
Toast za zmarłą podczas pogrzebu, ulubiona piosenka zamiast żałobnego marszu, a nawet awatar przemawiający w imieniu nieżyjącej osoby. Ostatnie pożegnania się zmieniają. Bliscy coraz częściej odchodzą od patosu i sztywnych rytuałów. Chcą, by ceremonia przypominała człowieka, którego żegnają – jego charakter, przyzwyczajenia i sposób patrzenia na świat. – Ten rodzaj nadanych nam rytuałów i wartości, przekazywanych przez symbole i słowa, przestał nam odpowiadać – zauważa Marta Tarnowska, socjolożka, edukatorka i celebrantka, członkini kolektywu Instytutu Dobrej Śmierci.
Kilka starszych osób wstaje z ławek i wychodzi z kaplicy. Zamiast żałobnego marsza z głośników płynie muzyka i żarty w stylu Monty Pythona. Zmarły uwielbiał brytyjski czarny humor i właśnie takiego pożegnania sobie zażyczył.
– Prawdopodobnie nie spodobała im się taka forma pożegnania – przypuszcza Marcin Brodowski, mistrz świeckich ceremonii pogrzebowych. – A przecież pogrzeby na wesoło też się zdarzają.
Ktoś inny przed śmiercią poprosił, by na jego pogrzebie mistrz ceremonii opowiadał dowcipy. To akurat okazało się trudniejsze, niż mogłoby się wydawać.
– Samo znalezienie żartu nie stanowi problemu. Trzeba jeszcze wybrać taki, który rozbawi uczestników ceremonii. Ostatecznie się udało – wspomina.
Brodowski wie, że dla części osób śmiech podczas pogrzebu może być szokujący. Sam nie uważa go za coś niestosownego, o ile nie przekracza granicy braku szacunku.
– Mam świadomość miejsca, w którym jestem. Najczęściej są to kaplice na cmentarzach komunalnych, ale zdarza mi się prowadzić ceremonie również na cmentarzach parafialnych. Uważam jednak, że uśmiech, a nawet głośny śmiech podczas pogrzebu są jak najbardziej na miejscu.
Katarzyna Kaczmarek, celebrantka i mistrzyni ceremonii pogrzebowych, także spotyka się z nietypowymi życzeniami. Zanim jednak przystąpi do pisania scenariusza, długo rozmawia z bliskimi zmarłego. Nierzadko te rozmowy zmieniają ich początkowe oczekiwania.
– Dochodzi do głosu zrozumienie, ale też potrzeba opłakania tej osoby. Rodziny zaczynają wierzyć, że można płakać i że publiczny płacz nie jest oznaką słabości – opowiada.
Jak sukienka
Przez lata pogrzeb kojarzył się przede wszystkim z powagą, czernią i ustalonym rytuałem. Dziś coraz częściej pojawiają się w nim osobiste akcenty: anegdoty, ulubiona muzyka, wspomnienia czy slajdy ze zdjęciami.
Marcin Brodowski prowadzi ceremonie świeckie, ale uczestniczy też w pogrzebach kościelnych. Wtedy ksiądz odpowiada za liturgię, a on za osobistą opowieść o zmarłym. Czasem zabiera głos jeszcze podczas mszy, innym razem czeka na uczestników przy grobie, aż zakończą się uroczystości w kościele.
– Niezależnie od tego, czy uroczystość odbywa się w kościele, czy poza nim, bliscy chcą usłyszeć coś o osobie, którą stracili – zaznacza.
Ta opowieść nie kończy się na słowach. Jeśli rodzina prosi, by uczestnicy pogrzebu założyli coś w ulubionym kolorze zmarłego, Brodowski szuka prostego sposobu, by spełnić tę prośbę. Wystarczy kolorowa chusteczka, apaszka albo kwiat.
Zdarza się też, że na ceremonię przynosi przedmiot związany z pasją zmarłego. Może to być krzyżówka, którą lubił rozwiązywać, albo piłeczka golfowa, jeśli chętnie spędzał czas na polu golfowym. W odpowiednim momencie pokazuje te przedmioty uczestnikom, a później składa je przy trumnie lub grobie.
