
Kilkanaście godzin po islamistycznym zamachu na paradzie równości w Berlinie, w którym zginęła jedna osoba, a 29 zostało rannych, w niemieckiej Die Linke postanowili wskazać, kto naprawdę ponosi za tę tragedię odpowiedzialność. I bynajmniej nie padło na islamistów...
W sobotni wieczór podczas obchodów Christopher Street Day w Berlinie terrorysta wjechał autem w tłum uczestników parady. Sprawcą okazał się Abdul Ballout – 21-letni obywatel Niemiec libańskiego pochodzenia, dobrze znany tamtejszym służbom.
Jak informował niemiecki minister spraw wewnętrznych Alexander Dobrindt, mężczyzna wywodził się ze środowiska islamistycznego i w przeszłości wielokrotnie usiłował dołączyć do Państwa Islamskiego. Zastrzelono go w niedzielę wieczorem, gdy podczas obławy z ostrym narzędziem w ręku zaatakował policjantów.
Wśród ofiar jego zamachu znalazła się 65-letnia Polka z Warszawy, która przyjechała do Berlina razem z córką na obchody. Młodsza z kobiet atak przeżyła, ale też została ranna. Informację potwierdziło polskie MSZ, a kondolencje rodzinie szybko złożył chadecki burmistrz Berlina Kai Wegner.
Wobec takich faktów trudno byłoby się spodziewać sporu interpretacyjnego. Prawda? A jednak!
Lokalne struktury Die Linke w berlińskim Neukölln opublikowały w poniedziałek oświadczenie, w którym o odpowiedzialność za atmosferę wrogości wobec osób queer oskarżyły rosnącą w siłę… "prawicę i środowiska konserwatywne". To one, zdaniem partii, przygotowują grunt pod ataki takie jak ten sobotni. O islamizmie, islamistycznej motywacji zamachowca czy jego wcześniejszych próbach wstąpienia do Państwa Islamskiego w lewicowym statemencie nie było ani słowa.
Die Linke
niemiecka partia lewicowa o zamachu Abdula Ballouta w Berlinie
Kierownictwo partii ustami przewodniczącego Luigiego Pantisano próbowało jeszcze podratować sytuację, mówiąc, że nienawiść nie może zwyciężyć niezależnie od tego, skąd pochodzi – z fanatyzmu religijnego czy "z innej strony". Ale to pierwsza lewicowa wersja wydarzeń wymyślona na Neukölln, a przemilczająca islamizm i wskazująca palcem wyłącznie na prawicę, wywołała w Niemczech falę gigantycznego oburzenia.
Z tego względu lewicowcy postanowili jednak zaktualizować swoje oświadczenie. Zrobili to w iście akrobatycznym stylu, do wpisu na Instagramie dodając "wyjaśnienie". "Kiedy mówimy o wzroście sił prawicowych i antyfeministycznych, ISIS i inne reakcyjne islamistyczne grupy fundamentalistyczne naturalnie zaliczają się do tej kategorii" – dopisano.
Ale mleko się rozlało i te tłumaczenie nie przkryły przesłania kuriozalnego pierwowzoru. I trudno się dziwić. Bo tu wcale nie chodzi o zwykłą gafę komunikacyjną czy nieszczęśliwie dobrane słowa w emocjonalnym momencie.
Część lewicy – oczywiście, że nie cała, ale na pewno wystarczająco głośna i wpływowa – traktuje islamistyczny terror jako temat niewygodny, bo nie mieści się w z góry przygotowanym schemacie, w którym jedynym realnym zagrożeniem dla mniejszości jest wszelka "prawica". A hasło to jest workiem, do którego wrzuca się i chadeków, i najbardziej brunatne organizacje. Kiedy rzeczywistość nie pasuje do schematu, tym gorzej dla rzeczywistości…
Szwajcarski dziennik "Die Neue Zürcher Zeitung" kolejny raz określił to wprost terminem "Lebenslüge" – uporczywym samooszukiwaniem się, na którym jednostka lub grupa opiera całe swoje życie. W tym przypadku chodzi o powtarzanie, że nikt nie odbierze zachodniego, demokratycznego sposobu życia, przy jednoczesnym unikaniu pytania, dlaczego akurat ten sposób życia bywa atakowany przez radykalnych islamistów.
To trafna diagnoza, bo dotyka sedna problemu: nie chodzi o to, że zachodnia lewica popiera terroryzm – rzecz jasna, że nie. Chodzi o to, że w obliczu terroru islamistycznego część jej struktur ślepo szuka winnego gdzie indziej, bo przyznanie, że zagrożenie może płynąć z radykalizmu religijnego o podłożu migracyjnym wymagałoby rewizji całej politycznej tożsamości zbudowanej wokół walki z ksenofobiczną prawicą jako jedynym realnym wrogiem.
Zachodnia lewica to więc naprawdę stan umysłu, a nie program polityczny. Stan, w którym nawet po śmierci niewinnych osób trzeba znaleźć pretekst, żeby oskarżyć ideologicznych przeciwników, zamiast zająć się odpowiedzią na pytanie, jak do kolejnego islamistycznego zamachu w Europie doszło. I jak takim wydarzeniom skutecznie zapobiegać w przyszłości.
