
Oktoberfest to nie tylko namioty i piwo, ale święto bawarskiej kultury oraz część festynu w wersji retro. Choć Polacy są w czołówce gości, rzadko poznają coś innego.
Na Theresienwiese jadę metrem z dworca głównego w Monachium, jedną stację. Pierwsze, co rzuca się w oczy w drodze na Oktoberfest, to służby pilnujące bezpieczeństwa. Rozstawione są przy wyjściach i na peronach. Obraz zmienia się dopiero w wagonie. Wypełniają go stroje ludowe, noszone z monachijskim szykiem.
Na powierzchni czeka kolejka do głównego wejścia, która ciągnie się aż na koniec ulicy. Bramy otwierają się o dziesiątej, ale tłumy stoją tu na długo przed tą godziną.
191. Oktoberfest trwa od 19 września, a zainaugurował go nowy nadburmistrz Monachium Dominik Krause z Zielonych, któremu do otwarcia pierwszej beczki wystarczyły dwa uderzenia.
Zresztą, w Monachium prawie nikt nie mówi Oktoberfest. – Mu tu mówimy Wiesn, bardzo mało osób używa nazwy Oktoberfest. Jest po prostu za długa, a Bawarczycy lubią krótkie słowa – przyznaje w rozmowie z DW Anna Wilhelm-Stempin, licencjonowana przewodniczka po Monachium i Bawarii, która oprowadza od siedemnastu lat.
Cały świat i Bawarczycy
Bramy wreszcie się otwierają i na teren wchodzą pierwsi goście. Z każdą minutą jest ich więcej. W tłumie słychać wiele języków, nie tylko angielski, ale bardzo często hiszpański. Sześciu mężczyzn wyglądających na turystów, w koszulkach z napisem "Oktoberfest 2026", robi sobie zdjęcia. Za rok te koszulki nie będą już aktualne.
Młoda para z Kolonii jest tu po raz pierwszy. Zamówili stolik w jednym z namiotów, dołączą do nich znajomi. – Będziemy się dzisiaj dobrze bawić – mówią. Festyn podoba im się, choć nie są z Monachium.
Kawałek dalej spotykam gości z Argentyny. Dla nich to pierwszy Oktoberfest i zarazem pierwsza wizyta w Europie. – Niemcy bardzo nam się podobają, mili ludzie, dobre piwo – podkreślają.
Widać też miejscowych. Starsze małżeństwo z Bawarii wyróżnia się strojem. Ona w ciemnozielonym dirndlu, on w granatowej kamizelce i skórzanych spodniach. Jak przyznają, przez kilkadziesiąt lat festyn zmienił się nie do poznania. – Jest tu tyle atrakcji, tyle osób z nowych krajów. To niesamowite – mówi siedemdziesięcioletnia Frieda. Dodaje, że co roku wraz z mężem odwiedza Oktoberfest. – Oboje jesteśmy z Monachium, Wiesn to nasza tradycja, a te trzeba kultywować – zaznacza.
Z minuty na minutę przybywa kolejnych gości. Tłum nie jest złudzeniem. Według bilansu półmetkowego w ciągu pierwszego tygodnia na Theresienwiese przyszło około 3,8 mln osób, o 300 tys. więcej niż rok wcześniej o tej samej porze. Organizatorzy liczą na poprawienie rekordu z 2023 roku, kiedy festyn odwiedziło łącznie 7,2 mln gości.
Zobacz także
Policzeni telefonami
Na dane o tym, ilu Polaków odwiedziło tegoroczny Oktoberfest, trzeba jeszcze poczekać. Znamy za to liczby z poprzedniej edycji. Według Bawarskiego Urzędu Statystycznego w monachijskich obiektach noclegowych zameldowało się we wrześniu 2025 r. około 6,4 tys. gości z Polski, a w październiku – 5,4 tys. Polska odpowiadała wtedy za około 1,54 proc. wszystkich zagranicznych gości w mieście i zajmowała czternaste miejsce wśród krajów pochodzenia. W tych statystykach nie widać jednak Polaków, którzy nocowali poza Monachium i dojeżdżali na festyn.
Pełniejszy obraz daje analiza danych z sieci komórkowych. Podczas Oktoberfestu 2025 zarejestrowano łącznie 120 tys. sygnałów z polskich telefonów. Miasto zastrzega przy tym, że urządzenia te mogą należeć zarówno do gości nocujących w hotelach, jak i do tych, którzy zatrzymali się u rodziny i znajomych. Część sygnałów mogła też pochodzić od telefonów osób pracujących na festynie.
W zestawieniu danych komórkowych Polska wypadła wysoko. – Zajęliśmy piąte miejsce. Na pierwszym miejscu znalazła się telekomunikacja niemiecka, potem austriacka, włoska i amerykańska, a zaraz za nimi byliśmy my – wskazuje Wilhelm-Stempin. Jej zdaniem to i tak bardzo dużo. – Nie liczę w tym wszystkim Polaków, którzy przyjeżdżają do Monachium z terenów Niemiec i Austrii – zaznacza.
Jedną z tych niewidocznych w statystyce jest trzydziestodwuletnia Anna, którą zagaduję w tłumie, kiedy nagrywa wiadomość głosową po polsku. – Mieszkam w Dachau i co roku z moimi znajomymi z Polski staramy się przychodzić na Oktoberfest. Lubię ten festyn i oczywiście bawarskie piwo – mówi.
