Sebastian M.
Sąd skazał Sebastiana M. Wyrok nie jest prawomocny Fot. Policja; montaż: naTemat.pl

Sąd Rejonowy w Piotrkowie Trybunalskim ogłosił wyrok w sprawie Sebastiana M., oskarżonego o spowodowanie wypadku na autostradzie A1, w którym we wrześniu 2023 roku zginęła trzyosobowa rodzina z Myszkowa. Od tragedii do wyroku minęły ponad trzy lata. Od ucieczki oskarżonego za granicę, przez półtora roku ekstradycji z Dubaju, po ponad rok procesu. Przypominamy całą sprawę i wyjaśniamy, dlaczego sądowi wolno było wymierzyć najwyżej 8 lat więzienia.

REKLAMA

Do wypadku doszło wieczorem 16 września 2023 roku na autostradzie A1 koło Piotrkowa Trybunalskiego w kierunku Katowic, na wysokości wsi Sierosław. Kia, którą rodzina wracała z wakacji nad morzem, została uderzona w tył przez BMW.

Samochód odbił się od barier energochłonnych i stanął w płomieniach. Na miejscu zginęli pani Martyna, pan Patryk i ich 5-letni syn Oliwier. Rodzina spłonęła żywcem na autostradzie. BMW prowadził Sebastian M., łódzki przedsiębiorca. W jego aucie jechało dwóch pasażerów, którzy przeżyli.

Sąd skazał Sebastiana M. Wyrok nie jest prawomocny

W środę 21 października zapadł wyrok. Po 1131 dniach. Sebastian M. został skazany na 8 lat więzienia. To maksymalna kara, jaką mógł orzec sąd. M. otrzymał ponadto zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych przez 15 lat. Musi też wpłacić 2,5 mln zł odszkodowania na rzecz rodziny zmarłych.

– Jedynym winnym, a więc i odpowiedzialnym za ten dramat, jest oskarżony Sebastian M. Jedynie oskarżonego obciąża to zdarzenie i tragiczne jego skutki – mówiła sędzia Renata Folkman po odczytaniu wyroku.

– Oskarżony, wykorzystując drogę publiczną, zamiast się udać na dedykowany takim eksperymentom tor Formuły 1, sprawdzał, ile uda się maksymalnie wydobyć prędkości z tak stuningowanego BMW. Nie wiadomo, ile tego rodzaju eksperymentów oskarżony zdołał wcześniej skutecznie przeprowadzić, poza tym jednym, jaki został ujawniony, który zakończył się tragedią całej trzyosobowej rodziny – uzasadniała wyrok sędzia. – Oskarżony swoją jazdą pozbawił życia Patryka, Martynę i Oliwiera, ale też sensu życia ich bliskich – dodała.

Ucieczka i półtora roku ekstradycji Sebastiana M.

Sprawa od początku wzbudzała ogromne emocje. Nagranie z kamery samochodu jadącego z przeciwka, na którym widać pędzące BMW, szybko obiegło internet. Do dziś kontrowersje budzi przede wszystkim to, że tuż po wypadku Sebastian M. nie został zatrzymany. Przesłuchano go jedynie jako świadka, a w policyjnym systemie ewidencji wypadków informacja, że sprawcą może być kierowca BMW, pojawiła się dopiero kilka godzin później.

Początkowo to pan Patryk był wskazywany jako potencjalny sprawca wypadku. W tym czasie Sebastian M. zdążył wyjechać z Polski: najpierw do Niemiec, potem do Turcji, a stamtąd do Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Dopiero po kilkunastu dniach śledczy uznali, że to M. jest winny.

Prokuratura wydała za nim list gończy, a sąd zdecydował o areszcie. Ścigano go także czerwoną notą Interpolu. Jego ówczesny obrońca twierdził, że wyjazd nie miał związku ze sprawą, bo mężczyzna nie miał zakazu opuszczania kraju.

4 października 2023 roku Sebastian M. został zatrzymany w Dubaju przez miejscową policję, przy wsparciu polskich policjantów. Ekstradycja ciągnęła się jednak miesiącami. W styczniu 2024 sąd w Dubaju uznał ją za dopuszczalną, ale oskarżony się odwołał. W połowie maja 2025 ówczesny minister sprawiedliwości Adam Bodnar ogłosił, że władze ZEA zgodziły się wydać go Polsce. 26 maja 2025 Sebastian M. został przywieziony do kraju.