Te gesty pozwalają przypomnieć sobie zmarłego nie tylko jako osobę, którą trzeba pożegnać, ale przede wszystkim jako człowieka – z własnymi przyzwyczajeniami, pasjami i historii.
Katarzyna Kaczmarek podkreśla, że osobiste rytuały służą przede wszystkim tym, którzy zostają. Pomagają im pożegnać bliską osobę i odnaleźć się w rzeczywistości, w której już jej nie ma.
– Pożegnanie to nie jest uroczystość dla osoby zmarłej, tylko dla tych, którzy zostali. Trzeba je przygotować tak, by czuli się zaopiekowani – zaznacza.
Jej zdaniem w coraz szybszym, pełnym niepewności świecie potrzebujemy rytuałów, które pomogą nam zamknąć pewien etap i nauczyć się życia po stracie. Niektóre z nich warto przywrócić.
Kiedyś zmarły przez trzy doby leżał w domu. Bliscy gromadzili się wokół niego, żegnali się, ale też jedli i pili w jego obecności. Śmierć była częścią domowej codzienności, a zmarły pozostawał wśród swoich aż do pogrzebu.
– Przepisy sanitarne sprawiły, że jest bezpieczniej i bardziej higienicznie, ale jednocześnie oddaliliśmy się od naszych zmarłych – zauważa Kaczmarek.
Chodzi o to, by oswoić samą śmierć oraz dać sobie przestrzeń na przeżycie żałoby. Dlatego Kaczmarek zachęca rodziny, by wspólnie przygotowywały pożegnanie, dopasowane do osoby, którą straciły. Porównuje je do szycia sukienki na miarę.
Jednym z takich rytuałów jest malowanie trumny. Bliscy sami wybierają kolory i wzory, zostawiając na niej coś od siebie.
Katarzyna Kaczmarek
celebrantka i mistrzyni ceremonii pogrzebowych
Moja rozmówczyni podkreśla, że w pożegnaniu nie chodzi o przepych, lecz o osobisty wkład tych, którzy zostają. Przez lata trumny miały być przede wszystkim eleganckie: lakierowane, bogato zdobione, pełne złota i ornamentów. Tymczasem nawet najbardziej wystawna oprawa nie zastąpi tego, co bliscy chcą przekazać zmarłemu od siebie.
– W życiu sprawdzają się gesty czułości, gesty bliskości. To, że jest się ze swoim zmarłym i daje mu ogrom serca nawet w tej ostatniej chwili – zaznacza.
Trzeba się postarać
Katarzyna Kaczmarek pamięta ceremonię, która rozmachem przypominała bardziej event promocyjny niż pogrzeb. Uczestniczyło w niej około 500 osób, a po uroczystości odbyło się jeszcze spotkanie w hotelu.
– Nie oceniam tego ani nie oburzam się. Każdy ma inną wrażliwość i potrzebuje innego pożegnania. Po prostu nie byłam przygotowana na tak ogromne przedsięwzięcie – przyznaje.
Marcin Brodowski nie przypomina sobie z kolei szczególnie spektakularnych czy kontrowersyjnych próśb. Pamięta za to, że ktoś chciał, by na pogrzebie założył kapelusz, taki sam, jaki przez lata nosił ojciec tej osoby. Odmówił.
Nie chce udawać kogoś, kim nie jest. Niektórzy mistrzowie ceremonii zakładają togi albo łańcuchy z orłem. Brodowski wybiera inną drogę.
– Jestem człowiekiem z krwi i kości, takim samym jak uczestnicy ceremonii. Jestem jednym z nich. Po prostu wykonuję taki, a nie inny zawód. Nie chcę robić z tego przebieranki – uzasadnia.
Nie potrzebuje spektakularnych pomysłów, żeby nadać ceremonii osobisty charakter. Czasem wystarczy uważnie wsłuchać się w historię zmarłego i bliskich. Podczas jednego z pogrzebów syn zmarłej kobiety napisał list pożegnalny, ale nie był w stanie sam go odczytać. Zrobił to za niego Brodowski.
W liście znalazło się zdanie, że kiedy wszyscy wrócą do domu, mama na pewno chciałaby, żeby wznieśli za nią toast kieliszkiem wina. Brodowski uznał, że nie ma powodu czekać do wieczora.
