
Jeśli nas stać, to wybieramy hotele o najwyższym standardzie. Tymczasem francuski dyrektor i japoński partner w korporacji prawniczej robią na odwrót. Z różnych pobudek obaj panowie wolą mieszkać w hostelach. Według nich tak jest taniej i dużo ciekawiej.
REKLAMA
Jak wakacje, to tylko All Inclusive. Najlepiej najwyższy standard. Pięć gwiazdek. Takie raporty co chwila docierają do nas z różnych biur podróży. Po prostu lubimy luksus. Tymczasem ci, którzy mogą z niego korzystać na co dzień, chętniej wybierają dużo tańsze hostele. Poznaliśmy szefów w dwóch zagranicznych firmach, którzy nocują w nich zdecydowanie częściej, niż można by się spodziewać. Ich pobudki są różne, ale łączy ich jedno - niechęć do hoteli.
– Mieszkanie w hostelach to najfajniejszy sposób podróżowania – uważa Takura, partner dużej międzynarodowej korporacji prawniczej. – Hotelowa recepcja poda mi tylko oklepane miejsca, albo takie, gdzie pracują ich znajomi. Tymczasem w hostelu mogę się wymieniać doświadczeniami z innymi podróżnikami. Łatwiej nawiązać tam kontakt z innymi ludźmi. W hotelu pięciogwiazdkowym każdy musi trzymać fason, czasami udaje się kogoś zupełnie innego. Klienci są zamknięci w sobie, poważni. W hostelu jest na odwrót, wszyscy chcą wszystkich poznać – wyjaśnia Japończyk.
Sporo w tym prawdy. Na własnej skórze przekonałem się o tym przebywając ostatnio w Madrycie. Nie ważne dokąd „uciekałem” wszędzie wpadałem na ludzi, którzy po prostu zaczynali ze mną rozmawiać. Wystarczył jeden wieczór, bym poznał sporo osób z różnych zakątków świata. W hotelu pięciogwiazdkowym coś takiego raczej nigdy nie grozi. Jedyna osoba, która do mnie zagadała to kelner, który chciał przyjąć zamówienie i rozliczyć rachunek.
– Nie ma co przepłacać – uważa Clement Gravereaux, dyrektor francuskiej firmy pod Toruniem. – Skoro i tak przez cały dzień mnie tam nie ma, to po co mam płacić? Za trzymanie walizki i kilka godzin snu? We śnie nie patrzę na standardy. Poza tym hostele wcale nie mają złych warunków. Dostajesz czyste łóżko i pościel. Co do śniadań, to kiedy jesteś w delegacji możesz gdzieś zjeść je z klientem gdzieś na mieście – uważa Clement.
Skąd u osób na tak wysokich stanowiskach miłość do hosteli? – Robię to z przyzwyczajenia – tłumaczy Takura, który w młodości wybierał hostele i tak mu zostało. – Przyzwyczaiłem się do tego. Poza tym w hostelu poznam więcej ciekawych osób, a nawet nawiążę kontakty biznesowe. Ludzie nie chcą w to uwierzyć, ale taka jest prawda – mówi nam prawnik.
Naszemu rozmówcy chodzi o historię sprzed kilku lat. Podczas jednego ze swoich wojaży spotkał drugiego Japończyka. Ten był ubrany w brudny t-shirt i sandały. Zaczęli rozmawiać i po krótkim czasie okazało się, że przypadkowo poznany mężczyzna jest prezesem dużej japońskiej spółki handlowej. – Trudno w to uwierzyć, że dwie osoby na takich stanowiskach wybierają hostel zamiast hotelu. Wynika z faktu, że w tym miejscu możemy być sobą. W pięciogwiazdkowym hotelu nie wypadałoby ubierać się w taki sposób. Tymczasem w hostelu wszystko uchodzi na „sucho” – uważa Takura.
To nie oznacza, że nasz japoński prawnik w ogóle nie korzysta z pięciogwiazdkowych hoteli. Jak zaznacza, kiedy jedzie w delegację to musi w nich mieszkać. To wynika z faktu, że dobre hotele są po prostu lepiej skomunikowane. Podczas wyjazdów biznesowych ma kilka spotkań w ciągu dnia, więc musi być w miejscu centralnie położonym. – Tu nie przemawia przeze mnie snobizm, ale nie będę trzymał swoich garniturów wśród spoconych wędrowców. Muszę reprezentować firmę, a hostel jaki by nie był, nie da mi takich warunków, jak luksusowy hotel – mówi Takura.
Inaczej uważa Clement, który także podczas delegacji wybiera nocleg w hostelu. Robi to z szacunku do swoich pracowników. – Jedna moja noc w hotelu pięciogwiazdkowym to tyle ile któryś z moich podwładnych zarobi w tydzień – tłumaczy Gravereaux. – Hostel jest tańszy, więc oszczędzam pieniądze dla firmy. Mamy kryzys, więc każdy musi to robić. Nocuję w hotelach tylko wtedy, kiedy wożę delegację z Francji, ale bądźmy szczerzy wszystkie hotele są takie same. Nieważne jaka sieć, każdy pokój jest identyczny. Hostel daje jakąś różnorodność – opowiada Francuz.
Znajomi Takury z kręgów prawniczych nie są w stanie uwierzyć, że woli hostele od hoteli. Często powtarzają mu, że jest mało poważny. Zwłaszcza, że czasami zabiera do nich swoje dzieci. – Dla moich synów to nauka – uważa Japończyk. – Uczą się życia. Dzięki temu poznają różne nowe osoby, przestają bać się kontaktowania ze światem. Hostele nie mają tych sztucznych barier, więc każdy porozmawia z moimi ciekawskimi dziećmi. Wyjeżdżając w takie miejsca nie są oderwane od rzeczywistości – mówi Takura.
Nieco inne zdanie na ten temat ma Francuz. Opowiada nam, że choć coraz częściej spotyka się z rodzinami i osobami w podeszłym wieku, to jednak następuje pewne oderwanie. Obwinia za to Facebook. – Gdzie bym nie poszedł, każdy siedzi w internecie. Wrzucają nowe posty i chwalą się, że są w takim i takim miejscu. Dziś ciężej się rozmawia z mieszkańcami hosteli niż jeszcze dziesięć lat temu. Ale co tam narzekać. Nie idę tam po to, by poznawać nowe osoby. Idę tam się przespać i nie przepłacić. Dlatego to miejsce spełnia swoje obowiązki – mówi Gravereaux.
Czasami nocleg w pięciogwiazdkowym hotelu ma swoje uzasadnienie. Tak jak w przypadku ważnych wyjazdów biznesowych czy romantycznych wycieczek. Zdecydowanie za często zdarza się jednak, że ludzie wydają osądy na temat hosteli jeszcze zanim z nich skorzystali. Można usłyszeć o karaluchach pod poduchami i podobne tego typu historie. Może warto przełamać niechęć i podczas najbliższej podróży wybrać hostel? Kto wie, może spotkasz w nim bohatera naszego tekstu.
