
Za nami premiera nowej ekranizacji "Resident Evil". Tym razem większość krytyków chwali film i twierdzi, że w końcu udało się z powodzeniem przenieść fabułę tej kultowej gry na duży ekran. Czy to jednak prawda?
Na premierę "Resident Evil" czekali z pewnością fani tej serii gier, ale też kinomani, którzy uwielbiają krwawe kino gore i body horrory. Ci ostatni nie będą zawiedzeni. Co nie oznacza, że film jest bez wad.
O co chodzi w "Resident Evil"?
Zacznijmy od wyjaśnienia tego, o co chodzi w grze Resident Evil 2, która miała zainspirować twórców filmu. Fabuła jest banalna i przypomina wiele podobnych produkcji. Nagle wybucha epidemia wirusa T, która zamienia każdego zainfekowanego w bezmyślne, dzikie monstrum. Coś pokroju zombie. W grze sprawy w swoje ręce biorą młody oficer policji Leon S. Kennedy i studentka Claire Redfield.
W filmie "Resident Evil" nie zobaczycie jednak postaci z gier, a Bryana (Austin Abrams; wcześniej zagrał m.in. w serialu "Euforia"), który pracuje jako kurier medyczny. Przewozi między szpitalami organy do przeszczepów. W filmie poznajemy go, gdy otrzymuje zlecenie dostarczenia tajemniczego pojemnika do szpitala Raccoon General Hospital w Raccoon City w Kolorado. Ma w zamian otrzymać podwójną stawkę, więc trudno się mu dziwić, że bierze tę "fuchę".
Problemy pojawiają się niemal od razu. A to okazuje się, że droga jest śliska i zaśnieżona, a to potrąca dziwnie zachowującą się kobietę. Wtedy odkrywa, że grozi mu śmiertelne niebezpieczeństwo.
Scenariusz jak opis gry
To tyle z fabuły, która – przynajmniej początkowo – nie jest jakoś szczególnie zaskakująca. Właściwie w czasie seansu miałem wiele razy wrażenie, że oglądam gameplay. W końcu bohater ma przemieścić się z punktu A do punktu B, po drodze wykonując różne zadania poboczne. By to zrobić, przeszukuje poszczególne lokacje, szuka gadżetów, które mogą się mu przydać, i staje się coraz lepiej uzbrojony.
Najciekawsze jest to, że ta "growa" fabuła tutaj działa. Sam na miejscu Bryana sprawdzałbym wszystkie zakamarki, by znaleźć cokolwiek, co może pomóc przetrwać mi w tym wrogim świecie.
Zach Cregger, reżyser filmów "Zniknięcia" i "Barbarzyńcy", sprawnie prowadzi akcję, nie pozwalając się nam ani przez chwilę nudzić. Z kolei Austin Abrams świetnie odgrywa swoją postać. Zupełnie szczerze: gdybym był na jego miejscu, też zapewne co chwilę siarczyście przeklinałbym pod nosem i z dziwną fascynacją patrzyłbym na to, co dzieje się wkoło, starał się to zrozumieć i przetrwać.
Najlepiej zresztą wypadają pierwsze dwa akty filmu, w czasie których dopiero poznajemy świat przedstawiony. Bardzo pomaga też to, że mają charakter smolisto czarnej komedii. Przyznam, że nie śmiałem się na horrorze tak często od seansu "Wcielenia"!
Problem pojawia się w trzecim akcie, gdy Bryan (i my, widzowie) wie już, co się dzieje i musi dokończyć swoje zadanie. Wtedy otrzymujemy po prostu dynamiczną i dramatyczną, choć pod koniec nieco już nużącą pogoń za MacGuffinem. Z drugiej strony rekompensuje nam to finał, który jest – muszę to przyznać – niecodzienny i odważny.
Dalsza część artykułu poniżej.
Zobacz także
Udana ekranizacja gry, ale to nadal kino dla koneserów
"Resident Evil" to udana ekranizacja gry i nie dziwią mnie słyszalne w social mediach zachwyty fanów. Czy to jednak zarazem udany film? Tak, choć to bardziej średniak, a nie dzieło wybitne, które zmieni gatunek i zainspiruje innych twórców. To, że jest uznawany za "najlepsze przeniesienie fabuły gry na wielki ekran", to tylko potwierdzenie tego, w jak mrocznym miejscu jest ten segment rynku filmowego.
Entuzjazm było widać jeszcze przed premierą: nowe "Resident Evil" widzieli już krytycy – podskakiwali na fotelach ze strachu. Wystarczy przypomnieć poprzedni restart serii z 2021 roku. Gdy Kaya Scodelario na pierwszych zdjęciach z filmu "Resident Evil" rozbudzała nadzieje fanów, mało kto spodziewał się, że "Witajcie w Raccoon City" okaże się klapą.




