
Za każdym razem, gdy na autostradzie albo w podziemnym garażu zapali się samochód, podnosi się w sieci szum. Jeśli to zwykły ropniak albo benzyna, pies z kulawą nogą się nie zainteresuje. Ale wystarczy, że iskra pojawi się w okolicach baterii litowo-jonowej, a internet dosłownie, nomen omen płonie. A dane mówią jednak co innego.
Przeanalizowałem najnowszy "Raport Bezpieczeństwa Pożarowego EV", przygotowany przez F5A New Mobility Research & Consulting przy współpracy z Państwową Strażą Pożarną (PSP). I wiecie co? Rzeczywistość rozjechała internetowe mity z siłą walca drogowego.
W ciągu pierwszych sześciu miesięcy 2026 roku na polskich drogach odnotowano zaledwie 26 pożarów samochodów w pełni elektrycznych (BEV). W tym samym czasie park "elektryków" w naszym kraju wystrzelił o blisko 57 procent (z niespełna 99 tysięcy do ponad 154 tysięcy zarejestrowanych aut).
Zróbmy prostą matematykę. Skoro aut elektrycznych przybywa w lawinowym tempie, to pożarów też powinno przybywać proporcjonalnie, prawda? Otóż nie. Wskaźnik pożarów pojazdów elektrycznych przypadających na 1000 zarejestrowanych aut spadł rok do roku z 0,230 do 0,168.
A jak na tym tle wypada wasz ukochany, tradycyjny napęd? W pierwszym półroczu 2026 roku w Polsce spłonęło aż 4935 pojazdów spalinowych. Ich wskaźnik pożarów na 1000 rejestracji wynosi 0,201.
Tak, dobrze widzicie. Prawdopodobieństwo, że spłonie auto z klasycznym napędem, jest czysto statystycznie wyższe niż to, że ogień zajmie nowoczesnego elektryka. Najbezpieczniejsze pod tym względem okazały się hybrydy ze śmiesznym wskaźnikiem 0,038 (odnotowano 61 pożarów).
"Wodorowy horror" w Dąbrowie Górniczej? Diabeł tkwi w szczegółach
W tabelach rzuca się w oczy jeszcze jedna, pozornie przerażająca liczba. Dla pojazdów wodorowych (FCEV) wskaźnik pożarów poszybował do kosmicznego poziomu 3,195. Wyobrażam sobie te komentarze: "Widzicie?! Wodór to jeżdżąca bomba!".
Spokojnie, odłóżcie widły. W całej Polsce jeździ obecnie zaledwie około 630 aut na wodór. Przy tak mikroskopijnej próbie jedno zdarzenie demoluje statystykę. A co dokładnie się wydarzyło?
28 kwietnia w Dąbrowie Górniczej wybuchł pożar, w którym ucierpiały dwa auta wodorowe. Strażacy walczyli z ogniem przez ponad 4 godziny. I teraz najważniejsze: jak wynika z ustaleń dowodzącego akcją ratowniczą z PSP, to nie napęd wodorowy był źródłem ognia. Pożar wybuchł w zaparkowanym obok samochodzie spalinowym (ICE) i po prostu przeniósł się na stojące obok "wodorowce". Ani instalacja, ani zbiorniki z paliwem przyszłości nie zawiodły. Ale w statystyce poszło w świat.
Strażacy nie mają lekko. Jak już się pali, to na całego
Żeby nie było, że bezkrytycznie maluję elektryczną rzeczywistość w różowych barwach. Statystyki pożarów są niskie, ale jak już dojdzie do nieszczęścia, to strażacy przechodzą przez prawdziwe piekło. Pożary samochodów elektrycznych wymagają zupełnie innych procedur, gigantycznych ilości wody i przede wszystkim czasu.
St. bryg. Tomasz Jonio z Komendy Głównej PSP przyznaje wprost, że to nie są łatwe akcje.
– Zaznaczyć należy, że w II kwartale prowadziliśmy długotrwałe działania ratownicze przy pożarze pickupa BEV (trwające łącznie ponad 15 godzin) którego akumulator uległ uszkodzeniu i wymagał długotrwałego chłodzenia, a także przy pożarze hybrydy typu plug-in (trwający łącznie 19! godzin). Średni czas trwania działań związanych z pożarami BEV w II kwartale przekroczył 3 godziny (głównie za sprawą pożaru pickupa) – mówi st. bryg. Tomasz Jonio.
– Zeszłoroczny pożar pojazdu (a dokładniej autobusu) o napędzie wodorowym omawiałem już wcześniej (odbył się zupełnie bez echa, a działania nie były związane z układem wodorowym). Działania ratownicze przy pożarze dwóch samochodów osobowych o napędzie wodorowym, które miały miejsce 28 kwietnia w Dąbrowie Górniczej, trwały łącznie 4 godziny i 16 minut. Całkowitemu spaleniu uległ ICE oraz FCEV, kolejny FCEV oraz ICE uległy częściowemu spaleniu i mimo iż Państwowa Straż Pożarna nie jest instytucją określającą przyczyny powstania zdarzeń to w tym przypadku kierujący działaniem ratowniczym określił, że to prawdopodobnie ICE wywołał pożar, który przeniósł się na zaparkowane obok pojazdy – dodaje strażak.
To pokazuje, że choć bezpieczeństwo pożarowe pojazdów elektrycznych stoi na niezwykle wysokim poziomie, to technologia gaszenia litowych ogniw wciąż jest ogromnym wyzwaniem dla służb ratowniczych.
Przestańmy żyć nagłówkami z Facebooka
– Bezpieczeństwo nowych technologii należy oceniać na podstawie długoterminowych danych, a nie pojedynczych, medialnych zdarzeń – podsumowuje Albert Kania z F5A New Mobility Research & Consulting. I trudno się z nim nie zgodzić.
Od 2020 roku w Polsce odnotowano łącznie zaledwie 132 pożary aut elektrycznych. W tym samym okresie spłonęło ponad 60 tysięcy aut spalinowych. O tych drugich nikt nie pisze, bo "zwykły pożar" się nie klika. Wolimy karmić się strachem przed nowym i klikać w dramatyczne nagłówki o płonących bateriach.
Więc następnym razem, gdy pod filmem z płonącym autem napiszesz w sekcji komentarzy swój popisowy tekst o tym, że "elektryki płoną jak zapałki", przypomnij sobie te twarde dane. Liczby nie mają poglądów politycznych ani uprzedzeń. Po prostu pokazują prawdę, a ta jest dla sceptyków elektromobilności wyjątkowo bolesna.
