
Środowisko metalowców bywa specyficzne. Z jednej strony otwarte na różne ekstremalne formy wyrazu, z drugiej bardzo konserwatywne i szybko obrzucające swoich idoli błotem, jeżeli ci choć trochę odejdą od swojego stylu. W tym tekście przyjrzę się trzem albumom, które wielbiciele ciężkich gitar znienawidzili, ale ja je uwielbiam.
Metal kojarzy się z ekstremalnymi dźwiękami, nierzadko makabrą w warstwie wizualnej i tekstowej. Jednocześnie fani tego gatunku wykazują się ogromną wrażliwością, gdy okazuje się, że ich ulubiony zespół choćby trochę odszedł od swojej pierwotnej stylistyki. W tym tekście wezmę pod lupę trzy płyty, które w momencie swojej premiery zostały odrzucone przez wielbicieli przesterowanych gitar i szybkiej perkusji, a mimo tego zasługują na drugą szansę.
Paradise Lost i... najlepsza płyta Depeche Mode, której nie nagrało Depeche Mode
Zespół Paradise Lost zaczynał jako grupa grająca bardzo ciężką, mroczną muzykę. Z czasem muzycy złagodzili swoje oblicze: dodali do swoich inspiracji m.in. Metallikę, w efekcie nagrywając przebojowe (oczywiście jak na standardy "metali") "Icon" i "Draconian Times". Tę przemianę część fanów nie tylko zaakceptowało, ale nawet pokochało (inni twierdzą, że formacja skończyła się na debiucie albo płycie "Gothic"). Problem pojawił się w 1999 r. przy albumie "Host". Nagle bowiem zespół metalowy zaczął grać muzykę zbliżoną do tego, co tworzyło Depeche Mode.
"Host" to wydawnictwo, na którym gitary nie dominują – więcej tu elektroniki, kojarzącej się właśnie z tym, co tworzyli wspomniani twórcy "Violator". Fani, którzy uwielbiali "Icon", poczuli się zdradzeni. Czy jednak słusznie?
Osobiście jestem zdania, że mówimy o jednej z najlepszych płyt Paradise Lost: eksperymentalnej, ale jednocześnie na swój sposób przebojowej, pełnej pięknych, melancholijnych melodii i emocji. Jasne, nie jest to album metalowy, ale zasługujący na o wiele większy szacunek niż otrzymał w dniu premiery.
Metallica chce być ekstremalna, ale na swój sposób
Metallica to jeden z najbardziej kontrowersyjnych zespołów na świecie. Muzycy zaczynali jako prekursorzy thrash metalu, by nagle nagrać turbo-komercyjny "Black Album" i rockowe, choć udane "Load" oraz "Reload". W 2003 r. grupa postanowiła powrócić do grania metalu, ale zrobiła to w sposób na tyle specyficzny, że fani jeszcze bardziej się na nią wściekli.
"St. Anger", bo o tym wydawnictwie mowa, jest płytą, która oburzyła w dniu premiery niemal wszystkich: a to brzmienie perkusji było za ostre, a to Kirk Hammett nie zagrał ani jednej solówki, a to wreszcie James Hetfield starał się miejscami rapować. Wszystko prowokowało pytanie, czy twórcy "Kill'Em All" nie postanowili zainspirować się modnym wtedy nu metalem (który swoją drogą fatalnie się zestarzał).
Całość może się jednak podobać, ale głównie tylko tym fanom, którzy szukają ekstremalnych doznań i "siedzą" w bardziej wymagających odmianach metalu. W końcu "blaszany" werbel Larsa Ulricha przywołuje skojarzenia z grindcorem, zaś wrzaski Hetfielda ze skrajnymi formami ekspresji. Biorąc pod uwagę to, że płyta ta powstawała, gdy zespół przechodził grupową terapię i walczył o przetrwanie, całość składa się na coś na kształt sonicznego katharsis, próby oczyszczenia się z negatywnych emocji. I na tym poziomie zdecydowanie działa.
Dalsza część artykułu poniżej.
Zobacz także
Mayhem, czyli legenda black metalu niszczy swój mit
I wreszcie najbardziej ekstremalny zespół w tym zestawieniu. Norweski Mayhem to jeden z twórców tego, co dziś określa się mianem black metalu. W 1994 r. na rynku ukazał się album "De Mysteriis Dom Sathanas", który do teraz uchodzi za pewien wzór tego, jak powinna brzmieć klasyczna płyta z tego gatunku. W tym mniej więcej czasie formacja przestała jednak istnieć z powodów, o jakich pisałem w swoim tekście o tym, że historia black metalu spływa krwią.
W 1995 roku zespół nagle wznowił działalność w składzie: Jan Axel "Hellhammer" Blomberg (perkusja), Jørn "Necrobutcher" Stubberud (gitara basowa), Rune "Blasphemer" Eriksen (gitara) oraz Sven Erik "Maniac" Kristiansen (wrzaski i zwierzęce warknięcia). Wspólnie nagrali w 2000 r. "Grand Declaration of War", płytę, która z miejsca oburzyła fanów.
Okazało się, że Mayhem nie poszło na łatwiznę i nie nagrało kontynuacji "De Mystieriis...", zamiast tego oferując słuchaczowi podróż w świat mrocznej elektroniki i industrialu. Nawet wokalista Maniac więcej tu recytował, a rzadziej wydawał z siebie charakterystyczny, nieludzki skrzek. Z black metalu pozostała tu specyficzna atmosfera i niektóre, pełne gwałtowności motywy.
Całość robi wrażenie, o ile jednak ktoś odrzuci oczekiwanie, by usłyszeć kontynuację sławnego debiutu zespołu z 1994 roku. Warto docenić to wydawnictwo za to, że jego twórcy nagrali coś świeżego i odważnego, pokazując, że black metal może mieć inne oblicze, niż to, które poznaliśmy we wczesnych latach 90.
"Grand..." wpisuje się zresztą w pewien trend, który był już wtedy widoczny w tej muzyce. Nieco przed tą płytą na rynku ukazało się "666 International" formacji Dødheimsgard, które również stanowiło odejście od klasycznego stylu na rzecz muzyki zbliżonej do metalu awangardowego. Z kolei na początku XXI w. na rynku ukazał się krążek "Thorns" projektu Thorns, tworzonego przez Snorre Rucha, który przez krótki okres współpracował z Mayhem. I tu fani otrzymali muzykę zbliżoną do industrialu, opartą jednak na blackmetalowym fundamencie.
Jeżeli jednak innowacje w muzyce cię nie interesują i chcesz sprawdzić, od czego ten gatunek się zaczął, mam gotową ściągę: 3 płyty, bez których nie byłoby black metalu.




