Pies zabrany do pracy w biurze - ilustracja
Pies w biurze to nowy owocowy czwartek. Fot. Shutterstock

– Kiedy kilka lat temu dostałam ofertę pracy, zadałam szefowi dwa pytania: czy mogę pracować zdalnie, a jeśli nie, to czy mogę przychodzić do biura z psem. Gdyby mi odmówił, po prostu nie przyjęłabym tej pracy – przyznaje Agata. Weronika mówi z kolei: – Jestem osobą neuroatypową. Kiedy głaszczę psa, wyciszam się.

REKLAMA

Agata wkłada chihuahuę do torebki, chwyta dodatkową torbę z rzeczami dla niego i jedzie do biura. Znajomi jej zazdroszczą. Oni tak dobrze nie mają. Albo w ogóle nie mają psa. Bo gdyby mieli zostawiać go na dziesięć godzin dziennie samego w domu, woleliby już żyć bez pupila. Inni nawet nigdy o takiej możliwości nie słyszeli.

– Pies może być wykorzystywany w komunikacji pracodawcy jako superbenefit, który odróżnia firmę na rynku pracy. Tyle że wprowadzenie takiego rozwiązania jest trochę bardziej skomplikowane niż postawienie bananów w biurze – zauważa Paulina Mazur, konsultantka HR i propagatorka odpowiedzialnego employer brandingu, zapytana, czy pies może być nowym "owocowym czwartkiem".

Alex potrafi hałasować

Opowieść Agaty brzmi jak historia szczęściary. Nie dość, że może zabierać psa do pracy, to jeszcze trafiła na miejsce, w którym Alex jest nie tylko akceptowany, ale też rozpieszczany. I to nie tylko przez współpracowników. Jej wcześniejszy szef brał go na ręce, a inna szefowa regularnie wychodziła z nim na spacery. 

– Pracuję w takim miejscu, w którym żaden pupil nikomu nie przeszkadza. Czasem zaszczeka, ale u nas w biurze i tak jest głośno. Najgorzej, kiedy nagle, w środku dnia, pojawia się ktoś, kogo od rana nie było. Taka osoba bywa traktowana jak intruz, no i wtedy Alex faktycznie potrafi hałasować. W innym miejscu na pewno bardziej bym się stresowała tym, czy nikomu nie przeszkadza.

Wiktoria też przychodzi do pracy z psem. Ale nie uważa, że skoro ona ma taką możliwość, wszyscy powinni mieć ją z automatu. Bo w biurze nie liczy się tylko komfort właściciela i jego pupila. 

– Myślę, że taka możliwość powinna istnieć, ale zawsze po uzgodnieniu z zespołem. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której ktoś jest uczulony na sierść, a ja przychodzę z psem i ta osoba nie może przez to swobodnie oddychać. Jeśli potrzeby się wykluczają – z jednej strony są kwestie zdrowotne współpracownika, z drugiej moja chęć zabrania psa – trzeba szukać rozwiązania – przekonuje Wiktoria.

Nawet jeśli sam pomysł budzi sympatię, jego wdrożenie to dla organizacji może być wyzwaniem.

– Ideologicznie to według mnie bardzo fajna koncepcja, ale z punktu widzenia organizacyjnego jest trochę skomplikowana. Przede wszystkim trzeba porozmawiać z pracownikami, zanim podejmie się decyzję. Nie może być tak, że wprowadzamy możliwość przychodzenia z psem, a potem okazuje się, że ktoś ma alergię na sierść albo boi się zwierząt. Potrzebne są zasady, żeby nikt nie czuł się do tego rozwiązania zmuszony – mówi Paulina Mazur.

Co dwa psy, to niejeden 

W biurze Agaty nie zawsze jest miejsce dla wszystkich psów naraz. Obowiązuje niepisana zasada: kto pierwszy, ten lepszy.

– Czasami rano ktoś pisze na czacie: "Biorę psa, czy ktoś też bierze?”. I wtedy działał zasada: kto pierwszy, ten lepszy. Kiedy ktoś już ogłosił, że przyprowadza psa, reszta raczej odpuszczała. Mój nie ma większego problemu z innymi psami, jeśli zdąży je poznać. Bywało jednak, że trzeba było zachować czujność i pilnować drugiego psa.

Pewnego dnia czujność nie wystarczyła.

– Jedna dziewczyna przyprowadziła owczarka niemieckiego. Koleżanka wzięła swojego kundelka. Wyobraź sobie, że psy zaczęły tak biegać po biurze, że w pewnym momencie wpadły pod biurko, zahaczyły o kabel i przewróciły komputer szefowej – opowiada Agata.

Wiktoria też ma na koncie biurową przygodę, o której wolałaby zapomnieć.

– Raz pies dreptał po biurze i w pewnym momencie się załatwił. Kolega zwrócił mi na to uwagę, ale nie był niemiły. Od razu zaczęłam sprzątać. Pomyślałam, że muszę bardziej uważać, żeby nie wywinął podobnego numeru.

