- W klubach grasz za parę złotych albo za kilka piw przy barze - mówią muzycy. Na zdjęciu koncert zespołu The Analogs, który jest tylko ilustracją do tekstu.
- W klubach grasz za parę złotych albo za kilka piw przy barze - mówią muzycy. Na zdjęciu koncert zespołu The Analogs, który jest tylko ilustracją do tekstu. Fot. Wojciech Królak/Agencja Gazeta

Ile razy byłeś na koncercie szerzej nieznanego zespołu, który tak przypadł ci do gustu, że po powrocie do domu szukałeś w internecie jego innych utworów lub płyty? Wiedz więc, że za koncert, na którym się bawiłeś, zespół prawdopodobnie nie dostał ani grosza. Ewentualnie kilka piw przy barze. W sieci pojawił się list otwarty do klubów wykorzystujących muzyków. Jest o nim głośno także w Polsce – jego treść jest tak samo uniwersalna w Los Angeles, w Krakowie, Ciechanowie, czy Warszawie.

REKLAMA
Autorem jest Dave Goldberg – utalentowany jazzowy muzyk z Los Angeles. Najczęściej grający w małych klubach bądź knajpach. W liście wspomina jedną ze swoich historii. I choć oryginał opublikowano jeszcze w 2012 roku, to polskich muzyków rozgrzał teraz. Sprawa – jak widać – ciągle na czasie.
75 dolców. Na trzech
"Szukając ostatnio okazji do grania natknąłem się na wiele darmowych lub słabo płatnych koncertów. Ok, niech będzie, jest kryzys, więc trochę to rozumiem. Niemniej jednak okazuje się, że nie dość, że muzyk ma grać za minimalną stawkę, to jeszcze oczekuje się od niego, że będzie promotorem imprezy. (…)
Dave Goldberg
muzyk

Nie tak dawno temu zaczepiła mnie właścicielka winiarni, której bardzo spodobała się nasza muzyka. Chciała byśmy zagrali w jej lokalu. Powiedziała, że płaci 75 dolarów za trio. Może więc żartowała? Nie, mówiła poważnie. Ale to nie koniec. Powiedziała też, że musimy ściągnąć minimum 25 osób. Nawet nie zaproponowała dodatkowych pieniędzy, jeśli nam się to uda. Normalnie roześmiałbym się, gdyby nie fakt, że nie była to pierwsza taka propozycja.


Autor listu zauważa, że równie dobrze całą sytuację mógłby odwrócić. Wystarczy powiedzieć właścicielom winiarni, że u siebie w domu organizuje koncert swojej kapeli, ale potrzebuje kogoś, kto... będzie serwował darmowe wino. – Nie płacę zbyt wiele, zaledwie 75 dolarów. Jednocześnie ten ktoś musi przyprowadzić 25 osób, które zapłacą po 10 dolarów za wejście. Czy nie patrzyłaby na mnie jak na idiotę? – pyta.
Tłumaczenia listu podjął się Michał Wójcik z „Krakowskiej Sceny Muzycznej”. – Tekst pochodzi z drugiego końca świata, co pokazuje, że pewne mechanizmy są uniwersalne i można o nich dyskutować zarówno w Krakowie na poziomie mikro, jak i w Los Angeles na poziomie, nazwijmy to, światowym – pisze na łamach krakowskiego serwisu. Sprawdźmy więc...
Polskie realia
Porozmawialiśmy o tej sprawie z młodą wokalistką z Krakowa, Marleną Janas.
– Organizatorzy wychodzą z założenia, że powinniśmy być im wdzięczni, że nas w ogóle zapraszają – twierdzi. – Tylko nie zdają sobie sprawy, że to nie tylko nasza pasja, ale przede wszystkim praca. Praca okupiona pięcioletnim harowaniem na studiach – dodaje.
Marlena opowiada anegdotę z czasów gry w zespole rockowym 3life. – Mieliśmy okazję gry na jednym z podkrakowskich festiwali. Dla nas to była wspaniała szansa – tydzień wcześniej wygraliśmy „Młode Talenty”, a po nas na scenie festiwalu miały zagrać „Leszcze”. Mieliśmy dostać po sto złotych na osobę. Zgodziliśmy się, bo ważniejsza od pieniędzy była dla nas możliwość zaprezentowania się – wspomina.
Dzień przed koncertem reguły się jednak zmieniły. – Dostaliśmy informację, że jednak nie dostaniemy nic, ale organizator pokryje koszty dojazdu. Zawsze coś. Czuliśmy rozczarowanie, ale szybko nam przeszło. Po powrocie do Krakowa okazało się, że i za przejazd nie dostaniemy ani grosza. W efekcie graliśmy za darmo – opowiada.
W bardzo podobnej sytuacji był Bartek Guzik, gitarzysta rockowej kapeli Candyflip.
Bartek Guzik
gitarzysta Candyflip

Nie promowaliśmy naszego koncertu wśród znajomych, bo nie mogą w kółko przychodzić i nas oglądać. Promocją miał zająć się właściciel lokalu, ale – oczywiście – tego nie uczynił. Po koncercie podszedł do mnie i powiedział, że nie dostarczyliśmy mu publiki, on nie ma utargu i będzie stratny. W ramach ratunku „dniówki”, nie wypłacił nam gaży. Czy to my ponosiliśmy za to winę?


Kto jest winny?
A może jest więc tak, że rynek psują sami muzycy? – Dzisiaj wykształceni muzycy chcą się wzajemnie pozabijać za jakiekolwiek weekendowe granie. Wyobrażasz sobie, że słynna krakowska knajpa Lizard King potrafi kapeli o ustalonej na rynku renomie zaproponować 70 zł „na głowę”? To nawet już nie są śmieszne pieniądze, ale chętni zawsze się znajdą. Masz tzw. „joba”, czyli wieczór z graniem? Masz pieniądze. Nie masz „joba” – radź sobie inaczej – uważa Marlena.
Bartek dodaje: – Młoda kapela jest żądna krwi i chce wychodzić do ludzi z muzyką, często nawet do tego srogo dopłacając. Ale musi moim zdaniem przyjść moment, że zespół, który myśli poważnie o graniu, powinien odstawić publikę złożoną ze znajomych i poddać się weryfikacji rynku, wyjść do obcych. I w tym punkcie często następuje zgrzyt.
W podobnym tonie wypowiada się sam Goldberg. – Czy naprawdę istnieją muzycy, którzy zgadzają się na coś takiego? Tak. Są tak zdesperowani żeby zagrać, że zgodzą się na wszystko – pisze. I błędne koło się zamyka.