
Lista kilkudziesięciu drinków do wykucia na pamięć, kilkadziesiąt ćwiczeń do wykonania, a na koniec trudny egzamin – tak Andrzej, 21-latek ze Starachowic podsumowuje pierwsze dni kursu barmańskiego, na który przyjechał do stolicy. Choć jeszcze kilka dni temu był przekonany, że w wakacje czeka go łatwe, lekkie i przyjemne doświadczenie, dziś nie jest pewien, czy w dwa tygodnie opanuje cały materiał niezbędny, by dostać certyfikat. Bo praca barmana wcale nie jest tak łatwa, jak się wydaje.
REKLAMA
Stoi za barem, nalewa piwo, czasem zamiesza jakiegoś drinka – tak o pracy w lokalu myśli wielu studentów, którzy w wakacje szturmują szkoły barmańskie. Wielu z nich przychodzi na kursy, by zdobyć papier, a później jak najszybciej załapać pracę w jakimś klubie. Na kursie szybko spotyka ich rozczarowanie. Tak, jak Andrzeja, 21-letniego studenta UW.
Trudna rzeczywistość
Andrzej pochodzi ze Starachowic, w wakacje wrócił do Warszawy tylko na kurs barmański. Planował przepracować w knajpie cały wrzesień, może też październik. Już po pierwszych zajęciach okazało się jednak, że kurs, który miał przygotować go do wakacyjnej pracy nie będzie ani lekki, ani łatwy. Andrzej siedzi w szkole po kilka godzin dziennie, a z pierwszych zajęć przyniósł obszerny, liczący kilkadziesiąt stron skrypt i obietnicę, że kurs zakończy się trudnym egzaminem.
Andrzej pochodzi ze Starachowic, w wakacje wrócił do Warszawy tylko na kurs barmański. Planował przepracować w knajpie cały wrzesień, może też październik. Już po pierwszych zajęciach okazało się jednak, że kurs, który miał przygotować go do wakacyjnej pracy nie będzie ani lekki, ani łatwy. Andrzej siedzi w szkole po kilka godzin dziennie, a z pierwszych zajęć przyniósł obszerny, liczący kilkadziesiąt stron skrypt i obietnicę, że kurs zakończy się trudnym egzaminem.
– Za pierwszym razem nie zdaje go duża część osób, która do niego podchodzi. Trzeba później douczać się, ćwiczyć i iść na egzamin po raz kolejny – Andrzej powtarza to, co usłyszał od innych uczestników szkolenia.
Sam pokazuje natomiast materiały, które dostał do przygotowań, wśród nich gruby skrypt z długą listą drinków o skomplikowanych składach i nazwach (– Ze trzy rodzaje "seksów" na przykład – śmieje się Andrzej).
– Mam też do wykonania wiele ćwiczeń. Na przykład takie, że stoją przede mną cztery szklanki, a ja muszę w każdej z nich wykonać inny drink, wlewając alkohole w odpowiedniej kolejności i proporcjach, dotykając jednej butelki tylko raz – podaje przykład.
Jak kucharz i kelner
Refleksje Andrzeja nie dziwią Patryka Le Narta z Międzynarodowej Szkoły Barmanów i Sommelierów. Wie, że o pracy za barem często myśli się jak o prostym nalewaniu piwa. Bardzo szybko wyjaśnia mi jednak, na czym polega różnica.
Refleksje Andrzeja nie dziwią Patryka Le Narta z Międzynarodowej Szkoły Barmanów i Sommelierów. Wie, że o pracy za barem często myśli się jak o prostym nalewaniu piwa. Bardzo szybko wyjaśnia mi jednak, na czym polega różnica.
– To jak z pracą w restauracji. Tylko tam są dwie osoby – kucharz gotuje, a kelner sprzedaje to, co on ugotował. Od obu zależy powodzenie lokalu. Barman, jeśli chodzi o napoje, musi być nimi oboma na raz – mówi. – Najważniejsza w tej pracy jest psychologia, trzeba nauczyć się pracować z klientem. Tego nie będzie potrafił nikt, kto przyjdzie z ulicy – mówi i dodaje, że osoby bez porządnego przeszkolenia i tak nikt nie zatrudni.
– Jeśli ktoś chce tylko nalewać piwo za kiepską dniówkę, ok. Ale jeśli myśli o porządnych pieniądzach, musi się przyłożyć – zaznacza.
Warto się starać
Żeby być naprawdę niezłym, potrzeba jednak lat pracy. I nastawienia, że bar to nie tylko praca wakacyjna. – Jeśli ktoś tak podchodzi, prawdopodobnie nie będzie chciał się uczyć, a to oznacza, że skończy na nalewaniu piwa w ogródku – mówi Patryk Le Nart.
Żeby być naprawdę niezłym, potrzeba jednak lat pracy. I nastawienia, że bar to nie tylko praca wakacyjna. – Jeśli ktoś tak podchodzi, prawdopodobnie nie będzie chciał się uczyć, a to oznacza, że skończy na nalewaniu piwa w ogródku – mówi Patryk Le Nart.
Żeby osiągnąć wysoki poziom trzeba jednak dużo treningu. Tomasz Małek, dziś pięciokrotny mistrz Niezależnej Ligi Barmanów Flair (IFL) i siedmiokrotny mistrz świata w tej dyscyplinie, zaczynał jako bar back, czyli pomoc barmana. Dopiero półroczny trening pozwolił mu na samodzielność w zawodzie. Dziś, żeby utrzymać mistrzowski poziom, ćwiczy kilka godzin dziennie.
Nawet dla tych, którzy nie mają ambicji na mistrzostwo w zawodach barmanów, jest jednak sporo możliwości rozwoju. Choćby kolejne kursy: szkolenie z miksologii molekularnej, i flair – widowiskowego przygotowania drinków.
Jak jednak podkreśla Patryk Le Nart, to inwestycja, która się zwraca. Początkujący barman dostaje w dużym mieście 2,5 tys. zł. Doświadczony? – Do 7 tys. – mówi.
Bo kto powiedział, że praca w barze musi być opcją tylko na wakacje?
