Dziennikarki "GW" odpowiadają naTemat, więc naTemat odpowiada "GW".
Dziennikarki "GW" odpowiadają naTemat, więc naTemat odpowiada "GW". Fot. zrzut ekranu Wyborcza.pl

Artykuł, który napisałem w piątek zainspirowany dyskusją wokół tekstu Katarzyny Staszak i Natalii Waloch-Matlakiewicz z “Gazety Wyborczej”, doczekał się odpowiedzi ze strony obu pań. Mają do mnie pretensję, że uważam je za kogoś, kto skarży się na swój los. Ale nawet jeśli tak jest, to co w tym złego?

REKLAMA
Mój piątkowy artykuł, który poświęciłem sprawie rocznych urlopów rodzicielskich, powstał z inspiracji bardzo ciekawego tekstu Katarzyny Staszak i Natalii Waloch-Matlakiewicz. Dziennikarki “Gazety Wyborczej” piszą w nim o swoich rozterkach związanych z wzięciem rocznego urlopu macierzyńskiego, który mimo swoich niewątpliwych zalet może sprawić, że wypadną z zawodowego obiegu.
Ich tekst wywołał gwałtowny protest ze strony blogerki ukrywającej się pod pseudonimem Boska Matka – oskarżyła ona obie dziennikarki o to, że zupełnie niepotrzebnie publicznie tłumaczą się przed czytelnikami i pracodawcą z tego, że chcą na 12 miesięcy zniknąć z miejsca pracy.
“Nikt nie powinien robić kobietom (ani mężczyznom) łaski, że mogą z [urlopów rodzicielskich] korzystać” – pisała Boska Matka, rozpętując w internecie sporą dyskusję, w której brali udział nie tylko internauci, ale i dziennikarze "Gościa Niedzielnego" oraz "Frondy".
Swoje trzy grosze starałem się dorzucić i ja, nie zajmując zresztą wyraźnego stanowiska w całej kwestii (bo rozumiem, jak skomplikowana jest to sprawa), a starając się raczej pokazać różne punkty widzenia na problem. I mój tekst, co jest samo w sobie bardzo miłe, doczekał się odpowiedzi ze strony Katarzyny Staszak i Natalii Waloch-Matlakiewicz.
W swoim poniedziałkowym tekście obie panie zarzucają mi, że niesłusznie doszukałem się w ich tekście skargi na ich los – bo rzeczywiście, dwukrotnie napisałem, że “dziennikarki się skarżą”.
Natalia Waloch-Matlakiewicz
Wyborcza.pl

Muszę rozczarować kolegę po piórze - ja też nie mam potrzeby się skarżyć. Jestem w tym miejscu, w tym punkcie życia, w którym chcę być, niczego bym w nim nie zmieniła. Wiem, że skarżenie się to nasz sport narodowy i wypada znaleźć choćby niewielką rysę, nad którą można pobiadolić, ale naprawdę osobiście lepiej relaksuję się, grając w darta. CZYTAJ WIĘCEJ


Przyznam szczerze, że dziwi mnie ten zarzut. Bo chyba nie było szczególnym nadużyciem z mojej strony, gdy ich tekst w całości poświęcony rozterkom związanym z trudnym wyborem między karierą a dzieckiem, nazwałem “skargą”. Chciałem w ten dać wyraz ich dość jasno (i publicznie) artykułowanej trosce: że jak tu sobie z tym dzieckiem poradzić, gdy pracodawca czeka, państwo nie pomaga, czas płynie, itd.
Może użyłem słowa, które zdenerwowało obie panie: bo uskarżanie się uznają za “nasz sport narodowy” i starają się od niego dystansować? Ale szczerze mówiąc, nie wiem, co w tym konkretnym przypadku jest w narzekaniu i skarżeniu się złego. I dlaczego nie można się do niego otwarcie przyznać?
Nazywajmy rzeczy po imieniu: warunki panujące na współczesnym, elastycznym rynku pracy (zwłaszcza w Polsce) nie sprzyjają kobietom. Państwo niewystarczająco wspiera matki. Pracodawcy niechętnie patrzą na długie urlopy. I należy o tym głośno mówić. Nie bójmy się narzekać.