Emma Thompson jako anioł w Aniołach w Ameryce
"Anioły w Ameryce" to wielka telewizja Fot. HBO

23 lata temu HBO pokazało miniserial, który do dziś pozostaje jednym z najlepszych w historii telewizji. "Anioły w Ameryce" to sześć godzin monumentalnej, bezkompromisowej, a jednocześnie metafizycznej opowieści o miłości, śmierci, wierze i samotności, w której Al Pacino i Meryl Streep grają u boku aniołów, duchów i ludzi próbujących przetrwać koniec świata, który znali. Wielokrotnie nagradzane dzieło stawia uniwersalne pytania, które nie zestarzały się ani o dzień.

REKLAMA

Zanim "Anioły w Ameryce" trafiły na ekran, były jedną z najważniejszych sztuk amerykańskiego teatru XX wieku. Tony Kushner napisał dwuczęściowy dramat "Anioły w Ameryce: Gejowska fantazja na motywach narodowych", którego pierwsza część, "Millennium Approaches", zdobyła w 1993 roku Pulitzera w kategorii dramat. Druga część, "Perestroika", domknęła historię bohaterów, których życie splata się w Nowym Jorku lat 80. Obie dostały nagrodę Tony dla najlepszej sztuki roku – rok po roku, w 1993 i 1994.

"Anioły w Ameryce" Tony'ego Kushnera wcale nie jest dramatem o AIDS

Sztuka powstała w niewesołym momencie historii: w czasie epidemii AIDS, konserwatywnej Ameryki Ronalda Reagana i stygmatyzacji społeczności LGBTQ+, która mierzyła się ze strachem, chorobą i śmiercią. Kushner nie napisał jednak po prostu dramatu o AIDS. W jego historii epidemia staje się punktem wyjścia do opowieści o całym społeczeństwie – o polityce, religii, homoseksualności, wykluczeniu, hipokryzji i rozpadających się przekonaniach.

W centrum dramatu znajduje się Prior Walter, homoseksualny mężczyzna żyjący w latach 80. z AIDS, którego odwiedza tajemniczy anioł. Mamy jeszcze jego partnera Louisa, konserwatywnego mormona Joe Pitta, jego żonę Harper oraz Roya Cohna – bezwzględnego prawnika i politycznego gracza, który umiera na AIDS, desperacko próbując ukrywać własną homoseksualność.

Cohn to zresztą postać autentyczna. "Zasłynął" doprowadzeniem do egzekucji małżeństwa Rosenbergów za szpiegostwo, a w późniejszych latach stał się kluczowym mentorem i obrońcą młodego Donalda Trumpa, o czym zresztą opowiada film "Wybraniec" z 2024 (w Cohna wcielił się Jeremy Strong, czyli nowy Marck Zuckerberg w "Social Reckoning").

"Anioły w Ameryce" mają też polską historię. Pierwsza inscenizacja dramatu w naszym kraju odbyła się już w 1995 roku w gdańskim Teatrze Wybrzeże w reżyserii Wojciecha Nowaka. Prawdziwym wydarzeniem stała się jednak dopiero wybitna wersja Krzysztofa Warlikowskiego z 2007 roku.

Trwający 5,5 godziny spektakl TR Warszawa miał w obsadzie m.in. Andrzeja Chyrę, Maję Ostaszewską, Tomasza Tyndyka, Jacka Poniedziałka, Macieja Stuhra i Magdalenę Cielecką (która obecnie gra w "Lalce" Netlfliksa). Warlikowski potraktował tekst Kushnera jako opowieść nie tylko o Ameryce, ale również o Polsce i jej własnych lękach.

Miniserial "Anioły w Ameryce" rozbił bank nagród. W obsadzie Pacino, Streep, Thompson, Wright

W 2003 roku Tony Kushner przeniósł własny tekst na ekran, a za kamerą stanął znakomity Mike Nichols, laureat Oscara za "Absolwenta", reżyser "Pracującej dziewczyny", "Kto się boi Virginii Woolf?" i "Bliżej". Genialna obsada do dziś robi wrażenie. Al Pacino wciela się w Roya Cohna, Meryl Streep, Emma Thompson i Jeffrey Wright grają kilka różnych postaci, a obok nich występują m.in. Justin Kirk, Mary-Louise Parker, Patrick Wilson, Ben Shenkman i Michael Gambon.

