
Ile razy byłeś na koncercie szerzej nieznanego zespołu, który tak przypadł ci do gustu, że po powrocie do domu szukałeś w internecie jego innych utworów lub płyty? Wiedz więc, że za koncert, na którym się bawiłeś, zespół prawdopodobnie nie dostał ani grosza. Ewentualnie kilka piw przy barze. W sieci pojawił się list otwarty do klubów wykorzystujących muzyków. Jest o nim głośno także w Polsce – jego treść jest tak samo uniwersalna w Los Angeles, w Krakowie, Ciechanowie, czy Warszawie.
"Szukając ostatnio okazji do grania natknąłem się na wiele darmowych lub słabo płatnych koncertów. Ok, niech będzie, jest kryzys, więc trochę to rozumiem. Niemniej jednak okazuje się, że nie dość, że muzyk ma grać za minimalną stawkę, to jeszcze oczekuje się od niego, że będzie promotorem imprezy. (…)
Nie tak dawno temu zaczepiła mnie właścicielka winiarni, której bardzo spodobała się nasza muzyka. Chciała byśmy zagrali w jej lokalu. Powiedziała, że płaci 75 dolarów za trio. Może więc żartowała? Nie, mówiła poważnie. Ale to nie koniec. Powiedziała też, że musimy ściągnąć minimum 25 osób. Nawet nie zaproponowała dodatkowych pieniędzy, jeśli nam się to uda. Normalnie roześmiałbym się, gdyby nie fakt, że nie była to pierwsza taka propozycja.
Autor listu zauważa, że równie dobrze całą sytuację mógłby odwrócić. Wystarczy powiedzieć właścicielom winiarni, że u siebie w domu organizuje koncert swojej kapeli, ale potrzebuje kogoś, kto... będzie serwował darmowe wino. – Nie płacę zbyt wiele, zaledwie 75 dolarów. Jednocześnie ten ktoś musi przyprowadzić 25 osób, które zapłacą po 10 dolarów za wejście. Czy nie patrzyłaby na mnie jak na idiotę? – pyta.
Porozmawialiśmy o tej sprawie z młodą wokalistką z Krakowa, Marleną Janas.
– Organizatorzy wychodzą z założenia, że powinniśmy być im wdzięczni, że nas w ogóle zapraszają – twierdzi. – Tylko nie zdają sobie sprawy, że to nie tylko nasza pasja, ale przede wszystkim praca. Praca okupiona pięcioletnim harowaniem na studiach – dodaje.
Nie promowaliśmy naszego koncertu wśród znajomych, bo nie mogą w kółko przychodzić i nas oglądać. Promocją miał zająć się właściciel lokalu, ale – oczywiście – tego nie uczynił. Po koncercie podszedł do mnie i powiedział, że nie dostarczyliśmy mu publiki, on nie ma utargu i będzie stratny. W ramach ratunku „dniówki”, nie wypłacił nam gaży. Czy to my ponosiliśmy za to winę?
Kto jest winny?
A może jest więc tak, że rynek psują sami muzycy? – Dzisiaj wykształceni muzycy chcą się wzajemnie pozabijać za jakiekolwiek weekendowe granie. Wyobrażasz sobie, że słynna krakowska knajpa Lizard King potrafi kapeli o ustalonej na rynku renomie zaproponować 70 zł „na głowę”? To nawet już nie są śmieszne pieniądze, ale chętni zawsze się znajdą. Masz tzw. „joba”, czyli wieczór z graniem? Masz pieniądze. Nie masz „joba” – radź sobie inaczej – uważa Marlena.

