
– Mogło dojść do dramatu – zaznaczył premier Donald Tusk, komentując to, co wydarzyło się w miniony wtorek na torach w Jedlance na Lubelszczyźnie. Dwa pociągi towarowe najechały na leżące betonowe bloczki. W wyniku tego zdarzenia przy maszynach uszkodzone zostały przednie zgarniacze. Śledczy mają już pierwsze podejrzenia, ale sprawa będzie jeszcze badana.
Wszystko wydarzyło się wieczorem 22 września na szlaku kolejowym w Jedlance. Dwa pociągi towarowe poruszające się w przeciwnych kierunkach najechały na leżące na torach betonowe bloczki.
Incydent na torach w Jedlance. Tusk: nie lekceważymy żadnego takiego zdarzenia, bo mogło dojść do dramatu
W wyniku tego zdarzenia z przeszkodami uszkodzone zostały przednie zgarniacze w obu lokomotywach. Na szczęście nie doszło do wykolejenia żadnego z pociągów i żaden z maszynistów nie odniósł obrażeń. Ale mimo tego ruch w tamtym regionie został wstrzymany na kilka godzin.
Donald Tusk w rozmowie z Polsat News ujawnił, że dowiedział się o tym zderzeniu tuż po całym zajściu. Sprawa była bowiem bardzo alarmująca, zważywszy na fakt, że dochodziło w ostatnim czasie do groźnych akcji sabotażu na torach czy innych niebezpiecznych sytuacji na przykład wypadku IC "Koziołek", który sparaliżował kolej w całej Polsce.
– W każdej takiej sytuacji badamy bardzo dokładnie, czy istnieje podejrzenie sabotażu, czy głupoty ludzkiej, bo czasami i tak bywa, więc oczywiście będziemy informowali o tym zdarzeniu – zapewnił premier.
– Pierwsze raporty nie są szczególnie alarmujące, bo nie wygląda to na jakąś bardzo profesjonalną akcję, ale nie lekceważymy żadnego takiego zdarzenia, tym bardziej, że znowu mogło dojść do dramatu – podkreślił szef rządu.
Zobacz także
Prokuratura o wydarzenia na torach na Lubelszczyźnie. W akcji ABW
Wcześniej rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej prokurator Marcin Kozak przekazał dla Interii, że elementy betonowe znalezione na torach pochodziły z rozbiórki pobliskiej stacji kolejowej. W pierwszych chwilach zaalarmowano jednak wszystkie służby, aby wykluczyć najgorsze scenariusze.
– Wezwano służby, w szczególności funkcjonariuszy Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, CBŚP oraz pirotechników. Podjęli oni odpowiednie czynności i na ich podstawie wykluczono, abyśmy mieli do czynienia z aktem dywersji. Nie znaleziono śladów, które wskazywałyby na takie działanie – poinformował prokurator. Co więcej, miejscowa policja w przeszłości w tamtej okolicy odnotowała takie podobne "wybryki chuligańskie".
– Zdarzało się, że młodzi ludzie umieszczali różne elementy na torach, a następnie to nagrywali. W związku z tym na tę chwilę traktujemy tę sytuację jako wybryk chuligański – dodał.
Służby dementują plotki m.in. o niebezpiecznych substancjach
Służby zdementowały też informację, że pociągi przewoziły jakieś niebezpieczne substancje. Interia ustaliła, że jeden skład jechał wyłącznie z platformami przeznaczonymi do późniejszego załadunku kontenerów, natomiast na drugim znajdowały się puste kontenery.
W pobliżu torów znaleziono też ponoć kable oraz plastikowe rurki, co zwróciło uwagę kilku osób. Prokurator Marcin Kozak wyjaśnił jednak, że "pirotechnicy w porozumieniu z kolejarzami ustalili, iż najprawdopodobniej to śmieci pochodzenia górniczego".






