Klub Barka, koncert zespołu Eric Shoves Them In His Pocket
Klub Barka, koncert zespołu Eric Shoves Them In His Pocket Fot. Adam Stępień/Agencja Gazeta

Kluby wykorzystują muzyków - napisałem niedawno w jednym ze swoich tekstów. Zabawne i straszne zarazem historie podsunęli mi sami młodzi artyści - a mieli ich bez liku. Knajpy naciągają zespoły na dorobku, które grają za pół darmo, a właściwie... za darmo. Na przykład za upust na piwo przy barze. Albo za stówę na kapelę. – To zabawne, bo jest kompletnie inaczej – opowiada Michał, menedżer jednego z modniejszych lokali w Warszawie. Postanowiłem sprawdzić, jak sprawa wygląda oczami właścicieli klubów - czy aż tak czarno, jak opowiadają muzycy?

REKLAMA
Koncert za "uściśnięcie dłoni", czy za zniżkę na drinka przy barze. Udostępnienie sali pod warunkiem, że zagwarantuje się klubowi określoną liczbę gości. Umawianie się na konkretną stawkę, a potem - np. z powodu kiepskiego obrotu - odprawienie zespołu z kwitkiem.
Nie chcemy grać tylko dla satysfakcji
Taką rzeczywistość, swoim piórem, a doświadczeniem moich rozmówców, przedstawiłem w artykule pt. "Kilkadziesiąt złotych za koncert. Tak knajpy wykorzystują muzyków". Rozmawiałem z kilkunastoma osobami z najrozmaitszych muzycznych światków - z raperami, gitarzystami anonimowych zespołów i wokalistami tych, które mają już ustaloną markę. Niemal wszyscy mieli do opowiedzenia kilka barwnych historii związanych ze współpracą z klubami. I nieważne, czy grali w Warszawie, Krakowie, czy Ciechanowie - problem jest aktualny tak samo w Polsce, jak i np. w Los Angeles.
"Czemu nie wynagradza się nas, skoro to dzięki nam ludzie zostają w barze i wydają pieniądze na alkohol? Czemu to my musimy dokładać do interesu, kiedy właściciel przelicza zyski? Czemu mamy grać jedynie dla satysfakcji? To nasz zawód, uczyliśmy się go latami" - tych głosów były dziesiątki, także w komentarzach.
Do napisania "kontry" ze strony właścicieli knajp, gdzie odbywają się koncerty, zainspirowali mnie czytelnicy. W komentarzach namawiali, bym spytał o tę sytuację właścicieli klubów. Jak oni widzą tę drażliwą kwestię? Czy naprawdę jest aż tak źle, jak nakreślają to muzycy?
Udało mi się namówić na rozmowę właścicieli kilku warszawskich klubów, m.in. Michała, jednego z menedżerów nieistniejącej już, kultowej "Chłodnej 25".
"Zapraszanie" zespołów nie istnieje
– Sprawa wygląda zupełnie inaczej, niż przedstawiłeś to w swoim tekście - przynajmniej tak wynika z moich doświadczeń – przywitał mnie Michał. Twierdzi, że na Chłodnej - gdy jeszcze byłą otwarta - ludzie grali nie dla pieniędzy, ale dlatego, że lubili to miejsce. I prawie nigdy nie chcieli za to żadnej kasy. Grali za przysłowiowe piwo, czy udostępnienie sceny i sprzętu.
– Na Chłodnej nie istniało coś takiego jak "zapraszanie" muzyków. Oni przychodzili do nas na kawę i zachwycali się: wow, ale świetny lokal, chcę tu zagrać koncert! Dogadywaliśmy się na termin i grali - nie chcieli od nas żadnych pieniędzy. Mało tego - sami nakręcali imprezę, zapraszali swoich znajomych, robili z tego grube wydarzenie.
Michał pamięta jednak takich muzyków, którzy żądali za koncert nawet tysiąc złotych. – A my z nimi negocjowaliśmy. Oferowaliśmy tzw. "bramkę", czyli wpływy z biletów. Jeśli koncert był naprawdę fajny, a z biletów nie uzbierała się konkretna suma, dorzucaliśmy "coś ekstra" od siebie. Musieliśmy odmawiać tylko wtedy, gdy tego dnia w Warszawie było kilka "grubszych" koncertów – twierdzi. – Naprawdę nie ma reguł - w tym biznesie każdy jest panem swojego losu – dodaje na koniec.
"Nie dziwię się, że są wkurwieni"
Na podobnej zasadzie "muzykuje się" u pani Elżbiety Połoczańskiej, właścicielki jednego z nadwiślańskich barów muzycznych. U niej artyści występują za darmo, ale... nie narzekają. Bo grają z pasji. – Na co dzień pracują na etatach, a wieczorem wpadają do mnie na barkę. Ja sama nie mam z tego prawie żadnych dochodów, układ jest więc zdrowy – twierdzi.
Ale dodaje, że nie ma też co zaklinać rzeczywistości i mówić, że problemu nie ma. – Nie dziwię się zawodowym muzykom, że są wkurwieni. Dyktuje im się te same stawki amatorom, którzy grają dla frajdy – dodaje.
W Polsce płaci się naprawdę dobrze
Michał Borkiewicz, jeden z założycieli najmodniejszych miejsc w Warszawie - Planu B i Powiększenia, potwierdza, że problem istnieje w większości lokali rozrywkowych. – Organizatorzy, którzy proponują żenująco niskie stawki albo nie dotrzymują warunków umowy, są i będą i tego się nie zmieni, oni będą robić to dalej. Praktyki są naprawdę baaardzo różne.
Do swoich klubów - jak sam mówi - zaprasza zespoły młode, dopiero wchodzące na scenę, bez renomy. Ale zawsze rozlicza się z nimi co do grosza. – W niektórych miejscach w Warszawie moim zdaniem i tak płaci się naprawdę godnie. Przyjeżdżają tu muzycy z całego świata, bo właściwie nigdzie nie dostaje się gwarantowanych stawek, a tutaj jest i "bramka", czyli pieniądze za bilety i procent z baru. Wszystko zależy od umowy.
"Borek" uważa, że w Warszawie jest ledwie kilka klubów, które nie stawiają na totalną komercję, ale na rozwój kulturalny. – W skali kraju jest ich może kilkanaście. My zawsze staramy się, by muzycy, bez względu na ich "popularność", czuli się u nas komfortowo, żeby nie byli tylko tłem, dodatkiem do imprezy.
"Borek", na koniec naszej rozmowy, zwrócił mi także uwagę na jedną, być może najważniejszą kwestię w całej kwestii pt. "jak organizować koncerty", czyli do dyskusji właścicieli, którzy chcą żyć z muzykami w zgodzie. I ustalają, jak powinien wyglądać profesjonalnie, uczciwie dla obu stron zorganizowany koncert - od cen za bilety, przez promocję, aż po edukowanie publiczności.
Może kiedy obie strony pójdą na kompromisy... pójdzie ku lepszemu?