Rumen Radew
Premier Bułgarii Rumen Radew oświadczył, że jego kraj nie weźmie udziału w tzw. koalicji chętnych wspierających Ukrainę. Fot. shutterstock

Premier Bułgarii Rumen Radew, który znany był już wcześniej ze swoich prorosyjskich sympatii, teraz powiedział "nie" pomocy dla Ukrainy. Choć dostał specjalne zaproszenie od prezydenta Francji Emmanuela Macrona i przyleciał do Paryża na szczyt tzw. koalicji chętnych, ostatecznie ogłosił, że jego kraj nie wesprze Kijowa.

REKLAMA

O tym, że Rumen Radew potrafi zszokować i namieszać, Bułgarzy przekonali się już nie raz. W maju tego roku polityk został premierem kraju, ale wcześniej pełnił tam rolę prezydenta (w styczniu podał się do dymisji). Już wtedy było głośno o jego prorosyjskich zapędach.

Teraz poszedł o krok dalej. Na zaproszenie Emmanuela Macrona przybył do Paryża, gdzie odbywały się (14 lipca) obchody francuskiego święta narodowego i uroczysta defilada około 500 żołnierzy z krajów tzw. koalicji chętnych. Dzień wcześniej we francuskiej stolicy doszło do szczytu, w którym wzięli udział przedstawiciele tych państw.

Rumen Radew ws. Ukrainy: Nie jesteśmy częścią koalicji

Choć Radew był obecny, to swoją postawą zbulwersował wiele osób. Przed bułgarskimi dziennikarzami jasno zakomunikował, że nie jest za pomocą dla Ukrainy i nie ma zamiaru przystępować do koalicji. – Osobiście odebrałem zaproszenie od prezydenta Macrona do udziału Bułgarii w koalicji chętnych, ale nie jesteśmy częścią koalicji, która upiera się przy kontynuacji finansowej i wojskowej pomocy dla Ukrainy – powiedział, cytowany przez Politico. I dodał, że "nie jest to rola Bułgarii".

Jego zdaniem obecna strategia Zachodu nie jest właściwa. Próbował przekonać, że rozwiązanie konfliktu nie powinno polegać na przedłużaniu go przez dostarczanie środków militarnych, tylko na "silnej misji dyplomatycznej, która zakończy eskalację".

– Uważam, że rozwiązanie tego konfliktu nie leży w jego przedłużaniu za pomocą środków militarnych, lecz w silnej misji dyplomatycznej, która ostatecznie położy kres eskalacji – mówił Radew.

Słowa Radewa wywołały burzę w Bułgarii

Słowa premiera Bułgarii odbiły się szerokim echem w samej Bułgarii i na arenie międzynarodowej. Jego oponenci polityczni oskarżyli go o "pchanie kraju w stronę strategicznej izolacji, kosztem interesów narodowych i pozycji Bułgarii w UE i NATO".

Współlider Demokratycznej Bułgarii Iwajło Mirczew zarzucił premierowi, że "bardziej troszczy się o rosyjskich oligarchów i ochronę interesów korporacyjnych przed unijnymi sankcjami niż o miejsce Bułgarii w Europie". Bułgarów oburzył też fakt, że Radew przyleciał do Paryża tylko po to, żeby ogłosić, że nie pomoże Ukrainie.

To nie pierwszy raz, gdy Rumena Radewa określają mianem prorosyjskiego. Rok temu w maju polityk też wywołał spore kontrowersje swoimi słowami o Ukrainie. "Europa nie ma własnej wizji, jak zakończyć tę wojnę i zaprowadzić tam pokój, ale nadal inwestuje w sprawę, która moim zdaniem jest skazana na porażkę" – napisał w poście opublikowanym na Facebooku. O zachowaniu premiera Bułgarii nie miał już wtedy dobrego zdania prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski.