Właściciel skradzionych obrazów żąda ich zwrotu
Właściciel skradzionych obrazów żąda ich zwrotu Fot. VideoMedia / youtube.com

Właściciel zrabowanej przed laty kolekcji stawia warunki : "Nie interesuje mnie, co stanie się z kolekcją po mojej śmierci. Ale dopóki nie umrę, chcę ją mieć tylko dla siebie" – mówi Cornelius Gurlitt w pierwszym wywiadzie od czasu ujawnienia, że miał w mieszkaniu prawie 1,5 tys. dzieł wartych 1 mld euro

REKLAMA
Kolekcja została zarekwirowana półtora roku temu, jednak media dowiedziały się o niej niedawno. Na początku miesiąca opisał ją tygodnik "Focus". Gurlitt ukrywał w swoim mieszkaniu unikalną kolekcję obrazów, zawierającą nieznane prace twórców modernizmu klasycznego, a także dzieła pochodzące z wcześniejszych epok. Były wśród nich dzieła Picassa, Chagalla, Noldego, Mackego, Matisse'a, Liebermanna i Dixa o wartości oszacowanej na 1 mld euro.
W imieniu III Rzeszy przez lata kolekcją zajmował się tym krytyk sztuki Hildebrand Gurlitt, ojciec 80-letniego dziś Corneliusa, który zginął w wypadku samochodowym w 1956 r. Przed wojną był jednym z twórców rynku nowoczesnej sztuki w Niemczech, od 1933 r. handlował sztuką z nazistami.
Wciąż nie ustalono, w jaki sposób Hildebrand wszedł w posiadanie głośnej kolekcji. Wiadomo, że po wojnie został zatrzymany przez Amerykanów, jednak przekonał władze okupacyjne, że był ofiarą prześladowań i zwrócono mu zarekwirowane dzieła sztuki. Kolekcja składa się głównie z dzieł zrabowanych przez nazistów po dojściu Hitlera do władzy.
W rozmowie z tygodnikiem "Der Spiegel" Cornelius Gurlitt zapewnia jednak, że jego ojciec nie kupował dzieł od prywatnych kolekcjonerów (co oznaczałoby jednoznacznie, że wykorzystywał nazistowski terror do ich zdobywania), a jedynie od marszandów i niemieckich muzeów. Dodaje też, że w domu o Hitlerze mówiło się źle, a ojciec współpracował z nazistami tylko po to, aby uratować bezcenne arcydzieła od spalenia.
Cornelius Gurlitt uważa ochronę kolekcji za misję swojego życia. Obrazy trzymał we własnym domu w fatalnych warunkach. Przez dekady rozpakowywał obrazy i z nimi rozmawiał. Przestał widywać się ze ze znajomymi - obrazy przysłoniły mu świat.
Część obrazów ze zbioru ojca sprzedał, bo potrzebował środków do życia. Na aukcji w Kolonii w 2011 r. sprzedał "Poskramiacza lwów" Maxa Beckmanna. Zarobił na tym 400 tys. euro. Po odebraniu obrazów spotkał się tylko z psychologiem, którego ostatecznie wygonił z domu. Jeszcze bardziej odciął się od świata. Mimo tego media wyśledziły jego mieszkanie i dziś czyhają na niego fotoreporterzy.
Od artykułu w "Focusie" raz zdecydował się wyjść na zakupy. 10 dni spędził w ciemnościach, w swoim salonie. "Der Spiegel" pisał, że Gurlitt czuje się jak przestępca, jak ścigany. Niemiecki tygodnik dodaje, że Gurlitt żyje jak w latach 60. Nie korzysta z internetu, a pokoje w hotelach rezerwuje za pomocą listów pisanych na maszynie.

Źródło: "Der Spiegel"