Zarzut i akt oskarżenia

27 maja 2025 w Prokuraturze Okręgowej w Katowicach Sebastian M. usłyszał zarzut spowodowania wypadku ze skutkiem śmiertelnym (art. 177 § 2 Kodeksu karnego). Nie przyznał się do winy i złożył ogólne wyjaśnienia. Sąd aresztował go tymczasowo, uznając, że po wcześniejszej ucieczce istnieje ryzyko, że znów się ukryje.

W drugiej połowie maja 2025 Sebastian M. udzielił pierwszego wywiadu w internetowym kanale Zbigniewa Stonogi. Przyznał, że obwinia się o to, że w ogóle był w tym miejscu, ale winy nie przyjął. – Ja nie spowodowałem tego wypadku. Tam mógł być każdy z nas – stwierdził. – Samochód marki KIA na pustej, trzypasmowej autostradzie zajechał mi drogę. Ze skrajnie prawego pasa wjechał na lewy pas, którym się poruszałem – mówił.

To jednak w ogóle nie zgadzało się z ustaleniami biegłych.

Akt oskarżenia, opisany w lipcu 2025 przez "Rzeczpospolitą", obciążał kierowcę BMW całkowicie. Według prokuratury:

  • Sebastian M. jechał od 315 do 329 km/h na odcinku, gdzie limit wynosił 140 km/h, a z nadmierną prędkością poruszał się co najmniej pół godziny;
  • stracił panowanie nad autem na łuku drogi i zjechał na środkowy pas, którym jechała Kia;
  • nie wezwał pomocy ani nie próbował ratować ofiar, a po wypadku dzwonił głównie do swojego ojca;
  • według jednego ze świadków zachowywał się tak, jakby uderzył w kosz na śmieci
  • Z aktu oskarżenia, który cytowała "Rzeczpospolita": "Siła odśrodkowa zniosła go na środkowy pas, którym jechała rodzina z Myszkowa. Sekundę przed uderzeniem mężczyzna zaciągnął hamulec ręczny" – czytamy.

    I dalej: "Los pokrzywdzonych podróżujących samochodem Kia był podejrzanemu obojętny. Mimo że widział płonący samochód, nie ruszył się z miejsca, w którym na autostradzie zatrzymał się jego pojazd. W żaden sposób nie starał się pomóc ludziom usiłującym wydostać pasażerów z samochodu […]. Po wyjściu z wraku […] podejrzany ubrał się w kamizelkę odblaskową, przeszedł za bariery energochłonne i oczekiwał na dalszy bieg zdarzeń, koncentrując się głównie na wykonywaniu połączeń telefonicznych do swojego ojca".

    Jeden ze świadków zeznał, że "Sebastian M. zachowywał się tak, jakby 'wjechał w kosz na śmieci'", a nie spowodował śmiertelny wypadek. "Zachowanie Sebastiana M. stanowiło wyraz skrajnego braku poczucia odpowiedzialności za bezpieczeństwo innych uczestników ruchu drogowego. Poruszając się z irracjonalną wręcz prędkością, podejrzany doprowadził do sytuacji, w której nie był w stanie uniknąć wypadku" – wskazano na koniec aktu oskarżenia.

    Wersja Sebastiana M. kontra biegli

    Proces przed Sądem Rejonowym w Piotrkowie Trybunalskim ruszył 9 września 2025 roku. Prowadziła go sędzia Renata Folkman. Na pierwszej rozprawie sąd zgodził się na wniosek obrony o mediację z rodzinami ofiar, ale nie zmieniło to biegu sprawy. Akta urosły do blisko 30 tomów.

    W lutym 2026 po raz pierwszy w procesie przemówiła rodzina ofiar. W jej imieniu głos zabrała pani Małgorzata, matka pani Martyny. – Zdecydowaliśmy się zabrać głos, widząc zachowanie pana oskarżonego i jego rodziny. Odeszli bez pożegnania, co na pewno było wbrew ich woli. O ich odejściu zdecydował pan Sebastian M., który tamtego wieczoru swoją brawurą oraz bezmyślnością narażał na niebezpieczeństwo wszystkich obecnych na drodze, jadących kierunku Katowic. Finalnie doprowadził do śmierci mojego dziecka, zięcia i ukochanego jedynego wnuczka – mówiła kobieta w emocjonalnym oświadczeniu.

