Tatuaże, igły, punk i Matka Boska Częstochowska - z wizytą u Czarnego Tulipana

Czarny Tulipan przy pracy
Czarny Tulipan przy pracy Weronika Lewandowska / naTemat.pl
Czarny Tulipan wcześniej pracował jako barman, DJ, fotograf, oraz organizator imprez i festiwali. Nigdy nie siedział za biurkiem. Od dwóch lat zajmuje się robieniem tatuaży. To stosunkowo niedługo, ale ma na swoim koncie setki świetnie wykonanych wzorów, wytatuowanych rąk, nadgarstków, nóg, pleców i palców. Kiedy wpadłam na pomysł opisania dnia w salonie tatuażu i rozglądałam się za kimś, kto mnie "przygarnie", kolega od razu go polecił. - Czas spędzony z tym facetem jest jak przejażdżka na kolejce górskiej - mówił.

- Są wzory, których byś nie wytatuował? - pytam go na początku. - Tak, części nie zrobiłbym z powodów religijnych, części z powodów politycznych, a części ze względu na mój zmysł estetyczny. Jestem w stanie wytatuować jakieś obleśne rzeczy, które mi się nie podobają, ale tylko wtedy, kiedy ktoś naprawdę się uprze i wysłucha moich tłumaczeń, że to jest bezsensowne, brzydkie i zniszczy mu życie. Jeżeli nadal chce, to już jego problem – odpowiada Tulipan. - Ale żadne tłumaczenia nie przekonają mnie do zrobienia komuś swastyki, symboli związanych z szowinizmem narodowym, albo napisu „Fuck off” na czole – śmieje się.

A co lubi tatuować? Różnorakie znaki magiczne oraz mandale, a przede wszystkim fascynuje go przenoszenie na ciała swoich „pacjentów” dawnych rycin, które faktycznie są wprost stworzone do tatuaży i wyglądają świetnie. Rozmawialiśmy o nich siedząc w podwórzu kamienicy, czekając na klucze do studia, których Tulipan zapomniał zabrać z domu.

Ukryte miejsce
Jak się tam znalazłam? Dzień wcześniej, po krótkiej rozmowie „zapoznawczej” i określeniu zasad, dostałam od Tulipana smsa z dokładnymi wskazówkami i kodem do domofonu. Nie łatwo jest do niego trafić, mimo że salon znajduje się centrum miasta – nie ma żadnych reklam, ludzie przychodzą tam wyłącznie z polecenia, podobnie jak do Janusza Bieleni, z którym rozmawiałam miesiąc temu, choć jego grupa docelowa jest raczej inna.


"Tatuaże, serca, czaszki ołtarze"
Wewnątrz wszystko wygląda jak w typowym, alternatywnym salonie tatuażu znanym z filmów: pełno dziwacznych dekoracji, obrazów o religijnej tematyce, manekinów obwieszonych różańcami. Kalki ze wzorami zrobionymi poprzednim klientom, mini kula bilardowa – czarna ósemka, Homer Simpson, i Matka Boska Częstochowska z naklejką „pozdro techno” na oczach. W głośnikach gra ostra muzyka, w której słowa „zabić” i „spalić” pojawiają się dość często. Wszystko na swoim miejscu. Z jedną różnicą – salon w niczym nie przypomina zapuszczonej meliny, w której można się czymś zarazić. Jest sterylnie czysty, a w dodatku przygotowania Tulipana do zrobienia każdego kolejnego tatuażu to żmudny rytuał wymieniania narzędzi, zabezpieczania "terenu" i odkażania skóry.



- Z założenia traktuję swoich klientów jakby mieli HIV, żółtaczkę i milion innych syfiastych rzeczy. Wiadomo, że tak nie jest, ale właśnie takie środki ostrożności stosuję, żeby mieć pewność. Wszystko musi być sterylne, jednorazowe, zdezynfekowane. Na przykład owijam workiem kabel od maszynki, gdyby przypadkiem miał się zetknąć z czyjąś skórą. Nawet jeżeli użyję tylko minimalnej ilości tuszu, to i tak cały pojemniczek w którym był, wyrzucam.

Łzy i tęcza
I właśnie takie przygotowania miały miejsce przed zabraniem się za pierwszą „pacjentkę”. Dziewczyna w wieku 23 lat, jej pierwszy tatuaż, asysta koleżanki. Przyszła do Tulipana, aby wytatuować sobie na nadgarstku wzór, o którym myślała już od pięciu lat i tego dnia uznała, że nadszedł właściwy moment. Tulipan pyta się, czy wie, że to nie zniknie, jak później sobie znajdzie pracę, dlaczego robi tatuaż w tak widocznym miejscu, po co, czy jest tego pewna, i tak dalej. Wykazuje troskę i zainteresowanie, którego się po nim nie spodziewałam. W rozmowie sprawia wrażenie raczej chłodnego i niedostępnego człowieka, a w tej chwili jest pełen empatii. Dziewczyna odpowiada na jego pytania pewnie - zdaje się być przekonana, że to co robi, jest słuszne, później jednak odrzuca kilka wstępnych projektów, na sam koniec wybierając pierwszy. - Słuchaj, idź do domu, nie wiesz czego chcesz... - mówi Tulipan. Dwudziestolatka nie ustępuje.

