
Ministerstwo Infrastruktury szykuje potężne zmiany w egzaminach na prawo jazdy. Z jednej strony urzędnicy dokręcają śrubę, serwując nam nowe zakazy, ale z drugiej wyrzucają do kosza pomysł, który wyciągnąłby z kieszeni kursantów grube tysiące złotych. O jakich zmianach mowa?
Do tej pory wyglądało to często tak: oblałeś egzamin praktyczny o 9:00 rano, wkurzony szedłeś do okienka i jeśli tylko był wolny termin (albo ktoś akurat zrezygnował), próbowałeś swojego szczęścia jeszcze raz po południu. Adrenalina robiła swoje, niektórzy woleli kuć żelazo póki gorące i zmazać plamę tego samego dnia.
Koniec z tym. Nowy projekt przewiduje twardy zakaz kolejnego podejścia tego samego dnia do egzaminu praktycznego. Z perspektywy psychologii jazd może to i dobrze?
Zamiast wsiadać do "elki" na trzęsących się nogach po świeżej porażce, trzeba będzie wrócić do domu, ochłonąć, przespać się z błędami i spróbować w inny dzień. Z perspektywy logistyki, zwłaszcza w mniejszych miastach, gdzie do WORD-u trzeba dojechać kilkadziesiąt kilometrów? Strata cennego czasu.
Druga sprawa, o której donosi "Rzeczpospolita", to egzamin teoretyczny. Resort zamierza wprowadzić sztywny termin ważności pozytywnego wyniku. Będą to dokładnie 24 miesiące od dnia jego zdania.
Z pozoru to dużo czasu. Dwa lata to aż nadto, żeby ogarnąć jazdy. Ale jeśli weźmiemy pod uwagę kolejki w ośrodkach egzaminowania i to, że niektórym stres zjada umiejętności do tego stopnia, że podchodzą do "praktyki" kilkanaście razy, nagle ten licznik zaczyna tykać o wiele głośniej.
Jeśli w ciągu dwóch lat nie uda wam się wyjechać na miasto z upragnionym wynikiem pozytywnym, wracacie do punktu wyjścia. Znowu przepisy, znowu testy, znowu klikanie.
Do trzech razy sztuka? Na całe szczęście nie
Ale jest też dobra informacja z tego całego ministerialnego pakietu. Pamiętacie te przerażające doniesienia z wiosny? Branża szkoleniowa mocno lobbowała za tym, by po trzech niezdanych egzaminach praktycznych kursant musiał obowiązkowo wracać do Ośrodka Szkolenia Kierowców (OSK) na minimum pięć godzin dodatkowych jazd. Co więcej, miało to być zakończone egzaminem wewnętrznym!
Koszty takiego przymusowego "doszkalania" poszybowałyby w kosmos, robiąc z robienia prawka sport dla bogatych. Na szczęście, rzeczniczka ministerstwa, Anna Szumańska, rozwiała te wątpliwości.
Projekt nie wprowadza ani terminu ważności ukończonego szkolenia w OSK, ani obowiązku płatnego powrotu pod skrzydła instruktora po serii oblewów. Zdający nadal będą mogli podchodzić do egzaminu wielokrotnie do skutku, bez tego drenażu portfela. Jeśli czujesz, że umiesz jeździć, a gubi cię tylko stres, to nie musisz płacić instruktorowi za to, żeby udowadniał ci, że umiesz ruszać z miejsca.
Kiedy zobaczymy nowe przepisy?
Obecnie projekt tych wszystkich roszad (w tym głośnej likwidacji placu manewrowego dla kategorii B, o czym informowaliśmy już wcześniej) jest na etapie uzgodnień międzyresortowych i konsultacji. Kształt przepisów może się jeszcze minimalnie zmienić, ale kierunek jest jasny.
Jedno jest pewne. Robiąc prawo jazdy w 2026 roku trzeba będzie uzbroić się w cierpliwość. I to taką prawdziwą, rozłożoną na wiele dni, bo szybkich poprawek "przy jednym okienku" już nie uraczymy.