    Nawet teraz mamy wrażenie, że zarówno do oskarżonego, jak i do jego rodziny nie dociera, co się tak naprawdę stało. Czas spędzony tutaj, na rozprawach, kojarzy nam się głównie z ironią i uśmiechem rodziny, co w zaistniałej sytuacji potęguje tylko nasze cierpienie.

    Pani Małgorzata

    matka pani Patrycji, która z mężem i dzieckiem zginęli na A1

    Pani Małgorzata opowiedziała, że kilkanaście minut przed wypadkiem rozmawiała z córką przez telefon i nie słyszała o żadnych problemach z autem, które sugerowała obrona. Córka powiedziała jej tylko: "Mamo, zostało nam około dwie godziny drogi i będziemy w domu".

    – Cierpimy, panie Sebastianie, nie tylko przez pana ciągłe zmiany stanowiska, pana ucieczkę do Zjednoczonych Emiratów Arabskich, gdzie zafundował pan sobie półtoraroczne luksusowe wakacje pod pretekstem rzekomego wyjazdu w celach biznesowych, czy przez stwierdzenie, że nasze dzieci zginęły w pożarze, a nie w wyniku wypadku samochodowego. Cierpimy przede wszystkim dlatego, że pan albo nie rozumie, co się stało, albo co gorsza rozumie doskonale, ale nie potrafi jako dorosły mężczyzna wziąć na swoje barki jakiejkolwiek odpowiedzialności – mówiła pani Małgorzata.

    W marcu 2026 Sebastian M. po raz pierwszy złożył obszerne wyjaśnienia. Zaprzeczył, że jechał blisko 300 km/h, tylko ok. 170 km/h. – Nie jechałem z prędkością zbliżoną do 300 kilometrów na godzinę, tego jestem pewien. Jestem pewny, że do zdarzenia doszło na lewym pasie, a nie środkowym – powiedział.

    – Gdy wysiadłem z auta, zobaczyłem słup ognia, wziąłem gaśnicę i podałem Patrykowi (pasażer samochodu Sebastiana M.), żeby pobiegł do drugiego auta, sam zostałem przy Arku (drugi pasażer), który powoli odzyskiwał świadomość. (...) Przy drugim samochodzie widziałem dwa pojazdy, ludzie szybko się zatrzymywali i próbowali ugasić pożar, ale ogień był zbyt silny – opisywał.

    Wyjazd z kraju tłumaczył zaplanowanymi wcześniej podróżami służbowymi. Potem z Niemiec pojechał do Turcji na – jak twierdził – zaplanowane spotkania i dopiero stamtąd poleciał do Zjednoczonych Emiratów Arabskich, gdzie również miał przebywać w sprawach zawodowych. Zapewniał, że "wszystkie rezerwacje hotelowe i bilety były rezerwowane na wiele miesięcy przed tym straszliwym zdarzeniem". Mówił też, że od wypadku nienawidzi go cała Polska: – Zresztą nie tylko mnie, ale także członków mojej rodziny. Politycy obu rządzących w tym czasie frakcji politycznych urządzali konferencje na mój temat. Deklarowali, że za wszelką cenę, osobistymi staraniami ściągną mnie do kraju oraz ogłaszali mnie publicznie winnym zarzucanego mi czynu w niewybrednych słowach.

    Sebastian M. podważał też bezstronność i rzetelność prokuratury. Obronie zaszkodzili świadkowie. Były pracownik oskarżonego zeznał, że jeździł z nim BMW z prędkością 304 km/h. – Nigdy wcześniej ani później niczego podobnego nie przeżyłem. To był mój rekord prędkości, dlatego zapytałem szefa, z jaką prędkością jedziemy. Sebastian odpowiedział, że to było 304 km/h – powiedział mężczyzna w sądzie, odpowiadając na pytanie dotyczące stylu jazdy Sebastiana M.

