- Moja gra nie nadaje się na pokaz - piłkarz Cracovii w ostrych słowach o sobie

Dziennikarze już wiedzą, że Marcin Budziński zawsze ma do powiedzenia coś nietypowego.
Dziennikarze już wiedzą, że Marcin Budziński zawsze ma do powiedzenia coś nietypowego. fot. Jakub Ociepa / Agencja Gazeta
Czy mam talent do piłki? Nie. Do muzyki? Też nie. W lidze ciężko mi nawet być przeciętniakiem. Gol? To był strzał bez wiary, ale się udało. Marcin Budziński nie przestaje zadziwiać... 21-letni pomocnik Cracovii co tydzień dokonuje takiej autokrytyki, jakiej nasza Ekstraklasa chyba jeszcze nie widziała. Chłopak zaprzecza stereotypowi piłkarza i... budzi coraz większą sympatię.



W zeszłym tygodniu przygotowałem na NaTemat żartobliwą klasyfikację piłkarzy według sposobu, w jaki się wypowiadają. Budzińskiego wrzuciłem do odrobinę sarkastycznej kategorii „zbitych psów”. Czyli piłkarzy, którzy w zaskakujący sposób się nad sobą użalają i wytykają więcej błędów, niż w rzeczywistości popełnili. Nie wiem, czy „Budzik” przeczytał ten tekst, mniejsza z tym, w każdym razie zbytnio się nie przejął i idzie w zaparte. Po wczorajszym, wygranym meczu z Podbeskidziem, w którym zagrał naprawdę dobrze i zebrał pochwały od trenera... tradycyjnie się po sobie przewiózł.


Marcin Budziński swego czasu zwalczył nowotwór

- Raczej rzadko trafia Pan do siatki.  - Właściwie nigdy. To mój pierwszy prawdziwy gol. Gdy grałem w barwach Arki Gdynia zaliczono mi trafienie w meczu z Piastem Gliwice, ale wówczas piłka się ode mnie odbiła. Potem dziennikarze śmiali się, że strzeliłem śledzioną. Mam osobistą satysfakcję, bo nieczęsto strzelam na bramkę, a co dopiero jakieś gole. To był strzał bez wiary, ale się udało. Zresztą nie miałem wiele czasu na myślenie i dzięki temu trafiłem.  CZYTAJ WIĘCEJ


Ludzi, którzy nie zajmują się na co dzień sportem, te słowa może nie zaskakują. Ot, przyznał się do błędu, co w tym takiego dziwnego? Ale... Uwierzcie, takie samobiczowanie to w naszej piłce rzecz tak częsta jak hat-tricki polskich piłkarzy w ligach zagranicznych. Albo nawet rzadsza. Budziński to absolutny ewenement. Gra nieźle, bez szału, ale przyzwoicie wkyonuje swoją robotę, a na tle beznadziejnych kolegów naprawdę się wyróżnia. Walczy – a to minimum, czego się od niego oczekuje. Potem przechodzi z szatni do strefy mieszanej, gdzie otacza go wianuszek dziennikarzy i... zaczyna się jazda. Ze smutnymi oczami, łamiącym się głosem i rozbrajającą szczerością rozpoczyna swój masochistyczny popis.

Marcin Budziński w akcji


A wszystko zaczęło się od pamiętnego wywiadu, którego udzielił „Gazecie Wyborczej”. Stwierdził w nim m.in., że interesuje się muzyką, ale nie ma talentu ani do niej, ani do piłki, jego gra nie nadaje się na pokaz i choć nie załamuje rąk... chyba nie jest prawdziwym piłkarzem. Minęły dwa tygodnie, znowu został poproszony o wywiad, a efekt macie wyżej. No i na koniec to wczorajsze Podbeskidzie...


Piłka jest jak prostytutka, a ja będę go zjadł. Tomek Ćwiąkała pisze o wypowiedziach polskich piłkarzy

I to wszystko w lidze, w której drewniaki odgrywają znaczące role i sam charakter wystarczy, żeby cokolwiek znaczyć...

McS1902
Komentarz z Weszło.com

Pytanie, czy Budziński jest psychiczny bo twierdzi, że jest do dupy, czy cała reszta ligowców wymaga leczenia, bo najwidoczniej uroili sobie, że są piłkarzami i umieją w to grać, podczas gdy w rzeczywistości większość ma problemy z jednoczesnym bieganiem i oddychaniem.


Dziś można zażartować, że po tych opiniach połowa kibiców Marcina pokochała, a połowa zaczęła postrzegać jako gościa – mówiąc bardzo delikatnie – bez charakteru. I tak się zastanawiam... Czy to nie jest jakaś gra służąca budowaniu wizerunku? Przecież po wczorajszym meczu te jego wypowiedzi jednak tracą wiarygodność. On faktycznie uważa, że jest AŻ TAK beznadziejny? To naprawdę przestaje się trzymać kupy...