napis "Kraków", stacja metra
"Metro w Krakowie" Fot. Shutterstock, montaż: naTemat.pl

Wokół krakowskiego metra naprawdę wiele się dzieje. Organizowane są tematyczne "wernisaże projektów studenckich", wspomina się, że metro mogłoby być zbawienne w przypadku nalotów – jak ma to miejsce w Kijowie – a przedstawicieli miasta zabiera się do Warszawy, by zobaczyli, jak tam wszystko "śmiga". Maszyna marketingowa działa z pełną prędkością. Pytanie tylko: po co?

REKLAMA

Projekty zakładają, że metro w Krakowie może ruszyć już za 10 lat. Rekomendowane są dwie linie – M1 i M2, których przebieg ma prawie 29 kilometrów. Mówi się o impulsie rozwojowym, najważniejszej inwestycji dekady, stacjach, w których zasięgu będzie 40 proc. mieszkańców, skróceniu czasu podróży nawet o połowę i totalnej transformacji.

Sloganów nie brakuje, brakuje za to pieniędzy na stole. Nie brakuje też kompleksów i megalomanii, bo to one są znakomitym napędem obsesji drugiego co do wielkości miasta w Polsce (w którym – warto to uściślić na wstępie – mieszkam i z którego jestem).

Kraków śni o metrze od ponad pół wieku

Metro w Krakowie nie jest żadnym novum. Wręcz odwrotnie – jest tak legendarne, że powstał nawet o nim artykuł na Wikipedii. Wspomina on o wzmiance na temat budowy takiego systemu już w 1976(!) roku. Koncepcji podziemnego transportu było naprawdę wiele. Ambicje wracały systematycznie, w ramach referendum z 2014 roku (w przypadku którego też ciężko mówić o nadmiernym entuzjazmie – tak naprawdę "za" było 55,11 proc. mieszkańców, przy frekwencji 35,96 proc.).

Czyli formalnie kwestia metra jest w przestrzeni publicznej od 12 lat. W tym czasie ogłaszano różne przetargi, prowadzono studium wykonalności, zastanawiano się, jak w zasadzie taki projekt ma wyglądać.

W 2021 roku miasto wpadło na nieco inny pomysł. 5 lat temu władze doszły do wniosku, że nie ma sensu wydawać (wtedy) 12 miliardów złotych, bo podobny efekt można uzyskać za pomocą premetra za 5,8 miliarda złotych. Warto zatrzymać się tu na moment – w 2021 roku miasto samo twierdziło, że ma wydajną alternatywę, która jest znacznie tańsza we wdrożeniu.

Premetro to metro "na niby". Jego wadą jest to, że duża część trasy (o zgrozo!) nie przebiega pod ziemią, ale – co trzeba zaznaczyć – nie jest zależne w takim samym stopniu jak tramwaje od ruchu ulicznego. To sensowna alternatywa, która pozwala na omijanie najbardziej tłocznych odcinków w tunelu lub na estakadzie. No ale to "pre" trochę kłuje w oczy – obok prawdziwego metra rodem z amerykańskich filmów (lub Warszawy) nie stało.

Gwoli ścisłości – trasa premetra była krótsza niż ta obecnie planowana – 21,82 km, z czego 6,6 km w tunelach. Pomysł na przebieg trasy też był inny – zakładano budowę na północy miasta. Trasa miałaby iść z północnego zachodu, przez centralną część Krakowa, do północnego wschodu. Studenci uczelni AGH i UP pewnie by się ucieszyli z takiego obrotu spraw. Poszkodowany byłby za to kampus UJ, który znajduje się w południowej części miasta i jest jednym z przystanków metra obecnie planowanego.

Wracając jednak do kosztów, obecnie wydatki na metro szacowane są już nie na 12 miliardów, ale bliżej 14 miliardów złotych. Eksperci grzmią, że w niedalekiej przyszłości ta kwota może wzrosnąć jeszcze bardziej, trzeba więc kupować, póki gorące (niczym obwarzanki). Kupować albo w sumie nie kupować, bo przecież i tak nie ma za co.

"Ale przecież metro jest za darmo"

Takie metro to prawdziwa drukarka pieniędzy – można sprzedawać bilety, wynajmować powierzchnie handlowe, wyświetlać reklamy. Super sprawa. Niektórzy idą nawet o krok, o kilometr dalej, mówiąc, że taka infrastruktura może pozwolić na poprawienie komunikacji z gminami wokół Krakowa.

I w tym miejscu ta idylla zaczyna powoli się rozpadać. Wizjonerzy zdają się zupełnie ignorować to, z czym miasto obecnie się zmaga, tu i teraz, we wrześniu 2026 roku, i jakie rzeczywiście posiada zasoby.

Po raz kolejny w Krakowie omawiana jest wizja, której realizacja ma zająć przynajmniej dekadę (spokojnie – opóźnienia w realizacji takich inwestycji potrafią sięgać wielu lat, wystarczy natknąć się na obiekty ważne z perspektywy historycznej – a gwarantuję, że o to pod ulicami tuż przy Plantach nie będzie trudno), która kosztuje majątek, ale nic nie szkodzi – bo przecież ktoś inny za to zapłaci (fundusze UE już grzeją na pomoc, Bank Światowy drukuje pieniądze, a święty Mikołaj zaprzęga sanie) i stanowi remedium na korki, rozrost populacji i brak miejsca na tramwaje, które już teraz w godzinach szczytu ledwo sobie radzą z obsługą ruchu. Wszystko w jednym. Ciekawe tylko, gdzie jest plan takiego finansowania. Ktoś musi mieć pojemną skarpetkę, by upchać do niej 14 miliardów złotych, chciałbym taką.

Niewykorzystany potencjał krakowskiego transportu

W terapii krakowskich kompleksów na temat posiadania metra może pomóc kilka kwestii. Po pierwsze – lokalna kolej stanowi ogromnie ważny komponent tkanki miejskiej, który już teraz chwalony jest przez lokalsów, ale też dojeżdżających do Krakowa mieszkańców okolicznych sypialni.

Osoby, które mają dostęp do takiej infrastruktury (siatka nie jest mocno rozbudowana, ale są więcej niż dwie linie), mogą liczyć na znacznie krótsze czasy przejazdu niż w przypadku podróży jakimkolwiek innym środkiem transportu. Metrem pewnie też, ale wyścigu nikt nie organizował. Z oczywistych względów.

Dalsza część artykułu poniżej.

Kolej w tym regionie jest na naprawdę solidnym poziomie – pociągi na większości tras są nowe i obsługuje je kilka podmiotów, w tym Polregio, Koleje Małopolskie i Koleje Śląskie. Możliwość lepszej integracji MPK z dostępną infrastrukturą kolejową znacznie częściej powinna pojawiać się w dyskusjach o metrze – bo może odciążyć miasto już teraz, a nie za 10 lat, w najbardziej optymistycznym wariancie.

Metro w Krakowie nie jest walką o godność, a drogą i trudną w realizacji inwestycją, na której realizację przyjdzie poczekać niezwykle długo. Są alternatywy i są tańsze. Miasto z jakiegoś powodu decyduje się na podążanie za swoją wizją (wielokrotnie już zmienianą) i najwyraźniej ma pomysł na to, jak będzie wyglądać świat za 10 lat. Może lepiej jednak zająć się gigantycznym długiem, bieżącymi problemami infrastrukturalnymi i falami zwolnień, które są efektem m.in. przenoszenia krakowskiego zaplecza do Azji.