Biurowe wpadki mogą się zdarzyć, ale nie powinny stać się codziennością. Dlatego, jak podkreśla Paulina Mazur, jeszcze przed wpuszczeniem psów do biura trzeba ustalić, kto odpowiada za zwierzę i co zrobić, gdy jego obecność zaczyna dezorganizować pracę.

– Trzeba ustalić, kto jest odpowiedzialny za psa, jak sprzątamy po nim i jak się nim zajmujemy. Jeśli zwierzę się nie odnajduje w biurze i wprowadza chaos, trzeba zrezygnować z przyprowadzania go do pracy – mówi konsultantka HR.

Przerwa, której nie da się odłożyć

Pierwszego dnia Wiktorii z psem w biurze nie brakowało emocji. Nowe miejsce, obcy ludzie, którzy co chwilę podchodzili, pytali o imię i wyciągali ręce, żeby go pogłaskać.

Początkowo pies był podekscytowany, ale po godzinie czy dwóch opadł z sił i położył się obok właścicielki. Ale to dzięki Maxowi Wiktoria zaczęła odrywać się od biurka.

–  Wcześniej też wiedziałam, że powinnam robić sobie przerwy, ale zawsze było coś do dokończenia. "Jeszcze chwila", "jeszcze coś tam". Teraz mam dodatkową motywację. Wiem, że to żywa istota, która potrzebuje wyjść na zewnątrz, żeby zachować dobrostan. Nie mogę przecież wypuścić go samego. 

Agata potwierdza: – Dodatkowo to po prostu bardzo dobra przerwa w pracy: mogę z nim wyjść i mam konkretny powód, żeby odejść od komputera.

Czy pies w biurze oznacza częstsze przerwy i mniejszą efektywność? Zdaniem ekspertki Pauliny Mazur, nie od tego należy zaczynać ocenę takiego rozwiązania.

Gdybym była pracodawcą, ufała swoim pracownikom i rozliczała ich z wyników, nie zastanawiałabym się, czy pies w biurze będzie ich rozpraszał. Jeśli mam zaangażowanych ludzi i wysoką kulturę współpracy, to pies nic w tym zakresie nie zmieni.

Paulina Mazur

konsultantka HR i propagatorka odpowiedzialnego employer brandingu

W przypadku Wiktorii pies jest czymś więcej niż towarzyszem pracy. Kobieta mówi wprost, że jego obecność pomaga jej radzić sobie z codziennymi trudnościami związanymi z AuDHD.

– Mam tendencję do tego, żeby nieruchomieć na długie godziny, zatracać się w różnych tematach i nadmiernie przejmować. Obecność Maxa pomaga mi nabrać perspektywy, wyciąga mnie ze stanu hiperskupienia i motywuje do ruchu. Dzięki niemu robię dwie–trzy kilkuminutowe przerwy na dworze. Ponadto głaskanie psa redukuje stres. Mam też wrażenie, że inni w biurze również się odstresowują, kiedy podchodzą do mojego psa i się z nim bawią.

U Agaty korzyści zaczynają się już rano.

– Zaczęłam pilnować tego, żeby wcześniej wstawać i z nim wychodzić. Czy pracuję z domu, czy jadę do biura, rano mam ten pierwszy spacer, a w ciągu dnia jeszcze kilka kolejnych.

Pies też ma swój plan dnia

Alex nie musi przez cały dzień siedzieć pod biurkiem Agaty. W open space ma sporo swobody.

– To nie wygląda tak, że muszę przyprowadzać go na smyczy i że musi siedzieć pod moim biurkiem albo wszędzie ze mną wychodzić. Po prostu swobodnie biega po biurze. Jest na tyle przyjazny, że każdy może do niego podejść, więc faktycznie wszyscy od początku do niego podchodzili.

Agata zabiera go do pracy również dlatego, że może się tam wybiegać i zmęczyć. Nie ukrywa, że bez pracy hybrydowej i możliwości przyprowadzania Alexa do biura trudniej byłoby jej poświęcić mu tyle czasu.

– Dla tego psa to jest po prostu wygrana – uważa. 

Wiktoria widzi jeszcze jedną korzyść z zabierania psa do pracy. Jej pupil nie przepada za jazdą samochodem, dlatego stopniowo przyzwyczaja go do krótkich tras. Wspólne dojazdy do biura są dla niego okazją do oswajania się z podróżą.

– A kiedy już znajdzie się na miejscu, bardzo to lubi. Te dziesiątki rąk, które go głaszczą, ludzie rzucający mu piłkę… Myślę, że to dla niego świetna rozrywka i po prostu sprawia mu to radość. Powiedziałabym też, że nasza więź się poprawiła. Poza tym ma kontakt z nowym otoczeniem, różnymi sytuacjami i bodźcami, dzięki czemu lepiej się socjalizuje.

Nie oznacza to jednak, że Wiktoria zabiera psa ze sobą za każdym razem.

– Zdarzały się sytuacje, w których sama decydowałam, że lepiej zostawić go w domu. Na przykład wtedy, gdy mam spotkania z klientami, na które trzeba przyjść o konkretnej godzinie i załatwić dużo spraw w krótkim czasie. Wiem, że w takich warunkach nie byłabym w stanie skupić się w stu procentach na rozmowie. Mogłoby się zdarzyć, że musiałabym nagle zająć się psem albo że zrobiłby coś, co mogłoby zostać odebrane jako brak profesjonalizmu – na przykład wskoczyłby mi na kolana czy zaczął mnie lizać.

