Sędzia przypomniał stary wyrok SN. Dzięki niemu Izba Dyscyplinarna Ziobry to zwykły kapiszon

Adam Nowiński
Powołana przez PiS Izba Dyscyplinarna miała być "batem na niezawisłych sędziów". Dzięki niej wszyscy orzekający wbrew woli Zbigniewa Ziobry mieliby być ukarani. Jest jednak mały szczegół, o którym przypomniał na łamach "Gazety Wyborczej" sędzia Wojciech Łączewski. Chodzi o wyrok Sądu Najwyższego z 2005 roku, który zamienia ten "bat" w zwykły i nieszkodliwy bacik.
To przeoczenie może sporo kosztować ludzi Zbigniewa Ziobry. Fot. Patryk Ogorzałek / Agencja Gazeta
Skuteczność Izby Dyscyplinarnej, którą PiS powołał wraz z reformą sądownictwa, wynika z ostateczności jej wyroków. Dzięki niej Izba, składająca się głównie z ludzi Zbigniewa Ziobry, może "uciszać" i "stawiać do pionu" wszystkich sędziów, którzy nie są przychylni obecnej władzy. Wychodzi jednak, że PiS przegapiło pewny szczegół, ważny wyrok, który sprawia, że Izba Dyscyplinarna SN nie ma jednak ostatniego słowa.

Przypomniał o tym sędzia Wojciech Łączewski na łamach "Gazety Wyborczej". Chodzi o wyrok trzech sędziów Sądu Najwyższego z 12 maja 2005 r. dotyczący sędziego z Suwałk. Sędzia poczuł się skrzywdzony przez Sąd Dyscyplinarny, który pozbawił go stanu spoczynku i sędziowskiej emerytury. Sędzia odwołał się, a sprawa ostatecznie trafiła do Izby Pracy i Ubezpieczeń Społecznych Sądu Najwyższego.


I to ona pogrzebała prawnie podwaliny przyszłej Izby Dyscyplinarnej stwierdzając, że "orzeczenie tych sądów [dyscyplinarnych] podlega ocenie sądu powszechnego co do zasadności i współmierności wymierzonej kary dyscyplinarnej”.

Zdaniem Łączewskiego, wyrok jest argumentem dla wszystkich, którzy stają przed obecną Izbą Dyscyplinarną SN lub już zostali przez nią ukarani. Podważa bowiem ostateczny charakter wydanych przez tę Izbę wyroków.

źródło: "Gazeta Wyborcza"