
Zazwyczaj, gdy producenci samochodów używają wielkich słów o "rewolucji" przy okazji premiery kolejnego modelu, dzielę te obietnice przez dwa. Ostatnio jednak miałem okazję zestawić najnowsze wcielenie japońskiego hitu, Toyotę RAV4 bezpośrednio z jego poprzednikiem. Różnica jest kolosalna i nie mówię tutaj tylko o wyglądzie.
RAV4 to kultowy model. Starsze generacje tego modelu słynęły z bycia niezniszczalnymi wołami roboczymi. Materiały były dość twarde, mnóstwo plastiku, ale za to wszystko zmontowano tak solidnie, że po latach nic nie miało prawa trzeszczeć. Jednak przesiadka do najnowszej odsłony to jak piętro wyżej.
Deska rozdzielcza jest miękka, obszyta ekoskórą, a fizyczne pokrętła od klimatyzacji (chwała inżynierom, że ich nie usunęli!) mają genialny, gumowany chwyt. Jasne, są tutaj plastiki, ale serio, nie ma tragedii, tak jak niektórzy to opisują. W porównaniu z poprzednią, schodzącą generacją, jest lepiej.
Poza tym wnętrze zostało uporządkowane, fizyczne przyciski dostały lepszą ekspozycję, jest mniejszy chaos. Z kolei ekrany systemu multimedialnego wreszcie działają błyskawicznie i nie przypominają kalkulatora z lat 90. To absolutny "gamechanger".
Bagażnik i przestrzeń na długie trasy. Kto wygrywa ten "test drogowy"?
W starszym modelu miejsca w bagażniku było pod dostatkiem, ale to nowa platforma TNGA wycisnęła z tej bryły maksimum fizycznych możliwości. Pojemność bagażnika w najnowszej wersji bez zająknięcia pochłania duże walizki, nasz sprzęt i zostaje jeszcze kupa miejsca na absolutnie wszystko.
Mój test drogowy obu wersji udowodnił też, że Japończycy odrobili wreszcie lekcje z wyciszenia kabiny. W poprzedniku przy wyższych prędkościach szum wiatru bywał męczący. Mając włączony fonometr mogłem zauważyć wartości między 64 a 68 decybelami.
A jak było w nowej RAV4? Przy tej samej prędkości można normalnie, bez podnoszenia głosu rozmawiać z pasażerem, a fonometr pokazywał między 60 a 62 decybele. Różnica w komforcie podróżowania to istna przepaść. Wszystko dzięki dodatkowemu wyciszeniu w podsufitce, komorze silnika oraz w boczkach drzwi.
Napęd hybrydowy i mityczne "spalanie". Złapałem się za głowę
Przejdźmy do "mięsa", czyli tego, co dzieje się pod maską. Hybrydowy napęd Toyoty to dziś rynkowa legenda, ale przepaść generacyjna pomiędzy starym a nowym wcieleniem jest spora.
Miałem okazję sprawdzić klasyczną hybrydę HEV w wersji GR Sport zarówno w starej, jak i nowej wersji na torze. W nowej wersji z inteligentnym napędem na cztery koła AWD-i RAV4 oferuje ona 194 KM, co pozwala na sprint do setki w przyzwoite 7,7 sekundy, przy średnim spalaniu (jak podaje Toyota) na poziomie 5,3 litra.
Ponadto nowy GR SPORT ma też szerszy o 20 mm rozstaw kół, jest obniżony o 15 mm, ma wzmocnione tylne zawieszenie i dedykowane amortyzatory. Samochód w porównaniu do starszej wersji prowadzi się znacznie sztywniej, mniej przechyla się w zakrętach i daje kierowcy dużo więcej informacji o tym, co dzieje się pod kołami.
Serio, przy większych prędkościach i ciśnięciu auta lepsze prowadzenie po stronie nowej RAV4 jest znacznie wyczuwalne.
A jak radzi sobie w terenie? Udoskonalone zawiasy rzeczywiście lepiej tłumią nierówności, przydatny jest nowy zestaw kamer 360 stopni oraz poza funkcją Trail w adaptacyjnym zawieszeniu, mamy także wspomaganiue zjazdu z góry, więc nawet najwyższe wzniesienia pokonujecie w dół z jednostają prędkością w kontrolowanych warunkach.
Werdykt. Czy dopłata do nowego modelu ma w ogóle sens?
Odpowiedź jest krótsza, niż mogłoby się wydawać. Jeśli zależy ci wyłącznie na bezproblemowym przemieszczaniu się z punktu A do punktu B, a gadżety i ułamki sekund do setki cię nie interesują, zadbana stara Toyota RAV4 nadal będzie pancernym i logicznym wyborem na lata. Z pewnością nie zrujnuje budżetu domowego usterkami.
Jednak jeśli oczekujesz od auta nowocześniejszego wnętrza, świeższego designu, doskonałej dynamiki i tego uśmiechu na twarzy pod dystrybutorem, najnowsza generacja nie pozostawia jeńców.
Nowa Toyota RAV4 jest niesamowicie dojrzałym autem, w którym wyeliminowano wiele bolączek poprzednika. To technologiczny przeskok, za który po prostu warto zapłacić. Ja wysiadałem z niej z dużym żalem.