    Przesłuchano też policjantów, strażaków, pasażerów BMW i właścicieli firmy, która poprawiała osiągi auta. Kluczowe okazały się opinie biegłych z zakresu rekonstrukcji wypadków, przedstawione latem i we wrześniu 2026 roku. Według nich:

  • BMW tuż przed zderzeniem jechało od 315 do 329 km/h, a Kia około 140 km/h na tempomacie;
  • kierowca Kii nie zmieniał pasa ani nie zajechał drogi, przez cały czas jechał środkowym pasem;
  • w opinii biegłych prywatna ekspertyza zamówiona przez obronę była błędna i sąd nie włączył jej do akt, biegli wykluczyli m.in. postawioną w niej hipotezę, że Kia poruszała się na kole dojazdowym.
  • – Zajmuję się wypadkami drogowymi od 25 lat. Nie spotkałem się w swojej karierze z takimi prędkościami na drodze, z jakimi mamy do czynienia w analizowanym wypadku. Myślę, że nikt w Polsce się z takim nie spotkał. W Polsce nie ma takich dróg, na których można rozwijać takie prędkości – przyznał Marek Długosz, jeden z ekspertów.

    Dodajmy: przy 300 kilometrach na godzinę startują samoloty.

    Mowy końcowe w sądzie. Sebastian M. przemówił, matka ofiary wyszła z sali

    Mowy końcowe wygłoszono 7 października. Prokurator Aleksander Duda z Prokuratury Okręgowej w Katowicach zażądał najwyższej kary, na jaką pozwala ustawa. To 8 lat więzienia, z możliwością ubiegania się o warunkowe zwolnienie dopiero po odbyciu trzech czwartych kary, czyli sześciu lat; 15 lat zakazu prowadzenia wszelkich pojazdów mechanicznych; łącznie 2,2 mln zł zadośćuczynienia dla bliskich ofiar, w tym po 500 tys. zł dla rodziców zmarłych i 200 tys. zł dla brata.

    Prokurator mówił, że żadna kara nie przywróci rodzinie tego, co odebrał jej oskarżony, a jego jazdę porównał do gry w rosyjską ruletkę.

    Sebastian M. usiadł za kierownicą swojej rakiety. Gdy znalazł się na autostradzie, zajął lewy pas i wbił pedał gazu w podłogę, rozpoczynając w ten sposób rosyjską ruletkę z życiem innych uczestników ruchu. (...) Pędził lewym pasem i agresywnie migając światłami drogowymi, oskarżony żądał natychmiastowego usunięcia się z jego trasy od każdego, kto stanął na drodze. (...) Zachowywał się tak, jakby nie obowiązywały go reguły odpowiedzialności za swój czyn. Nie wahał się zrzucać winy na swoje ofiary.

    Prokurator Aleksander Duda

    o Sebastianie M.

    – Państwo nie dysponuje w tej sprawie karą w pełni odpowiadającą ciężarowi tej tragedii – mówił prokurator Duda. Zwrócił też uwagę na postawę Sebastiana M. w czasie procesu: "Nawet śmierć całej rodziny nie była wystarczającym powodem do zakwestionowania obrazu samego siebie. (...) Nigdy na tej sali nie padło słowo 'przepraszam'".

    Najmocniej zabrzmiała mowa pani Małgorzaty. – Nasz cały świat się zawalił. Odebrano nam to, co było najdroższe i najcenniejsze w życiu – powiedziała matka pani Martyny. Zwróciła się też w stronę oskarżonego: "Ten człowiek miał wybór, mógł zdjąć nogę z gazu, nasze dzieci wyboru nie miały".

    Obrończyni Katarzyna Hebda wniosła o uniewinnienie, kwestionując ustalenia biegłych. Obrona wskazywała m.in., że nadmierna prędkość nie oznacza, że to samochód Sebastiana M. doprowadził do kontaktu z drugim autem. "Nie można powiedzieć, że oskarżony spowodował tę tragedię" – przekonywała obrona.