Ostatecznie słowa „Tears in Rainbow” napisane zdeformowaną czcionką, z kilkoma łezkami, pojawiły się na jej dłoni po przekalkowaniu narysowanego na kartce wzoru. Tulipan ponownie pyta dziewczynę – Wiesz, że to nie zniknie? Jesteś pewna? Dwukrotne skinięcie głową. Tatuażysta ostrzega, że na początku może być trochę nieprzyjemnie, lecz po chwili się przyzwyczai, bo jako kobieta została obdarzona cudownym mechanizmem neutralizującym ból, który natura ofiarowuje wraz z możliwością rodzenia dzieci.



"Dbaj o to!"
Po krótkim czasie tatuaż jest gotowy, „pacjentka” cała, zdrowa i bardzo zadowolona z efektu, więc mamy szczęśliwe zakończenie. - Tusz będzie się ładnie trzymał, bo jesteś białaskiem – mówi Tulipan, wskazując na bladą rękę dziewczyny. Później dokładnie opisuje co trzeba robić, by tatuaż jak najlepiej się zagoił. A raczej czego nie robić. Przez jakiś czas nie można pić alkoholu, brać długich kąpieli, opalać się i pod żadnym pozorem nie wolno zdrapywać strupów. Najlepiej w ogóle nie dopuścić do ich powstania, smarując tatuaż odpowiednią maścią.

Po wyjściu dziewczyny oglądam wzory tatuaży na ścianie. Spodobała mi się rycina przedstawiająca koronę i stwierdziłam, że fajnie byłoby ją mieć na wewnętrznej stronie ręki, gdzieś poniżej łokcia. Mówię o tym Tulipanowi, który stwierdza, że nie ma żadnego problemu i jeszcze dzisiaj może mi taką wytatuować.

Uśmiech Jokera i dziwna aureola
Rozmowę przerywają odwiedziny kolejnego gościa, który pokazuje, jak bardzo różnorodnych klientów ma Tulipan. Jest kompletnym zaprzeczeniem pierwszej osoby, która pojawiła się w salonie – w tej chwili w pokoju wita się z nami dorosły, śniady, mocno zbudowany mężczyzna, który nie przyszedł tu po niewielką ozdobę nadgarstka, tylko po ogromnego anioła zajmującego prawie całą powierzchnię pleców.



To dobry znajomy Tulipana, więc trochę sobie z niego żartuje. Klient prosi o poprawienie włosów anioła, lecz zamiast tego tatuażysta domalowuje mazakiem aureolę z penisów. Później natomiast malując twarz przyprawia aniołowi uśmiech Jokera. Kiedy mężczyzna traci powoli cierpliwość, Tulipan maluje właściwe rysy i po zatwierdzeniu ich przez „pacjenta” zabiera się za tatuowanie, wcześniej dokładnie przygotowując do tego całe otoczenie (odkażanie, wymienianie, zabezpieczanie).

To już piąte spotkanie, jeżeli chodzi o ten tatuaż. Mężczyzna, zapytany dlaczego zdecydował się ozdobić plecy ogromnym aniołem, odpowiada, że nawet nie będzie udawał, iż tutaj mamy do czynienia z jakąkolwiek ideologią. Po prostu bardzo mu się ten wzór podoba i tyle.



Co z koroną?
Przyglądam się początkom pracy, a później zaczynam się już zbierać do wyjścia. - Ale to nie zostajesz dłużej? - zapytał Tulipan. - A czemu bym miała? - odpowiadam. - Myślałem, że robimy tę koronę – powiedział, a widząc, że kręcę przecząco głową dodał – daj spokój, trzeba działać! Od razu, na spontanie, nie zastanawiać się! Weź...

Nie, to trzeba przemyśleć. Z dnia na dzień bez szans, ale z dnia na kilka dni... czemu nie? W przyszłym tygodniu tam wrócę.

Fanpage Czarnego Tulipana
CZYTAJ TAKŻE:
Idzie lato, pokaż dziarę! Trendy w sztuce tatuażu

Nie nadawał się do pracy przez tatuaże? Sprawdzamy, komu tatuaż przeszkadza w pracy
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...