Jerzy Skolimowski z pierwszą nominacją do Oscara. Ten reżyser jest legendą polskiego kina

Maja Mikołajczyk
24 stycznia 2023, 15:20 • 1 minuta czytania
Reżyser wielokrotnie nagradzany prestiżowymi nagrodami filmowymi, aktor, który grywał u Cronenberga i w filmach Marvela, a jego obrazy kupowali gwiazdorzy z Hollywood. Jerzy Skolimowski to legenda polskiego kina znana na całym świecie. Właśnie otrzymał swoją pierwszą nominację do Oscara za film "IO".
Jerzy Skolimowski – legenda polskiego kina z szansą na Oscara, która grywa w filmach Marvela. Fot. Piotr Molecki/ East News

Artystyczna dusza

Zanim Jerzy Skolimowski zajął się reżyserowaniem na dobre, wcześniej próbował swoich sił w roli poety. Jako student polonistyki i etnografii zadebiutował w 1957 roku wierszem "Moje rundy" na łamach tygodnika "Nowa kultura".

– Na przykład z moim pierwszym wierszem, dosyć grafomańskim, wystartowałem na Festiwalu Młodej Poezji w Poznaniu i byłem jednym z trzech nagrodzonych obok Grochowiaka i Brylla, choć gdzie mi tam do nich. Próbowałem też grać jazz, nieudolnie waląc w bębny. W końcu został mi film i tu na szczęście udało mi się coś zdziałać – opowiadał Skolimowski w wywiadzie udzielonym magazynowi "Viva!".

Początkowo przyszły reżyser wspomagał wschodzące wówczas przyszłe legendy polskiego kina: Andrzeja Wajdę oraz Romana Polańskiego. Temu pierwszemu wraz z Jerzym Andrzejewskim napisał scenariusz do "Niewinnych czarodziejów", a wspólnie z Polańskim stworzył scenariusz "Noża w wodzie".

W tym samym czasie Skolimowski wykształcał swój własny reżyserski warsztat na Wydziale Reżyserii PWSTiF w Łodzi. Z etiud nakręconych podczas studiów powstał jego pierwszy pełnometrażowy film "Rysopis", czyli pierwsza część tetralogii, która zapewniła mu miano czołowego przedstawiciela tak zwanego "trzeciego kina polskiego".

Narodziny Andrzeja Leszczyca

Wspomniane "trzecie kino polskie" było nurtem, który pojawił się w rodzimym kinie w połowie lat 60. XX wieku. W jego ramach podejmowano przede wszystkim takie tematy, jak codzienność w okresie socjalistycznej stabilizacji, która rodziła moralne problemy i wymagała określenia swojego etycznego wobec niej stanowiska.

Jako pierwsi tego typu problematyką zajęli się dokumentaliści, lecz zaraz po nich przyszli młodzi reżyserzy fabuł – w tym właśnie Jerzy Skolimowski, który w swoich najbardziej ikonicznych filmach, czyli "Rysopisie" (1964), "Walkowerze" (1965), "Barierze" (1966) oraz "Rękach do góry" (1967) przedstawił postać Andrzeja Leszczyca.

Leszczyc był właściwie postacią autobiograficzną, kreowaną przez samego reżysera (oraz dodajmy – scenarzystę), z którą się identyfikował. Bohatera Skolimowskiego nazywano czasami "snujem" oraz porównywano do godardowskich protagonistów.

Co niedziwne, taki typ bohatera nie przypadł do gustu ówczesnym krytykom, oczekującym od kina ukazywania szerszej perspektywy społecznej, a nie skupiania się na życiu wewnętrznym postaci. Leszczyc dodatkowo był typem odrzucającym zastane szablony, co jeszcze bardziej nie podobało się socjalistycznie nastawionym do rzeczywistości recenzentom.

Dylematy, jakie dręczyły alter ego Skolimowskiego, były typowe dla kina tamtego czasu: lęk przed staniem się częścią większej zbiorowości, utrata indywidualności czy rozdarcie pomiędzy ambicjami a lenistwem.

Jednak nie tylko ze względu na egzystencjalne wątki polskiego reżysera porównywano z Jean-Luc'iem Godardem. Podobieństwo dotyczyło również sposobu prowadzenia narracji oraz montażu, za pomocą których zarówno francuski reżyser, jak i Skolimowski, nie opowiadali spójnych chronologicznie historii, a bardziej ujawniali nowe fakty o swoich bohaterach. Z tego powodu "trzecie kino" na wzór francuskiej nowej fali, bywało także nazywane "polską nową falą".