Nie tylko namioty i piwo
Wilhelm-Stempin zauważa w tym roku spadek liczby polskich klientów, którzy przylatują do Monachium. – Zostało wyłącznie połączenie bezpośrednie z Warszawy, natomiast Poznań, Gdańsk, Katowice i Rzeszów zostały wycięte – podkreśla. Jak dodaje, grupy nadal przyjeżdżają, ubyło natomiast klientów biznesowych, którzy skracają wyjazdy.
Z jej opowieści wyłaniają się dwie grupy polskich gości. – Wśród tych, którzy wracają, widać wyraźnie, że podnoszą poziom. Widzą już różnicę w strojach, chcą ubrać się bardziej tradycyjnie, zainwestować w strój ludowy. Wypytują też, który namiot i które miejsce jest bardziej dla Monachijczyków – wyjaśnia.
Debiutanci zachowują się inaczej. – Myślą, że każdy namiot jest taki sam. A to nieprawda, bo namioty różnią się m. in. smakiem piwa i muzyką – tłumaczy.
Zdaniem przewodniczki Polacy wciąż nie odkryli, że Wiesn to nie tylko namioty i piwo, ale przede wszystkim ogromne wesołe miasteczko i święto kultury bawarskiej. Rzadko trafiają na Oide Wiesn, czyli starą część festynu, gdzie pokazuje się jego historyczne i nostalgiczne oblicze. Piwo podaje się tam w ceramicznych, a nie szklanych kuflach, a wstęp kosztuje w tym roku cztery euro.
Dwa Oktoberfesty
Za bramą Oide Wiesn robi się trochę ciszej. Na południowym krańcu Theresienwiese stoją namioty w starym stylu. W środku ćwiczą kapele dęte, a dzieci z grupy przedszkolnej czekają na pokaz teatru marionetek. Karuzele pamiętają dawne czasy, przejażdżka nimi kosztuje 1,50 euro zamiast kilku euro jak po drugiej stronie. Gości jest tu wyraźnie mniej.
Nad alejkami w głównej części festynu unosi się zapach prażonych migdałów, przy straganach wiszą lukrowane serca z piernika z wypisanymi wyznaniami, a ze stoisk wydobywa się zapach pieczonych kiełbasek i kapusty. Na straganach z pamiątkami obok drewnianych precli wiszą przypinki z bawarskimi zawołaniami "Habe di Ehre" (Moje uszanowanie), "O'zapft is" (Odszpuntowana! Tradycyjny okrzyk inaugurujący Oktoberfest) i "Prost" (Na zdrowie!).
Piwo prawie pięć razy droższe
Litrowy kufel piwa kosztuje w tym roku, w zależności od namiotu, od 14,80 do 15,90 euro, średnio o 2,38 proc. więcej niż przed rokiem. Jeszcze w 1985 r. litr piwa na festynie kosztował około 3,20 euro. Przez czterdzieści lat cena wzrosła prawie pięciokrotnie, a ogólny wskaźnik cen konsumpcyjnych w Niemczech zaledwie nieco ponad dwukrotnie.
Nieopodal głównego wejścia na Oktoberfest, w jednej z bocznych uliczek, kusi jednak inna oferta. Przed jedną z kawiarni, na wieszakach wystawionych wprost na chodnik, wiszą dirndle last minute, damskie bawarskie stroje ludowe po 29 euro. To prawdopodobnie najtańsza rzecz przed bramami festynu, bo w monachijskich pracowniach ceny liczy się w setkach euro. Te same kawiarnie serwują z kolei litr piwa, dokładnie tak jak w namiotach.
Ubrać się, a nie przebrać
Przed takimi okazjami przewodniczka przestrzega. – Widzę, że ludzie coraz bardziej się przebierają, a my nie musimy brać przykładu z Amerykanów i Australijczyków. To nie jest karnawał – podkreśla Wilhelm-Stempin. Odradza kupowanie najtańszych sukienek "a la bawarskich". Jej zdaniem wystarczy zwykła długa spódnica, bo Bawarczycy bardziej doceniają schludny strój niż przebranie.
Część strojów noszona podczas Wiesn może nawet pochodzić z Polski. Jedna z monachijskich marek, Gottseidank, szyje swoje dirndle m. in. w polskich szwalniach. Kosztują one powyżej 700 euro.
Kto stawia karuzele
Polacy nie tylko odwiedzają Oktoberfest, ale też przy nim pracują. Na pytanie o polską obsługę przewodniczka wskazuje jednak nie namioty, lecz teren wesołego miasteczka i ekipy budowlane.
– Jeśli wystawca jeździ z karuzelą albo ze strzelnicą po wszystkich jarmarkach i festynach, to ma stałą ekipę. Znam takie osoby, które są tam zatrudnione i z nimi jeżdżą – mówi Wilhelm-Stempin. Polacy pracują też, jak zaznacza, przy stawianiu namiotów i trybun.
W obsłudze kelnerskiej dominują według niej Bawarczycy, a na Oide Wiesn w zeszłym roku pracowało sporo Czechów. Mechanizm jest prosty. – Jeśli dzierżawi Czech, to całą ekipę ma czeską – tłumaczy.
Wśród polskich gości przewodniczka widzi za to zmianę. – Wśród Polaków, nawet tych mieszkających w Monachium, jest tendencja, żeby się odważyć i pójść do małych namiotów, tam gdzie nie zaglądają turyści – przyznaje Wilhelm-Stempin.
Z Wiesn wracam metrem. Świeci słońce, dwadzieścia pięć stopni, lato wróciło na kilka dni. W wagonie ludzie w strojach ludowych. Świętuje całe miasto.
Autorka: Iwona Weidmann z Monachium, Deutsche Welle