    Sam Sebastian M. przeprosił rodziny ofiar, przyznał, że przekroczył prędkość, ale do końca nie przyznał się do winy. – Najszczersze wyrazy współczucia w związku ze śmiercią państwa dzieci, nie ma adekwatnych słów, żeby opisać stratę, cierpienie i ból – rozpoczął oskarżony. – Zawsze żyłem w poszanowaniu życia ludzkiego, a rodzina była dla mnie najważniejsza. Dlatego staram się z państwem utożsamić, utożsamić z państwa cierpieniem i stratą. Nie ma dnia, abym nie myślał o wypadku, który nie powinien się wydarzyć. Ta tragedia zmieniła los i życie wielu rodzin. Przekroczyłem prędkość, do czego nie powinienem dopuścić. Przepraszam – mówił.

    Przekonywał też: "Media zrobiły ze mnie człowieka, którym nie jestem". Poprosił sąd o uniewinnienie, twierdząc, że dowody przeczą opinii biegłych. Kiedy Sebastian M. wypowiadał te słowa, matka pani Martyny wyszła z sali sądowej ze łzami w oczach. – Tego nie można było słuchać – mówiła mediom na korytarzu.

    Zanim ktokolwiek dysponował kompletnym materiałem, zanim przesłuchano biegłych, dla opinii publicznej było już wiadomo, że to ja zabiłem trzy osoby.

    Sebastian M.

    mowa końcowa w sądzie

    – Posiadam prawo jazdy od 18. roku życia i nigdy nie spowodowałem kolizji ani wypadku. Żyłem zawsze z poszanowaniem życia ludzkiego i nigdy nie chciałem nikomu zrobić krzywdy. Uważam, że materiał dowodowy stoi w sprzeczności z ustaleniami biegłych, dlatego proszę sąd o uniewinnienie mnie od zarzutu spowodowania wypadku – przekonywał.

    – Gdyby była możliwa kara 20 lat, wnosiłbym o 20. Gdyby 30, wnosiłbym o 30 – powiedział pełnomocnik rodziny ofiar. Na koniec swojej mowy powiedział: – Mam tylko obraz niebieskiego kocyka z pieskami, który należał do Oliwiera, który zobaczył jeden ze strażaków. Był to ulubiony kocyk Oliwiera.

    Dlaczego 8 lat, a nie dożywocie

    Trzy ofiary śmiertelne i ponad 300 km/h na liczniku, a mimo to sąd nie mógł wymierzyć więcej niż 8 lat więzienia. Wynika to z przepisu, na podstawie którego oskarżono Sebastiana M.

    Art. 177 § 2 Kodeksu karnego dotyczy wypadku drogowego ze skutkiem śmiertelnym i przewiduje od 6 miesięcy do 8 lat więzienia. To przestępstwo nieumyślne: sprawca łamie zasady ruchu, ale nie chce nikogo zabić. Liczba ofiar nie podnosi górnej granicy kary.

    Kodeks pozwala zaostrzyć ją o połowę, czyli do 12 lat, ale tylko w dwóch sytuacjach: gdy sprawca był pijany lub pod wpływem narkotyków albo gdy uciekł z miejsca wypadku. Żadna z nich nie dotyczyła tej sprawy. Sebastian M. był trzeźwy, a po zderzeniu został na autostradzie. Kraj opuścił dopiero później.

    Surowsza kwalifikacja, na przykład zabójstwo z zamiarem ewentualnym, wymagałaby wykazania, że kierowca godził się na śmierć innych osób. Prokuratura nie postawiła takiego zarzutu, więc po wypadku na A1 pod Piotrkowem Sebastian M. uniknął oskarżenia o zabójstwo. Dlatego 8 lat było granicą, której sąd nie mógł przekroczyć.

    Ta granica frustruje bliskich ofiar.

    Co dalej

    To wyrok sądu pierwszej instancji, więc nie jest prawomocny. Każda ze stron (prokuratura, oskarżyciele posiłkowi i obrona) może się od niego odwołać do Sądu Okręgowego w Piotrkowie Trybunalskim. Najpierw trzeba złożyć wniosek o pisemne uzasadnienie, a po jego doręczeniu jest 14 dni na apelację.

    Obrona już zapowiedziała, że złoży taki wniosek.

    Niezależnie od rozstrzygnięcia otwarte pozostają pytania o działania policji i śledczych w pierwszych godzinach po wypadku. Właśnie wtedy sprawca zdążył wyjechać z Polski.