
Pełna elektryfikacja to wciąż pieśń przyszłości, a my tu i teraz potrzebujemy rozwiązań, które nie przyprawiają kierowców o siwe włosy na długich dystansach. I kiedy już myślałem, że w kwestii napędów spalinowych wymyślono wszystko, na scenę wkracza marka Horse ze swoim nowym pomysłem. To, co inżynierowie Geely i Renault właśnie pokazali, autentycznie wywraca stolik.
Żeby było jasne: to nie jest kolejna nudna zapowiedź "ekologicznych innowacji", o których zapomnimy za tydzień. Mówimy tu o nowym napędzie hybrydowym typu range-extender, w którym zastosowano rozwiązania wprost z kosmicznie drogich supersamochodów.
"Naleśnik" zamiast bębna
Firma Horse Powertrain pokazała innowacyjny układ oznaczony jako "D20". Jego sercem jest nowoczesny silnik elektryczny o strumieniu osiowym. Co to oznacza dla zwykłego kierowcy? Standardowe silniki w elektrykach i hybrydach przypominają kształtem spory bęben. Tutaj mamy do czynienia z płaskim "naleśnikiem".
Do tej pory takie zabawki były zarezerwowane dla garstki obrzydliwie bogatych szczęściarzy. Motory o strumieniu osiowym znajdziemy dziś w takich potworach jak hybrydowe Ferrari 296 GTB, Lamborghini Revuelto czy szalonym Mercedesie-AMG GT 4-Door Coupé, który wypluwa z siebie ponad 1100 koni mechanicznych.
Horse postanowił jednak wziąć tę potężną, zarezerwowaną dla hipersamochodów technologię i użyć jej nie do urywania ułamków sekund na torze, ale do radykalnego zwiększenia wydajności.
Efekt? Ich nowy motor jest aż o 46 proc. krótszy od standardowego odpowiednika, co pozwala upchnąć go w najciaśniejszych zakamarkach auta, choćby tuż przy skrzyni biegów. Co więcej, mimo kompaktowych rozmiarów, generuje aż o 63 proc. więcej mocy. Ten niepozorny "naleśnik" dostarcza solidne 141 KM (104 kW).
Paliwo, o którym zapomnieliśmy
Ale to nie potężny, kompaktowy elektryk jest tu największym hitem. Prawdziwa magia układu D20 kryje się pod maską. Zastosowano tam wolnossący silnik o pojemności 2.0 litra, który... nie ma fizycznego połączenia z kołami. Służy wyłącznie jako pokładowy, wysoce wydajny generator prądu dla akumulatorów.
I tu pojawia się absolutny zwrot akcji. Ten spalinowy agregat nie jeździ na bezołowiową. Pije metanol. Geely od dawna mocno inwestuje w to alternatywne paliwo (w Chinach jeżdżą już na nim całe floty taksówek), a teraz pokazują nam namacalne dowody jego skuteczności.
Wydajność napędu hybrydowego zasilanego w ten sposób po prostu niszczy system. Według danych producenta, ten 2-litrowy silnik potrzebuje zaledwie 19,6 litra metanolu, aby od zera do pełna naładować potężną baterię o pojemności 40 kWh. Wyobraźcie to sobie – wozicie ze sobą małą elektrownię, ładujecie baterię w trakcie jazdy i zapominacie o nerwowym poszukiwaniu wolnego kabla przy autostradzie.
Szef Horse, Matias Giannini, w rozmowie z brytyjskim "Autocarem" powiedział coś, co wielu ortodoksyjnych fanów elektromobilności wolałoby przemilczeć. Wprost przyznał, że masowe, powszechne przejście na czyste auta elektryczne na baterie to wizja wciąż niesamowicie odległa.
Zamiast więc czekać na cud i rozbudowę infrastruktury ładowania, która w wielu miejscach wciąż leży i kwiczy, potrzebujemy realnych rozwiązań pomagających ciąć emisję spalin tu i teraz.
I powiem wam szczerze, patrząc na to, jak zaawansowane systemy range-extender potrafią dziś optymalizować spalanie i łączyć zalety auta elektrycznego ze swobodą tankowania klasycznego paliwa, trudno nie przyznać mu racji.
Skoro technologia z Ferrari może sprawić, że nasze codzienne samochody będą palić ułamek tego co kiedyś, to ja kupuję ten pomysł w ciemno.