– Po drodze kupiłem kilka butelek wina bezalkoholowego. Kiedy uczestnicy byli już w kaplicy, poprosiłem pracowników obsługi pogrzebowej, żeby przelali je do kieliszków. Po odczytaniu listu powiedziałem, że nie ma sensu czekać do wieczora – opowiada.
Uczestnicy ceremonii wznieśli toast za zmarłą. Brodowski zażartował do pracowników obsługi, czy wcześniej pracowali jako kelnerzy.
– Myślę, że to zostawiło w ludziach pozytywny ślad. Czasami wystarczy drobny gest, żeby pożegnanie stało się naprawdę osobiste. Trzeba tylko odrobinę się postarać – podkreśla.
Ciąg dalszy tekstu poniżej
Zobacz także
Planują swój pogrzeb
Nawet jeśli śmierć poprzedza długa choroba, trudno przygotować się na chwilę, w której bliskiej osoby zabraknie. A kiedy już ten moment nadchodzi, trzeba nie tylko zmierzyć się ze stratą, lecz także zorganizować pogrzeb, podjąć dziesiątki decyzji i sprostać oczekiwaniom rodziny.
Katarzyna Kaczmarek
celebrantka i mistrzyni ceremonii pogrzebowych
Nie zawsze łatwo ustalić, jak powinno wyglądać ostatnie pożegnanie. Rodzina może mieć różne wyobrażenia, a za nimi stoją emocje, wspomnienia i niekiedy wieloletnie konflikty.
– Jeśli na przykład umiera mąż, a w rodzinie są napięcia między żoną a jego rodzicami, to właśnie żona jako najbliższa osoba odpowiada za organizację pożegnania. Jeśli wie, że mogą pojawić się konflikty, rozmawiamy wcześniej o tym, jak przeprowadzić ceremonię, żeby nikt nie poczuł się urażony – wyjaśnia Kaczmarek.
Najpierw ustalają, na co zgadza się osoba organizująca pogrzeb i gdzie przebiegają jej granice. Dopiero później przychodzi czas na rozmowy z pozostałymi bliskimi. Dzięki temu Kaczmarek wie, jakie rozwiązania może zaproponować i gdzie szukać kompromisu.
– Zawsze udaje się pogodzić te strony. To kwestia podejścia i dobrej woli. Bo każdy tę dobrą wolę ma, tylko czasem o tym nie wie – kwituje.
Niektórzy wolą zawczasu zadbać o to, by bliscy wiedzieli, jak wyobrażają sobie własny pogrzeb. Zdarza się, że jeszcze za życia kontaktują się z mistrzem ceremonii. Inni zostawiają rodzinie konkretne wskazówki.
Jeden z mężczyzn zostawił bliskim kartkę z numerem telefonu Marcina Brodowskiego i prośbą, by się z nim skontaktowali. Wybrał również utwór, który miał zabrzmieć podczas jego pogrzebu. Tytuł? "Gdy odwalę kitę".
– Kiedy go wymieniłem, zobaczyłem konsternację na twarzach uczestników. Tytuł może szokować, ale tekst ma sens – opowiada Brodowski.
Mistrz ceremonii otrzymuje też wiadomości od osób, które chciałyby, by to właśnie on kiedyś poprowadził ich ostatnie pożegnanie. Piszą do niego w mediach społecznościowych, dzwonią i pytają, czy mogą opowiedzieć mu o swoich oczekiwaniach.
– Jestem otwarty na takie rozmowy. Mogę poznać czyjąś historię, wysłuchać oczekiwań i dowiedzieć się, jak ta osoba wyobraża sobie swoją ceremonię. Nie chcę jednak brać pieniędzy za coś, co być może będę robił dopiero za wiele lat. Zresztą skąd mam wiedzieć, czy sam dożyję tej chwili? – mówi z ironią.
Ostatnie słowo należy do żywych
Na cmentarze wkraczają nowe technologie. Podczas ceremonii wyświetla się filmy, odtwarza ulubioną muzykę, a nawet puszcza piosenki napisane specjalnie o zmarłym. Jak opowiada Katarzyna Kaczmarek, takie utwory powstają na podstawie mowy pogrzebowej, a po uroczystości rodzina otrzymuje je na pamiątkę.
