wokalista Rammstein
Rammstein wyda koncertowe DVD. Foto: fornStudio/Shutterstock

Fani grupy Rammstein tylko na to czekali. Wielkimi krokami zbliża się premiera filmu koncertowego "Live in Mexico City". Jak na razie do sieci trafił teaser. Przy okazji warto zastanowić się, czy zespół nie zatracił się już w tym, co robi, a w jego twórczości muzyka nie przeszła na drugi plan.

REKLAMA

Rammstein słynie ze spektakularnych koncertów – pełnych pirotechniki i nierzadko obscenicznych, odgrywanych przez samych muzyków scenek. Sam widziałem Niemców trzy razy na żywo, za każdym razem odnosząc wrażenie, że coraz mniej w tym muzyki, a coraz więcej show.

Rammstein wyda koncertowe DVD

W przypadku takiego zespołu jak Rammstein strona wizualna już dawno stała się tak samo ważna – jeżeli nie ważniejsza – jak muzyka. Stąd nie dziwi mnie ekscytacja fanów, którzy czekają na nowy film koncertowy grupy, tym razem nagrany w Foro Sol w Mexico City na początku października 2022 roku.

Każdy, kto był na jakimkolwiek występie zespołu w tym okresie, wie, czego się spodziewać. Spektakularnego show z masą pirotechniki i windą, która wywozi muzyków kilka pięter powyżej fanów, pełną strzelania z ognistego łuku i "scenek rodzajowych", których co wrażliwsi nie powinni oglądać. Czyli wszystkiego tego, co fanbase Rammsteina kocha.

Na razie Rammstein nie podał oficjalnej daty premiery. Ponoć film najpierw, rzekomo w listopadzie, trafi do wybranych kin, a dopiero potem na półki sklepowe w postaci DVD. Można zobaczyć już teaser całości.

Koncerty Rammsteina to za dużo show, za mało muzyki

Byłem na koncertach Rammsteina trzy razy: we Wrocławiu w 2016 r., Chorzowie w 2019 r. i wreszcie w Padwie w 2023 r. Za każdym razem miałem jednak nieodparte wrażenie, że choć otrzymałem dopracowane do milimetra show (trudno się dziwić: jeden błąd może oznaczać poparzenia III stopnia), brakowało w tym atmosfery pełnokrwistego koncertu. Podobne odczucia miałem zresztą przy solowym projekcie frontmana, na którym prawie mnie zemdliło.

Nim jednak fani twórców "Mutter" rozerwą mnie w komentarzach na strzępy, chciałbym wyjaśnić, o co mi chodzi. Do pełnego przeżywania koncertu osobiście potrzebuje widzieć, że dany zespół naprawdę cieszy się z grania na żywo – reaguje spontanicznie i emocjonalnie, a każdy jego ruch nie został wcześniej wielokrotnie przećwiczony. W przypadku Rammsteina od wielu lat jest to wręcz niemożliwe, gdyż poruszanie się po ich scenie przypomina spacer po polu minowym – tu ktoś zionie ogniem, tu zaś pojawia się słup płomieni.

Dalsza część artykułu poniżej.

Rozumiem specyfikę takiego show, ale pytanie, czy muzycy sami nie ograniczyli się swoim podejściem do koncertów. Ich popisy stają się z trasy na trasę bardziej spektakularne i widowiskowe, przez co wymagają skrupulatniejszego planowania, ograniczającego jednak – jak już wspomniałem – spontaniczność.

Problemem jest również wymuszona przez technikalia powtarzalność. W tym setlist w czasie danego tour. Oczywiście każdy wielki zespół ma przygotowaną listę utworów na daną trasę, ale określony z góry scenariusz koncertu Rammsteina sprawia, że ciężko jest dokonywać w tejże jakichkolwiek zmian.

Oglądając kolejne występy, można odnieść wrażenie, że uczestniczy się nie tyle w koncercie, ile w przedstawieniu, w którym muzycy mają do odegrania konkretne role. Wejście na podnośnik w odpowiednim momencie, odpalenie płomieni, wystrzał, zmiana kostiumu i... kolejna piosenka.

Gdzie podziała się koncertowa spontaniczność?

A przecież właśnie spontaniczność jest jednym z powodów, dla których chodzimy na koncerty. Chcemy usłyszeć utwory, które znamy z płyt, ale także dostrzec ich inne oblicze. Dłuższe intro, improwizację, nieplanowaną reakcję muzyka, zmianę aranżacji czy zwyczajnie moment, w którym wokalista albo gitarzysta daje się ponieść emocjom.

Co więcej, ogrom widowiska może paradoksalnie odciągać uwagę od samych utworów. Zamiast skupiać się na gitarach czy pracy perkusji naszą uwagę kradnie to, co dzieje się na scenie: ogień, światła, wybuchy i kolejne efekty specjalne. Muzyka niby pozostaje fundamentem spektaklu, ale coraz bardziej odczuwamy, że najważniejszym elementem jest jednak show.

A przecież nie zawsze tak było, wystarczy przypomnieć sobie nagrania live grupy z połowy lat 90.

Można oczywiście powiedzieć, że właśnie na tym polega fenomen Rammsteina i że oczekiwanie od nich "zwykłego" koncertu rockowego mija się z celem. I jest w tym sporo racji. Niemcy stworzyli własny model występu, w którym muzyka, teatr, performance i pirotechnika są ze sobą nierozerwalnie związane. Tyle że osobiście nie tego oczekuję od koncertu.

Ostatecznie po latach i tak zostaje sama muzyka – to ona ląduje w zestawieniach takich jak 3 najlepsze płyty polskiego black metalu czy 3 najważniejsze płyty thrashmetalowe, a nie liczba metrów sześciennych ognia wystrzelonego nad publicznością. A że da się inaczej niż Rammstein przekonali się choćby uczestnicy koncertu System of a Down w Polsce.