
Widziałeś na drodze auto na zagranicznych tablicach rejestracyjnych, które wyraźne przekroczyło dopuszczalną prędkość? Nawet jeśli kierowca wpadł w „oko” fotoradaru, to i tak niekoniecznie zapłaci mandat. Płacą zazwyczaj tylko Polacy.
REKLAMA
Dlaczego tak jest? Sprawie przyjrzeli się dziennikarze „Rzeczypospolitej”. Aby pokazać proceder, wyjaśnijmy, kto jest właścicielem poszczególnych radarów. Stacjonarne są w posiadaniu Inspekcji Transportu Drogowego, fotoradary mobilne, często ustawiane w różnych, zaskakujących miejscach, to sprawa Straży Gminnej lub Straży Miejskiej.
Okazuje się, że „nabić” kogoś na prędkość jest łatwo. Gorzej z egzekucją takiego mandatu. Zaskakujące? Nie, bo chodzi o obcokrajowców. Z egzekucją mandatów wystawionych polskim kierowcom, służby radzą sobie nieźle.
Wysokie koszty
Wysłanie mandatu wiąże się z koniecznością wykonania czynności prowadzących do ustalenia danych sprawcy, a następnie dokonaniem tłumaczenia dokumentów na jego język ojczysty. Koszt jest tak wysoki, że właściwie w żadnym z krajów Unii Europejskiej nie opłaca się wszczynać działania, jeśli kwota mandatu jest niższa niż 70 euro, czyli ok. 290 złotych. Co to oznacza w praktyce? Kierowca spoza Polski może przekraczać prędkość nawet o 40 km/h. Dopiero złamanie tej bariery oznacza mandat w wysokości 300 zł, czyli w kwocie, która jest opłacalna, aby ścigać dłużnika.
To, że polskie służby nie ściągają mandatów od obcokrajowców, nie oznacza, że polscy kierowcy mogę nie patrzeć na licznik prędkości jeżdżąc na drogach poza ojczyzną. Nasze służby wystąpiły w tym roku o dane 64 zagranicznych kierowców. Do Polski z kolei wpłynęło aż 3 tys. zapytań o naszych obywateli.
Źródło: Rzeczpospolita