Są jednak granice, których – jej zdaniem – technologia nie powinna przekraczać.
– Nie da się zastąpić mowy pogrzebowej napisanej przez człowieka. To człowiek zna uczucia, wie, o co zapytać bliskich i co powinno znaleźć się w pożegnaniu. Potrzebny jest też ktoś, kto przeprowadzi rodzinę przez przygotowania do pogrzebu i samo pożegnanie – podkreśla.
Katarzyna Kaczmarek przez wiele lat pracowała jako dziennikarka Polskiego Radia. Doświadczenie zdobyte przed mikrofonem przydaje jej się wtedy, gdy staje przed żałobnikami.
Kaczmarek sprzeciwia się tworzeniu awatarów zmarłych, które dzięki sztucznej inteligencji mogłyby przemawiać do bliskich. Takie rozwiązania testowano już na Zachodzie. Jej wątpliwości budzi nie sama technologia, lecz to, że pozwala przypisywać zmarłym słowa, których nigdy nie wypowiedzieli.
– Nie wiemy, co ta osoba naprawdę by nam powiedziała, jak by się z nami pożegnała. Jeśli zostawiła nagranie, możemy je odtworzyć. Ale tworzenie wypowiedzi, których nigdy nie nagrała, i wkładanie ich w usta awatara jest, moim zdaniem, nieuczciwe – zaznacza.
Dużo życia dookoła mnie
Zanim Marcin Brodowski został mistrzem ceremonii, przez 30 lat pracował jako dziennikarz w TVP3 Wrocław. Jeździł na miejsca wypadków i katastrof, zajmował się sprawami sądowymi i policyjnymi. Śmierć była częścią jego zawodowej codzienności na długo przed tym, zanim zaczął prowadzić ostatnie pożegnania. Dziennikarskie doświadczenie przydaje mu się również dziś, gdy musi znaleźć odpowiednie słowa i opowiedzieć o czyimś życiu przed zgromadzonymi bliskimi.
– Chociaż jestem blisko śmierci, to jednak jest tu dużo życia dookoła mnie – podkreśla.
To życie dostrzega w historiach osób, które żegna, ale też w bliskich przychodzących na pogrzeb. Wielu z nich dziękuje mu za to, co dla nich robi. Z niektórymi pozostaje w kontakcie również po ceremonii.
Każde pożegnanie jest dla niego także spotkaniem z czyjąś historią. Czasem pozwala spojrzeć na coś z innej perspektywy, czasem staje się lekcją, a czasem skłania do refleksji nad własnym życiem i błędami, których chciałoby się uniknąć.
Są jednak pogrzeby, po których potrzebuje więcej czasu, by dojść do siebie. Najtrudniejsze są dla niego pożegnania dzieci. Trudno zachować dystans, kiedy widzi się rozpacz rodziców i rówieśników zmarłego.
Okiem ekspertki
Jak zauważa Marta Tarnowska, socjolożka, edukatorka i celebrantka, członkini kolektywu Instytutu Dobrej Śmierci, tradycyjne pogrzeby z mszą i ustalonym przebiegiem wciąż pozostają najpopularniejszą formą pożegnania. Coraz więcej osób szuka jednak ceremonii bardziej osobistych, w których jest miejsce na indywidualne potrzeby i świadome pożegnanie bliskiej osoby.
– W moim odczuciu mamy do czynienia z dosyć szybko zmieniającym się obyczajem. Ta część funeralna naszej kultury zmienia się relatywnie najwolniej, ale na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat nastąpiła bezprecedensowo szybka zmiana kulturowa – zauważa Marta Tarnowska.
Socjolożka wiąże te przemiany z powojenną zmianą stylu życia. Gdy polskie społeczeństwo miało przede wszystkim charakter rolniczy, mieszkańcy wsi dzielili podobne wartości i zwyczaje. Znajdowały one odzwierciedlenie w rytuałach towarzyszących najważniejszym momentom życia – od chrztu i ślubu po pogrzeb. Masowe migracje z małych miejscowości zmieniły ten porządek. Wraz z codziennością zmieniały się też potrzeby i oczekiwania ludzi.
