oznacza to jednak, że każda taka sytuacja będzie traktowana wyłącznie jako wykroczenie. Jak podkreśla policjantka, wypowiedzenie nawet jednego obelżywego określenia pod adresem innej osoby może zostać zakwalifikowane również jako przestępstwo zniewagi z art. 216 Kodeksu karnego, a w niektórych przypadkach także jako przestępstwo z nienawiści.
– Zależy to od okoliczności danego zdarzenia. Istotnym jest także subiektywne odczucie osoby, czy jej godność została znieważona zachowaniem sprawcy. Odczucia pokrzywdzonego są istotne, bowiem wpływają na możliwość złożenia prywatnego aktu oskarżenia – tłumaczy kom. Szubska.
Zgłoszenie sprawy uruchamia policyjną procedurę. Funkcjonariusze muszą ustalić sprawcę, zabezpieczyć dowody, sprawdzić okoliczności zdarzenia i przesłuchać świadków. Zebrany materiał może później trafić do sądu jako podstawa wniosku o ukaranie.
kom. Wioletta Szubska
Biuro Komunikacji Społecznej Komendy Głównej Policji
Jak jednak podkreśla policja, powodzenie postępowania w dużej mierze zależy od materiału dowodowego zgromadzonego już na początku sprawy:
– W każdej sprawie, czy to o wykroczenie, czy o przestępstwo, im więcej potencjalnych dowodów lub źródeł dowodowych wskaże osoba zawiadamiająca o wykroczeniu lub przestępstwie, tym większe są szanse na wykrycie i ukaranie sprawcy.
W praktyce wiele osób rezygnuje z walki o swoje prawa. Powodem nie jest brak poczucia krzywdy, ale przekonanie, że cała procedura będzie zbyt trudna, kosztowna i czasochłonna.
mec. Anna Przybyła
Wydział Prawa Uniwersytetu SWPS
W przypadku postępowania cywilnego, jeżeli osoba pokrzywdzona domaga się na przykład opublikowania przeprosin, opłata od pozwu wynosi 600 zł. Jeżeli dochodzi również roszczeń finansowych, opłata rośnie w zależności od żądanej kwoty.
Jak dodaje, koszty mogą stanowić dla części osób dodatkową barierę w dochodzeniu swoich praw. Istnieje wprawdzie możliwość złożenia wniosku o zwolnienie z kosztów sądowych, ale osoba występująca z takim wnioskiem musi wykazać, że nie jest w stanie ich ponieść.
W przypadku postępowania karnego prowadzonego z prywatnego aktu oskarżenia również trzeba liczyć się z opłatą – obecnie wynosi ona 1000 zł.
Liczby pokazują skalę ujawnianych przez policję wykroczeń przeciwko obyczajności publicznej, ale także to, jak często sprawy kończą się bez udziału sądu. W 2025 roku funkcjonariusze odnotowali 462 829 takich wykroczeń. W 67,3 proc. przypadków wobec sprawców zastosowano środki oddziaływania wychowawczego, w 26,8 proc. nałożono mandat karny, a jedynie 4,8 proc. spraw zakończyło się skierowaniem do sądu wniosku o ukaranie.
Statystyki pokazują finał spraw, ale nie wyjaśniają, dlaczego część z nich kończy się umorzeniem. Komenda Główna Policji przyznaje, że nie prowadzi danych dotyczących najczęstszych przyczyn umarzania postępowań w sprawach z art. 141 Kodeksu wykroczeń.
Zdaniem mec. Anny Przybyły obecne przepisy nie zawsze nadążają za zmieniającą się rzeczywistością. Problem ten widać nie tylko w przypadku hejtu internetowego, ale również w sytuacjach agresji słownej i naruszeń godności w przestrzeni publicznej.
– Żeby prawo było skuteczne i spełniało funkcję prewencyjną, musi być nie tylko możliwe do zastosowania, ale również nieuchronne i odczuwalne dla sprawcy. Być może pewnym rozwiązaniem byłyby mechanizmy stosowane w innych krajach, które pozwalają na szybszą reakcję wobec takich zachowań – wskazuje prawniczka.
Ciąg dalszy tekstu poniżej
Zobacz także
Jak dodaje, na gruncie prawa cywilnego istotną zmianą mogłoby być wprowadzenie tzw. ślepych pozwów. Chodzi o sytuacje, w których osoba pokrzywdzona zwłaszcza przestępstwami w Internecie mogłaby rozpocząć postępowanie sądowe, mimo że nie zna jeszcze danych osoby, która naruszyła jej prawa.
W takim modelu pozew mógłby zostać złożony przeciwko nieznanemu sprawcy, a do dokumentów można byłoby dołączyć dostępne dowody – na przykład nagranie, wiadomości, zrzuty ekranu czy inne informacje pozwalające ustalić, kto dopuścił się naruszenia. Następnie to sąd podejmowałby działania zmierzające do ustalenia tożsamości tej osoby.
Obecnie takie rozwiązanie nie funkcjonuje jednak w polskim prawie. Zgodnie z obowiązującymi przepisami osoba składająca pozew cywilny musi wskazać dane pozwanego, w tym jego imię, nazwisko i adres. W praktyce oznacza to, że ofiary anonimowych ataków często napotykają na barierę już na początku drogi sądowej.
– Takie rozwiązanie mogłoby w dużej mierze ułatwić ofiarom naruszeń dóbr osobistych dochodzenie swoich praw w sytuacji, gdy nie znają tożsamości sprawcy – podkreśla mec. Przybyła.
Jak to robią inne kraje?
Podczas gdy w Polsce osoby doświadczające agresji słownej w przestrzeni publicznej często napotykają na skomplikowane procedury, niektóre państwa europejskie wybrały bardziej zdecydowane rozwiązania.
W Belgii od 2014 roku obowiązuje tzw. ustawa o seksizmie (Loi sexisme), która uznaje za przestępstwo publiczne zachowania lub wypowiedzi wyrażające pogardę wobec osoby ze względu na jej płeć. Za naruszenie przepisów grozi grzywna, a w najpoważniejszych przypadkach również kara pozbawienia wolności.
We Francji od 2018 roku obowiązują natomiast przepisy dotyczące tzw. outrage sexiste (obecnie outrage sexiste et sexuel), czyli se**istowskich i se**ualnie nacechowanych zniewag oraz molestowania w przestrzeni publicznej. Policja może nałożyć mandat bezpośrednio na miejscu zdarzenia, bez konieczności wszczynania długotrwałego postępowania sądowego.
Przepisy obejmują m.in. se**istowskie lub se**ualnie nacechowane obelgi, natarczywe zaczepianie, śledzenie oraz inne zachowania uznawane za molestowanie uliczne. W zależności od okoliczności mandat może wynieść do 1500 euro, a w przypadku recydywy lub szczególnie poważnych okoliczności – nawet do 3750 euro.
Rozwiązania przyjęte w Belgii i Francji mają wspólny cel – pokazać, że przestrzeń publiczna nie jest miejscem, w którym obrażanie, zastraszanie czy upokarzanie innych pozostaje bez konsekwencji.
I okazuje się, że się da.