W takich sytuacjach Wiktoria woli nie ryzykować. Ale wtedy z tęskni za Maxem.

Nie każdy musi kochać psy

Wiktoria nie spotkała się dotąd z niechęcią wobec swojego pupila. Zastrzega jednak, że nie oczekuje, by wszyscy współpracownicy byli nim równie zachwyceni.

– U nas nie ma alergików, a przynajmniej nikt tego nie zgłaszał. Nie spotkałam się z żadną wrogością ani niechęcią. Wiadomo, są osoby, które podchodzą, zachwycają się nim, bawią się z nim, , a są też takie, które tego nie robią. Nie mam nic przeciwko temu. Nie każdy musi przecież pałać do psów szczególną sympatią.

Agata zastanawia się, czy psy kiedykolwiek miały tak dobrze jak dziś. Coraz więcej uwagi poświęcamy ich potrzebom: chodzimy z nimi do behawiorystów, weterynarzy i groomerów, pilnujemy spacerów, szukamy sposobów, by nie spędzały całych dni samotnie.

– Czasem wydaje mi się, że moi rodzice nawet o dzieciach tak nie myśleli. Szło się do pracy, oddawało się dzieci do babci i tyle. A ja się zastanawiam: jeśli pójdę na trzy dni do biura, a przez dwa dni pies zostanie sam w domu, to czy to już nie przesada? Co on ma z tego życia, jeśli zostaje tak długo sam? Dbamy o to, żeby pies miał na co dzień jak najlepsze życie.

Praca pracą, ale czy pies jest szczęśliwy?

Jak podkreśla Sylwia Zeh-Waligóra, certyfikowana behawiorystka COAPE i trenerka szkolenia psów, nie ma jednej odpowiedzi na pytanie, czy pies będzie szczęśliwy, spędzając osiem godzin w biurze. Wiele zależy od jego temperamentu, poziomu pobudzenia i reaktywności, ale też od warunków, jakie ma na miejscu.

– Ważne jest, czy pies ma możliwość odpoczynku i potrafi się wyciszyć, czy przez cały czas pozostaje w fazie czuwania. Znaczenie ma również to, czy przebywa w spokojnym miejscu, czy w takim, w którym ciągle ktoś przechodzi, rozmawia i zwraca na niego uwagę – tłumaczy behawiorystka.

Ciąg dalszy tekstu poniżej

Nie każdy pies potrzebuje towarzyszyć opiekunowi przez cały dzień. Jak zaznacza ekspertka, regularne zabieranie go do pracy nie musi oznaczać, że będzie miał problem z zostawaniem samemu w domu. Są psy, które dobrze odnajdują się w biurze, ale są też takie, w przypadku których na wspólnym spędzaniu dnia korzysta przede wszystkim człowiek.

– Nie ma nic złego w tym, żeby pies odpoczywał sam w domu. W większości przypadków te osiem godzin bez opiekuna może mu wręcz dobrze zrobić. Psy potrzebują dużo snu i odpoczynku, a nie ciągłej aktywności – mówi Sylwia Zeh-Waligóra.

Wyjątkiem mogą być psy, które mają duży problem z separacją. W ich przypadku zabieranie do pracy może okazać się lepszym rozwiązaniem.

Ekspertka zwraca też uwagę na sytuację, w której biurowy pies staje się maskotką całego zespołu. To, że współpracownicy chętnie go głaszczą, nie oznacza, że on sam ma na to ochotę.

Psów bardzo towarzyskich, które naprawdę dobrze odnajdują się w dużych skupiskach ludzi, nie ma tak dużo. Niektóre rzeczy można wypracować, ale pies nadal potrzebuje odpoczynku, podczas którego nikt mu nie przeszkadza.

Sylwia Zeh-Waligóra,

certyfikowana behawiorystka COAPE i trenerka szkolenia psów

Jak dodaje Sylwia Zeh-Waligóra, pies powinien mieć możliwość wycofania się i odpoczynku, nawet jeśli w biurze wzbudza duże zainteresowanie współpracowników. Nie każdy pies ma ochotę na kontakt z obcymi osobami, dlatego ważne, by mógł sam zdecydować, czy chce do kogoś podejść, czy woli zostać w swoim miejscu.

Warto też przyjrzeć się psu po powrocie do domu. Czy jest nadmiernie pobudzony, przemęczony, ma trudności z wyciszeniem się? A może przez osiem godzin zamiast odpoczywać, nieustannie obserwował otoczenie? To sygnały, które mogą pomóc ocenić, czy biurowy dzień rzeczywiście mu służy.

– Gdybym miała doradzić pracownikowi jedną rzecz przed zabraniem psa do biura, byłoby to zapewnienie mu spokoju. Pies powinien mieć swój kącik, możliwość wyciszenia się i niewchodzenia w interakcje, jeśli nie ma na nie ochoty. Pies powinien mieć wybór – podsumowuje behawiorystka.