Zamiast upraszczać tę monumentalną historię, Nichols zachował jej teatralny rozmach. Nie próbuje udawać, że oglądamy realistyczny dramat obyczajowy, co byłoby dla "Aniołów w Ameryce" ogromną stratą – w sześciogodzinnym miniserialu pozwala na wizje, halucynacje, anioły, niedźwiedzie polarne na Antarktydzie i ożywające manekiny. W jednej scenie mówi o śmierci, żeby chwilę później przenieść bohaterów do nieba.

Zresztą ta dziwność jest jedną z największych zalet serialu HBO. To dramat bezkompromisowy, naturalistyczny, ostry, ale z mocnymi elementami realizmu magicznego i fantasy, które wcale nie służą eskapizmowi.

Fantastyka pozwala Kushnerowi mówić o rzeczach, o których inaczej trudno byłoby opowiedzieć – o strachu przed śmiercią, wierze, samotności, wstydzie. To jedyne narzędzie, które pozwala bohaterom udźwignąć rzeczywistość lat 80., naznaczoną potworną chorobą, homofobią i politycznym cynizmem. Dzięki temu miniserial staje się uniwersalnym, poetyckim traktatem o ludzkiej kondycji, który zamiast dołować, ostatecznie przynosi katharsis – choć specyficzne.

"Anioły w Ameryce" stawiają wciąż uniwersalne pytania. Co jesteśmy winni innym ludziom? Czy można żyć bez wspólnoty? Czy wiara daje odpowiedzi, czy tylko komplikuje rzeczywistość? I co właściwie oznacza przetrwać?

Skala sukcesu produkcji HBO była ogromna. W 2004 roku miniserial zdobył 11 statuetek Emmy – w tym za najlepszy miniserial, reżyserię Nicholsa, scenariusz Kushnera oraz kreacje Pacino, Streep, Parker i Wrighta. Do dziś jest to jeden z najbardziej spektakularnych triumfów miniserialu w historii Emmy. Na Złotych Globach było równie mocno: produkcja zdobyła pięć nagród, w tym dla najlepszego miniserialu.

Dalsza część artykułu poniżej.

"Anioły w Ameryce" wciąż sa jednym z najlepszych miniseriali w historii

Dzisiaj "Anioły w Ameryce" mają na Rotten Tomatoes 91 proc. pozytywnych opinii krytyków i 90 proc. widzów, co jest całkiem dobrym dowodem na to, że po latach ich status zupełnie się nie zatarł.

Tom Shales z "The Washington Post" pisał, że to "jeden z najbardziej olśniewających filmów, jakie kiedykolwiek powstały dla telewizji", podkreślając jednocześnie, że produkcja "zachwyca nie tylko oko, lecz także umysł". "Porywająca, ambitna telewizja, która nie przyprawia widzów o znużenie" – oceniła Alessandra Stanley, "The New York Times".

Z kolei Barry Garron z "The Hollywood Reporter" ocenił, że "dzięki wirtuozerskiej obsadzie każdy z aktorów tworzy postacie, które żyją, prześladują i hipnotyzują długo po tym, jak na ekranie pojawiają się napisy końcowe". "Kreacje aktorskie zachowują podwyższoną energię wielkiego teatru, czego ten tekst zdecydowanie wymaga, a jednocześnie pozostają mocno zakorzenione w naturalizmie" – dodał Todd McCarthy z "Variety".

A w recenzji Angie Errigo z "Empire" czytamy, że "Nichols łączy teatralny rozmach z filmowym stylem w kilku zachwycających, niezwykle pięknych sekwencjach, tworząc poetyckie, pełne współczucia i ostatecznie pełne nadziei dzieło o kondycji człowieka na przełomie tysiącleci".

Ale czy "Anioły w Ameryce" się zestarzały? Nie. Serial, który mógł wydawać się produktem swojej epoki, przetrwał próbę czasu nie dlatego, że świat od 2003 roku się nie zmienił – bo zmienił się ogromnie – ale dlatego, że Nichols i Kushner opowiedzieli historię znacznie bardziej uniwersalną niż polityczne i społeczne tło lat 80. w USA.

Co więcej, w czasach, gdy miniseriale często próbują przede wszystkim szybko i łatwo dostarczyć widzowi emocji, serial Nicholsa (dostępny na HBO Max) przypomina, że telewizja może być również wielką sztuką – niekoniecznie dla wszystkich, ale taką, której warto dać szansę, bo potrafi zmienić człowieka.