– Ten rodzaj nadanych rytuałów i wartości, przekazywanych przez symbole i słowa, przestał nam odpowiadać. Dla wielu z nas nie jest już adekwatny do tego, jak żyjemy – podkreśla Tarnowska.
Jak zauważa, coraz więcej osób poszukuje innych sposobów wyrażania siebie, również w sferze duchowości. Tradycyjne obrzędy, w dużej mierze ukształtowane przez Kościół katolicki, nie dla wszystkich pozostają oczywistym wyborem. Zmiana dotyczy zresztą nie tylko pogrzebów.
– To, jak zindywidualizowały się nasze wybory dotyczące samego życia, pracy, konsumpcji czy relacji, znajduje swój wyraz w tym, w jaki sposób chcemy przeżywać ważne momenty i podkreślać je w rytualny, ceremonialny sposób – mówi socjolożka.
Chcemy mieć wpływ na pożegnanie
Indywidualizacja dotyczy również tego, co dzieje się po śmierci bliskiej osoby. Jak opisuje Tarnowska, model kompleksowej usługi pogrzebowej zakłada przejęcie przez firmę większości obowiązków: od zajęcia się ciałem i formalnościami po przygotowanie ceremonii. Nie każda rodzina chce jednak oddać wszystkie decyzje w cudze ręce.
– Dla części osób – i jest to niemała grupa – ważne jest, żeby zachować wpływ na formę i przebieg ceremonii. Możliwość zdecydowania, co i jak będzie wyglądało, w jakim tempie będzie się odbywało, oraz zrobienia czegoś jeszcze dla zmarłego często przynosi ukojenie – wskazuje Tarnowska.
Potrzeba ta może mieć bardzo konkretny wymiar. Chodzi o umycie i ubranie ciała, uczesanie zmarłego czy dotknięcie jego dłoni przed zamknięciem trumny lub kremacją. Jak zauważa socjolożka, takie gesty mogą być szczególnie ważne dla rodzin, których bliski spędził ostatni etap życia w szpitalu, pośród aparatury medycznej.
– Intelektualnie zdajemy sobie sprawę, że osoba nie żyje, ale jakoś to do nas nie dociera. Duża część z nas potrzebuje zmysłowego, fizycznego kontaktu przez dotyk, żeby uświadomić sobie, co w ogóle się wydarzyło – tłumaczy Tarnowska.
Obecność przy ciele może dać bliskim również przestrzeń na pożegnanie, wypowiedzenie tego, co pozostało niewypowiedziane, i wykonanie ostatniego gestu wobec zmarłego.
Zmienia się także podejście do miejsca pochówku. Tarnowska zwraca uwagę na niechęć części osób do kamiennych kolumbariów i murowanych krypt oraz zainteresowanie grobami ziemnymi i kwaterami leśnymi, które pozwalają inaczej myśleć o związku człowieka z przyrodą.
Nie wszystko, co dziś wydaje się nowością, jest jednak zupełnie nowe.
– Duża część tych innowacji, o których teraz mówimy, to zjawiska i praktyki, które jeszcze nie tak dawno były dosyć powszechne. Chowanie w grobach ziemnych, czuwanie czy samodzielna opieka nad ciałem w gronie bliskich były oczywistością dla pokolenia naszych dziadków – przypomina socjolożka.
Zdaniem Tarnowskiej szczególnie wyraźnie brak ustalonych rytuałów może być odczuwalny przy kremacji. Rodziny często mają niewiele czasu na pożegnanie przed spopieleniem, a sam moment bywa dla nich trudny do oswojenia. Dla porównania badaczka przywołuje dawne wiejskie zwyczaje, między innymi śpiewy podczas tzw. pustych nocy. Wspólne czuwanie pozwalało bliskim i sąsiadom towarzyszyć rodzinie zmarłego i przechodzić przez pierwsze dni żałoby razem.
Dziś – jak zauważa Tarnowska – na nowo szukamy sposobów, by pożegnać zmarłego i przeżyć stratę. Nie zawsze chcemy już korzystać z gotowego scenariusza. Coraz częściej potrzebujemy znaleźć własny.




