
Polski black metal to dziś synonim jakościowej i zarazem niebanalnej muzyki. Sięgnijmy do korzeni tego gatunku w naszym kraju i przyjrzyjmy się trzem albumom, które uchodzą dziś za kultowe, a nawet za fundament polskiej sceny blackmetalowej.
Polski black metal jest od lat doceniany na całym świecie. W naTemat analizowałem już fenomen trzech płyt, które sprawiły, że w XXI w. ten gatunek na nowo rozbłysnął na polskiej ziemi. Dziś sięgniemy jednak do korzeni tej muzyki.
Kat tworzy fundamenty pod polski black metal
Zespół Kat pod kątem muzycznym grał thrash metal. Specyficzną aurą swojej twórczości i tekstami Romana Kostrzewskiego dał jednak podwaliny pod budowę polskiej sceny "czarnego metalu", zwłaszcza, gdy mówimy o jego debiucie "666" z 1986 roku. Niektórzy idą nawet krok dalej i twierdzą, że grupa grała black metal, choć w jego wczesnej formie.
To ostatnie to słuszny trop. Ponownie jednak: głównie gdy mówimy o pewnym specyficznym klimacie "666". Muzycznie tę płytę można przecież zestawić choćby z wczesnymi dokonaniami muzyków z brytyjskiego Venom. Tyle że ci zadebiutowali kilka lat wcześniej i mieli to szczęście, że urodzili się po zachodniej stronie żelaznej kurtyny, co sprawiło, że dziś są znani na całym świecie i uważani za protoplastów gatunku (a przynajmniej jego tzw. pierwszej, jeszcze nienorweskiej fali).
Mimo tego, że Kat nie zrobił takiej kariery jak Venom, "666" (czy anglojęzyczna wersja tej płyty zatytułowana "Metal and Hell") ma status wydawnictwa kultowego. Do inspiracji tą płytą przyznaje się choćby Adam 'Nergal' Darski z Behemotha, a jako jedną z najciekawszych w świecie metalu wymienia Leif Gylve Nagell, znany szerzej jako "Fenriz" (zapamiętajcie, w świecie prawdziwego metalu nie ma imion, są tylko mroczne pseudonimy), perkusista grupy Darkthrone, która jako jedna z pierwszych zaczęła grać blackmetalowe riffy w Norwegii.
Nie można nie docenić też tekstów Kostrzewskiego, które do dziś inspirują wielu tekściarzy próbujących pisać metalowe liryki po polsku – z różnym skutkiem, ale choćby jeden z bohaterów mojego wcześniej wspomnianego artykułu, Michał 'Nihil' Kuźniak, opanował te sztukę do perfekcji. I wyraźnie słychać u niego wpływ legendarnego wokalisty Kata.
Behemoth nagrywa debiut inspirowany Norwegią
Skoro padło tu już imię i nazwisko lidera Behemotha nie można pominąć "Sventevith (Storming Near the Baltic)", legendarnego debiutu tego zespołu. Każdy, kto sięgnie po te wydawnictwo dziś, będzie zaskoczony tym, jak mocno zmieniła się muzyka Nergala. Obecnie to monumentalny, momentami przesadnie patetyczny death/black metal. W 1995 r., gdy grupa ta nagrała swoją pierwszą płytę, fani usłyszeli prosty "czarny metal", do tego wyraźnie inspirowany tym, co działo się w tym czasie w Norwegii.
Dalsza część artykułu poniżej.
Zobacz także
Choć całość już wtedy nie zaskakiwała oryginalnością, z czasem obrosła tym, co metalowcy kochają najbardziej: kultem. Tu też pojawił się pierwszy przebój Behemotha – "From the Pagan Vastlands", pokazujący, że Nergal może i nie jest muzycznym wizjonerem, ale ma talent do pisania zapadających w pamięć motywów. Nie bez powodu w ostatnim czasie – w towarzystwie muzyków islandzkiego Misthyrming – na nowo promował to wydawnictwo serią specjalnych koncertów. Fani mogli usłyszeć cały materiał w nowych, o wiele lepiej brzmiących wersjach "live".
Behemoth to zresztą jeden z tych zespołów, dzięki którym polska scena ekstremalna zbudowała markę na Zachodzie – przypominam tu zestawienie 5 polskich zespołów metalowych, które podbiły świat.
Christ Agony ze swoim opus magnum
Teraz czas na może najmniej znany album w tym zestawieniu, ale – przynajmniej moim zdaniem – najciekawszy. W czasie, gdy Behemoth stawiał dopiero pierwsze sceniczne kroki, gwiazdą polskiego black metalu była grupa Christ Agony. To zresztą aż dziwne, że nie zrobiła choćby w połowie takiej kariery jak Nergal i jego koledzy. Dlaczego uważam, że powinna? Koronnym argumentem w kłótni pod metalowym pubem o tym powinna być płyta, o której teraz opowiem.
W 1996 r. zespół wydał "Moonlight – Act III" – krążek zachwycał niebanalnymi melodiami, złowrogą atmosferą i monumentalnymi riffami gitarowymi. Wszystko to upiększa jeszcze wokal Cezarego 'Cezara' Augustynowicza, który przez większą część brzmi jakby jego właściciel gardził dietą planetarną i jadał tylko mięso. Oczywiście surowe. Na tym etapie kariery był on zresztą jednym z najlepszych wokalistów metalowych w Polsce, łączącym wspomniany zwierzęcy warkot z podniosłym, czystym, niemal sakralnym śpiewem.
Ta cała misterna konstrukcja zadziałała w latach 90., do dziś robi bardzo duże wrażenie i jest punktem odniesienia do późniejszych wydawnictw formacji. Co ciekawe, Christ Agony nie było grupą, która wprost inspirowała się norweskim black metalem. Sporo tu odniesień do greckiej odmiany tego gatunku. Jest też pewien pierwiastek stricte polski, niemal romantyczny, który sprawiał, że zespół był na tym etapie formacją naprawdę wyjątkową.
Sama grupa zdaje sobie zresztą sprawę z potencjału tego materiału i jesienią wyrusza w specjalną trasę koncertową, w czasie której będzie przypominała swoim fanom swój legendarny album, o którym rozmawiałem z Cezarem w naTemat.
Jeśli po tej lekturze zechcesz sięgnąć po cięższe brzmienia z naszego podwórka, mam gotową ściągę: 3 najlepsze płyty polskiego death metalu. Warto też przypomnieć sobie historię o korzeniach black metalu, która spływa krwią.




