
Wyobroźcie sobie, że fotoradar, który właśnie zrobił wam zdjęcie i przetwarza wasze dane, ma zaszyte w systemie... rosyjskie numery telefonów. Brzmi jak scenariusz taniego filmu szpiegowskiego? Niestety, to czysta rzeczywistość, która właśnie wstrząsnęła Słowacją.
Firma Soitron, która odpowiadała za dostawę urządzeń, deklarowała w papierach, że fotoradary na Słowacji to dzieło cypryjskiej spółki SODASUS. Sam model nosił dumną nazwę NERO R-ONE. Jednak wystarczyło, by eksperci z branży rzucili okiem na te żółte skrzynki, a od razu zapaliła im się czerwona lampka.
"Cypryjski" cud techniki, który okazał się rosyjskim klonem
Ten rzekomo europejski sprzęt wyglądał dosłownie jak brat bliźniak rosyjskich radarów Cordon, produkowanych przez firmę Simicon z Petersburga. Jak przyznał w słowackiej telewizji ekspert ds. bezpieczeństwa Peter Bátor, podobieństwo było wręcz "niewiarygodne" i wynosiło co najmniej 99 procent.
I nie chodziło tylko o obudowę. Kiedy technicy zajrzeli pod maskę, okazało się, że układ komponentów, a nawet oprogramowanie niskopoziomowe identyfikowały ten sprzęt jako rosyjskiego Simicona. Znalazła się tam nawet jednostka sterująca tej petersburskiej firmy.

To, co ostatecznie odkrył słowacki Krajowy Urząd Bezpieczeństwa (NBÚ), dosłownie jeży włos na głowie. Okazało się, że nowiutkie urządzenia do automatycznej kontroli prędkości miały funkcje, o których w oficjalnej dokumentacji nie było ani słowa.
W środku znaleziono nieudokumentowany moduł 3G/4G z aktywną siecią Wi-Fi oraz listę 12 rosyjskich numerów telefonów. Sprzęt był tak skonfigurowany, że mógł przyjmować polecenia wysyłane SMS-em z tych właśnie numerów.
Jakby tego było mało, interfejs użytkownika udostępniał strumień wideo z kamery (RTSP) bez żadnego hasła. Teoretycznie każdy, kto miał odpowiedni dostęp do sieci, mógł na żywo podglądać, co widzi fotoradar.
Śledztwo trwa. Czy fotoradary w Polsce są bezpieczne?
Choć na razie śledczy nie mają twardych dowodów na to, że jakiekolwiek dane faktycznie poszły do Rosji, to z punktu widzenia cyberbezpieczeństwa jest to absolutny skandal. W czasach, gdy bezpieczeństwo na drogach łączy się bezpośrednio z zaawansowanymi systemami teleinformatycznymi, administratorzy muszą mieć stuprocentową pewność, co robi ich sprzęt. Tutaj tej pewności nie było.
Słowacy oczywiście natychmiast zerwali współpracę z dostawcą, a do gry wkroczyła prokuratura. Będą sprawdzać, czy doszło do oszustwa i wprowadzenia państwa w błąd. NBÚ wydał też ostrzeżenie przed poważnym zagrożeniem dla systemów państwowych, bo przecież nowoczesna infrastruktura drogowa to dziś idealny cel dla hakerów i obcych służb.
Zapewne zastanawiacie się teraz, co z naszym krajem. Czy jadąc polską krajówką, również możemy wpaść w oko rosyjskiej kamerze? Tutaj mam dla was dobrą wiadomość. Fotoradary w Polsce pochodzą z zupełnie innej bajki i nie mamy powodów do paniki.
Na naszych drogach pracuje sprawdzony sprzęt z Niemiec, Francji oraz urządzenia rodzimej produkcji. Główny Inspektorat Transportu Drogowego (GITD) opiera swój system CANARD na takich urządzeniach jak MultaRadar CD, francuskie MESTA Fusion RN, TraffiStar SR390 i SR520, a także polskie Fotorapid CM i CF. Nie ma u nas "cypryjskich" wynalazków pokroju NERO R-ONE i nikt nawet nie planuje ich testować.
1 / 12 To na początek zmora wielu kierowców. Ta kontrolka oznacza problem...
Z całej tej historii płynie jednak bardzo ważna lekcja. Dzisiejsze auta i systemy kontroli ruchu to w gruncie rzeczy potężne komputery na kołach i zaawansowane routery. Jeśli państwo nie przypilnuje, od kogo kupuje technologię, bardzo łatwo może zafundować sobie "konia trojańskiego", który pod płaszczykiem dbania o bezpieczeństwo, będzie robił coś zupełnie odwrotnego.