O tych podobieństwach pomiędzy polskim kinem lat 60. a francuskim słynny polski krytyk Zygmunt Kałużyński pisał na łamach "Polityki" tak:

Ze stylem "nowofalowym" łączy Skolimowskiego sposób patrzenia codzienny, surowy, pokrewny dokumentowi, który w najzwyklejszej minucie życia wykrywa niezwykłość, poezję, nadaje nieznany przedtem klimat byle jakim sprzętom i sytuacjom.Zygmunt Kałużyński Krytyk filmowy

Skolimowski jako człowiek

– Najmłodszy duchem reżyser, z jakim pracowałem – tak o Jerzym Skolimowskim mówił parę lat temu jeden z aktorów, który pracował z nim na planie. – Ogrom wysiłku, jaki wkładam w robienie filmów, świadczyłby o tym, że wiek nie przygiął mnie jeszcze do ziemi – powiedział we wspomnianym wywiadzie udzielonym magazynowi "Viva!", przyznając jednocześnie, że wciąż ma w sobie młodzieńczą energię.

Reżyser przyznał jednak, że jest świadomy upływającego czasu. – Z tym czasem to różnie bywa – płynie szybciej lub wolniej. Nad całym poczuciem czasu ciąży świadomość, że zamierza go być coraz mniej. Więc powinno się cenić każdą chwilę, ale często się tak nie dzieje. Ja nie mam chwil nudy. Zawsze jestem zajęty czymś, co się dzieje w mojej głowie – zdradził.

Być może na taką świadomość reżysera wpływ miała śmierć jego syna Józefa Skolimowskiego, który zmarł dziesięć lat temu oraz żony, która odeszła niewiele później. – Syn dostał sepsy w Indiach, a ja byłem za daleko, żeby go ratować. Zresztą było na to za późno. Joanna zmarła dwa lata później. Został mi starszy syn Michał – opowiadał.

– Wcześniej ze swoim młodszym bratem nakręcił dwa filmy, bardzo udany "Motyw cienia", a potem "Ixjanę". Obaj starali się iść moimi śladami, a młodszy syn nawet wyprzedził mnie w malowaniu, bo robił to zawodowo, miał ogromny talent. Dopiero widząc jego osiągnięcia, zapragnąłem z nim rywalizować i spróbowałem swoich sił w większych formatach – wspominał.

Zagraniczna kariera Jerzego Skolimowskiego i powrót do Polski

W 1967 roku Skolimowski wyemigrował z Polski i tworzył przede wszystkim na terenie Włoch, Wielkiej Brytanii oraz USA. Wtedy powstały jego bardziej komercyjne filmy, jak "Przygody Gerarda" (1970) czy "Wrzask" (1978).

W 1991 roku "polski Godard" wyreżyserował adaptację "Ferdydurke" Witolda Gombrowicza, który uznał za tak wielką porażkę, że aż do 2008 roku nie zaprezentował publiczności nowego filmu. W międzyczasie pracował jako aktor, co zdarza mu się do tej pory (zagrał m.in. we "Wschodnich obietnicach" Davida Cronenberga oraz "Avengersach" Jossa Whedona).

Co więcej, Skolimowski odkrył nową pasję - malarstwo. Nie stało się ono jednak dla niego zwykłym hobby i odskocznią – udało mu się na nim nawet zarabiać i to ze sporym powodzeniem m.in. u hollywoodzkich gwiazdorów.

— Malarstwo uratowało mnie, wyciągnęło z głębokiego kryzysu, bo od wielu lat nie robiłem już filmów i zaczęło mi brakować pieniędzy na życie. Na szczęście malowanie dosyć szybko przyniosło mi korzyści materialne, w czym pomogli też przyjaciele, bo pierwsze moje obrazy zostały zakupione przez wybitnych klientów, że wspomnę tylko Jacka Nicholsona czy Dennisa Hoppera, którzy nabyli po kilka moich obrazów, co na jakiś czas dało mi środki na życie — opowiadał w jednym z wywiadów.

Do kręcenia filmów powrócił, gdy z powrotem osiadł na polskiej ziemi. Jego pierwszym tytułem po przerwie był dramat psychologiczny "Cztery noce z Anną" (2008). Od tamtej pory Skolimowski wyreżyserował trzy, diametralnie różniące się od siebie filmy: wojenny "Essential Killing" (2010), dekonstruujący gatunek thriller "11 minut" (2015) oraz dramat, który być może zawalczy o Oscara.

"IO" ma szansę na Oscara?

"IO" to najnowszy film Skolimowskiego, będący reinterpretacją klasycznego francuskiego dramatu "Na los szczęścia, Baltazarze!" Roberta Bressona. Fabuła i narracja filmu polskiego reżysera zdecydowanie nie należą do najzwyczajniejszych, gdyż historia przedstawiana jest z perspektywy... osła.

W filmie wystąpiły nie tylko polskie gwiazdy, jak Sandra Drzymalska ("Sexify"), Mateusz Kościukiewicz ("Twarz") czy Tomasz Organek, ale również legenda francuskiego kina – Isabelle Huppert ("Pianistka", "Elle").

Nietypowy film Skolimowskiego został już doceniony na festiwalu filmowym w Cannes, a teraz nominowano go do Oscara w kategorii Najlepszy film nieanglojęzyczny. Jeśli reżyser otrzyma Oscara, byłaby to jego pierwsza statuetka od Amerykańskiej Akademii Filmowej w niemal 60-letniej karierze – na którą jak najbardziej zasługuje.